1

Storytelling: bajka o ołówku i temperówce

 


 

Uwaga:

poniższa bajka NIE zawiera elementów autobiograficznych.

 


 

W pewnym domu żył sobie żółty ołówek.

Czasem coś skrobnął, czasem narysował, czasem napisał. Choć był jeszcze całkiem młody, z niewiadomego powodu niecierpliwie odliczał dni do swojej śmierci.

Świdrująca samotność spychała go milimetr po milimetrze na skraj obłędu. Jednej nocy, w akcie desperacji, ostatkiem grafitu wydusił z siebie ogłoszenie:

Szukam temperówki.

Przyznacie, że nie był zbyt wylewnym facetem.

Jakież było jego zaskoczenie, kiedy pod drzwiami domu, w którym całe życie wegetował, zaczęły się ustawiać kolejki strugaczek.

Po wyczerpującym miesiącu selekcji wybrał wreszcie tę jedyną. (Ona potem twierdziła, że to on został przez nią wybrany).

***

Stało się.

Bezgraniczne szczęście zaczęło od tej pory przepełniać jego drewnianą obudowę.

Ale czy aby na pewno?

***

Ilekroć nocą zbliżał się do temperówki, tyle razy rano budził się odrobinę krótszy.

Tracił cenne centymetry, ale zyskiwał głowę pełną niewiarygodnie świeżych pomysłów. Temperówka napełniała ją bowiem masą grafitowych inspiracji.

Ołówek rzucił się w wir pracy.

Za dnia dawał z siebie wszystko. Nocą uiszczał stosowną opłatę za pisarską błyskotliwość, sprawiając swojej towarzyszce nieopisaną radość i poczucie niewysłowionego spełnienia.

***

Bardzo szybko jednak zrozumiał, że to prosta droga do katastrofy. I że każde wyjście z tej sytuacji jest złe. I że w życiu nie można mieć wszystkiego.

Postanowił gruntownie zadbać o siebie. Drastycznie ograniczył pisanie. Przestał zbliżać się do temperówki na odległość mniejszą niż „dzień dobry, co u ciebie słychać”.

Ta parę miesięcy później zardzewiała z tęsknoty i umarła.

***

Został sam. Krótki, stępiony, ale w miarę zadbany.

Pech chciał, że żył jeszcze długo. Długo, monotonnie i boleśnie.

W końcu został wypisany z życia.

Jedyną rzeczą, która po nim pozostała, była sterta pogryzmolonych kartek papieru…

***

Jaki z tego morał?

Kto nie daje z siebie wszystkiego, ten na koniec zostaje z niczym.




Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste


 


 

Po latach spędzonych w wielkim świecie Prosiaczek wrócił w końcu do domu. 

Stumilowy Las wydał mu się teraz boleśnie prowincjonalny.

I jeszcze bardziej tekturowy w smaku. 

 


 

Prosiaczek i hygge

Prosiaczek, który podczas zagranicznych wojaży zachłysnął się obcymi trendami, postanowił urządzić przyjęcie powitalne na swoją cześć.

Nie wszystko jednak na tej imprezie szło zgodnie z planem:

– Prosiaczku, dlaczego zapaliłeś tyle świeczek? Czy ktoś tu umarł? – zapytał szczerze zdziwiony Tygrysek.

– Tu naprawdę nie ma czym oddychać… – westchnął astmatycznie Osiołek.

– Ignoranci… – syknął w myślach Prosiaczek – Nie dorośli jeszcze do cieszenia się z drobnych przyjemności w gronie przyjaciół.

Prosiaczek zręcznie udawał, że puszcza te uwagi mimo uszu. 

W pewnym momencie zaczął powoli i precyzyjnie rozkładać naczynia na stole. Bardzo bardzo powoli. Zniecierpliwienie gości pęczniało z kwadransa na kwadrans.

Wreszcie Sowa nie wytrzymała:

– To reumatyzm?

– Nie, a dlaczego pytasz?

– Czasami bóle stawów uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, wiem coś o tym – Sowa próbowała owinąć swoje poirytowanie w bawełnę.

– Nie, to nie reumatyzm.

– Kamień z serca…

– To slow life.

 


 

Prosiaczek i minimalizm

Wreszcie, po dwóch godzinach Prosiaczek poprosił wszystkich, by zasiedli do obiadu.

Na stół wjechał prawdziwy importowany miodek.

Wydawało się, że teraz przyjęcie ruszy z kopyta.

Puchatek miał jednak co do tego spore wątpliwości:

– Prosiaczku, a dlaczego na każdym talerzu jest tylko taka mała, tycia-tyciuteńka kropeleńka miodeczku?

– Bo less is more.

– Aha. Chyba nie rozumiem.

– To znaczy, że mniej znaczy więcej.

– Aha. Czyli mam rozumieć, że im mniej miodku wkładam sobie do pyszczka, tym zjadam go więcej?

– W rzeczy samej.

– Aha. Czyli gdybym zupełnie przestał jeść miód, to pękłbym z przejedzenia?

– Teoretycznie tak.

Mały rozumek Puchatka najwyraźniej nie był jeszcze gotowy na takie kuchenne rewolucje.

 


 

Prosiaczek i globalne ocieplenie

Po daniu głównym przyszedł czas na podwieczorek: herbatę i ciastko.

Z racji tego, że Prosiaczek powrócił do Stumilowego Lasu dość poważnie spłukany, musiano obejść się bez łakoci.

W powietrzu tańczył wesoło aromat herbaty earl grey, a bursztynowy napar delikatnie muskał kubki smakowe uczestników przyjęcia.

– Otóż lord Charles Grey – Prosiaczek postanowił wziąć na siebie syzyfowy ciężar edukowania swoich przyjaciół – wpadł kiedyś na pomysł, by wzmocnić zapach herbacianych listków olejkiem wytłaczanym ze skórki pomarańczy zwanej popularnie bergamotką.

– Prosiaczku, ta herbata jest jakaś taka… – Tygrysek nie zdążył niestety dokończyć zdania, ponieważ jego rozbrykany układ nerwowy został sparaliżowany przez podstępną neurotoksynę.

– Prawdą jest to, co mówią: walka z nadmierną emisją dwutlenku węgla wymaga ofiar… – cicho westchnął Prosiaczek, roniąc maleńką łzę.

 


 

Prosiaczek i…

Świt z niemałym trudem przebijał się przez gęste listowie Stumilowego Lasu.

Prosiaczek wziął i po raz ostatni spojrzał na swoich martwych przyjaciół.

A potem pozjadał wszystkie rozumy.

I to było zero waste.

 


 

Epilog

Parę dni później przed domem Prosiaczka stanęła tablica informująca, że „Projetk walki z globalnym oćepleniem zafundowała Óńja”.

Zaiste, dysortografia jego nie miała granic…

 


 

Chcesz nauczyć się tak pisać?

Zapraszam Cię na mój kurs copywritingu i kreatywnego pisania:
 

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]


 


 

 


 

Zobacz równie pokręcone bajki:

Tatuś Muminka na drodze gniewu

O chłopcu, któremu urodziła się mama

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami

Krótka historia pewnej internetowej rodziny




O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami


 


 
Jak stworzyć ciekawą historię?

Można zacząć od znalezienia ciekawych bohaterów.

Brzmi prosto, ale tylko brzmi.

 


 

Uruchomiłem edytor tekstu i wtedy mnie olśniło.

Przecież w pasku narzędzi od dawna siedzą naprawdę intrygujące postacie.

Nic tylko wziąć je i wstawić do swojej opowieści.

Zobaczcie, co z tego wyszło.

 


 
 


 

Żył sobie kiedyś mężczyzna, któremu w dzieciństwie ktoś powiedział, że jest gruby.

Słowo „gruby” zapuściło głębokie korzenie w sercu Bolda

(bo tak od tamtej pory wołały na niego dzieci z prawidłową przemianą materii).
 

 
Mijały lata.

Pan Bold był samotny i nieszczęśliwy.

Wypracował sobie jednak reakcję obronną.

Wszystko, na co patrzył, pogrubiało się w jego oczach.

Zamiast drzew widział drzewa, a zamiast mebli – meble.

Tylko jego marna wypłata stale wyglądała jak wypłata.
 
 
Po pracy nie spieszył się do domu.

Nie miał do czego.

Wsiadał do dowolnego tramwaju i jeździł nim od pętli do pętli.

Też zauważyliście, że nazwa ostatniego przystanku brzmi jakoś tak… samobójczo?

Pan Bold nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
 

 
Pewnego popołudnia z okien wagonu spostrzegł panią Kursywę – kobietę, której od zawsze wiatr wiał w oczy.

Robił to na tyle skutecznie, że biedaczka z przyzwyczajenia chodziła cały czas mocno pochylona do przodu.

Bold spojrzał na nią ze szczerym współczuciem.

„Nie dość, że gruba, to jeszcze krzywa jak wierzba, która nie podniosła się po halnym” – pomyślał.
 
 
Wyskoczył z wagonu.

Pobiegł za Kursywą.

Zaproponował, że podwiezie ją do domu tramwajem.

Przepraszam, może panią podwieźć? – zagaił pan Bold.

Ach, nie trzeba. Mieszkam sto metrów stąd – odparła zawstydzona pani Kursywa.

Nalegam… – nalegał Bold.

Trudno, zaryzykuję… – zaryzykowała Kursywa.
 
 
Kobieta zgodziła się.

Stanęli na przystanku.

Wkrótce nadjechał ich środek lokomocji.

Był jednak jakiś inny niż reszta dwuszynowców.
 
 
Przekonali się o tym, gdy ich tramwaj postanowił pojechać skrótem przez park.

Miał na to prosty patent.

Układał przed sobą tory, a reszty możecie się już sami domyślić.

Łąka? Nie ma sprawy? Rynek miasta? Banał. Środek galerii handlowej? Prościzna!
 
 
Szaleńcza podróż skończyła się mało romantycznie, bo na komisariacie, gdzie Bold z Kursywą przez wiele godzin bezskutecznie zapewniali, że są niewinni.

Jednak ta wycieczka odmieniła życie całej trójki.

Tak, trójki.
 
 
Wkrótce po tym zdarzeniu Bold, Kursywa i tramwaj zwany Podkreślaniem dostali robotę w Microsofcie.

Podobno sam Bill Gates wpłacił za nich kaucję.

Od tej pory mieli dodawać smaku tekstom w milionach edytorów na świecie.
 
 
Bold pęczniał z dumy, kiedy nadawał słowom odpowiednią wagę i znaczenie.

Kursywa mogła wreszcie pokazać swoje zalotne oblicze, pochylając zdania dialogów.

A Podkreślenie miało niezły ubaw, kiedy dla żartów udawało linki, których za cholerę nie dało się kliknąć.
 
 
Tu powinna być puenta, ale dopadł ją skrót Ctrl+X i powiedział, że nie odda.

No wiecie?

Taki numer wyciąć na koniec?

Koniec świata…

KONIEC

 


 
 


 




Konkurs Biedronki „Piórko 2022”: na co zwrócić uwagę?


 


 

Na co warto zwrócić uwagę, zanim zasiądzie się do pisania swojej bajki na konkurs Piórko 2022?

Oto 11 porad zawodowego copywritera 🙂

 


 

Piórko 2022: o czym warto pamiętać, pisząc bajkę dla dzieci na tegoroczny konkurs?

1) O wpleceniu fragmentów humorystycznych
W przypadku bajek dla dzieci to warunek więcej niż konieczny! Nawet jeśli ton opowieści jest raczej minorowy, to w bajkach, tak samo zresztą jak w życiu, chwile smutku przetykane są momentami radości. Humor pomaga rozładować napięcie i z pewnością będzie doceniony przez małego czytelnika.
 
2) O zasadzie „nie mów, tylko pokaż”
To stara scenariopisarska zasada. Doskonale sprawdza się nie tylko w scenariuszach, lecz także, a może nawet przede wszystkim, we wszelkiego rodzaju literaturze. O co w niej chodzi?

Zamiast opisywać stany emocjonalne bohaterów, lepiej pokazać ich podczas wykonywania jakiejś czynności, która zilustruje ten stan. Zamiast pisać, że Marek był smutny, lepiej pokazać jego zachowanie, po którym z daleka będzie widać, że chłopakowi nie jest do śmiechu.

Zamiast pisać, że tego dnia było gorąco, lepiej pokazać jakiś namacalny efekt fali upałów. Dlaczego warto stosować tę zasadę? Ponieważ dzięki niej w głowie odbiorcy będą wyświetlać się całe filmowe sceny. Takie podejście sprawi, że treść bajki zostanie lepiej przyswojona i zapamiętana na dłużej.
 
3) O zamknięciu wszystkich otwartych wątków
Wyobraź sobie, że oglądasz serial. Zżywasz się z różnymi postaciami. I w ostatnim odcinku twoja ulubiona bohaterka czy bohater w ogóle się nie pojawia. Zupełnie jakby scenarzysta o nim zapomniał.

Nie wiadomo, jak się potoczyły losy tej postaci, czy zrobiła to, co przez wszystkie odcinki zapowiadała itd. Straszne uczucie, prawda? Właśnie dlatego przed wysłaniem bajki na konkurs trzeba koniecznie sprawdzić, czy wszystkie najważniejsze wątki zostały doprowadzone do końca.
 
4) O wyposażeniu bohaterów w różnego typu powiedzonka i inne językowe smaczki
Jakby to powiedzieć, panie dzieju… Nosz, kurka wodna! Ej, ej, ej, kolo, weź się ogarnij! Wypraszam sobie tego rodzaju impertynencje i insynuacje! Czujesz to? Ile osób pojawiło się w tych zdaniach? Na pewno kilka. I o każdej można sporo powiedzieć zaledwie na podstawie tych paru słów.
 
5) O zróżnicowaniu języka bohaterów
Ten punkt to praktycznie to samo co wyżej. Każdy człowiek mówi w charakterystyczny dla siebie sposób. Każdy chodził z innymi kolegami do szkoły, oglądał inne filmy, był wychowywany przez innych rodziców. To odcisnęło się na sposobie, w jaki komunikuje się ze światem.

Zasada ta dotyczy również postaci kompletnie fikcyjnych (w tym przypadku trzeba jednak stworzyć historię takiego bohatera).
 
6) O unikaniu naturalistycznej przemocy
Zamiast prawić tu jakieś kazania, powiem tak: pisz bajkę w taki sposób, jakbyś miał ją przeczytać swoim dzieciom. Weź odpowiedzialność za każde słowo.
 
7) O nadaniu głównemu bohaterowi jednej niezwykłej cechy
Przeanalizuj na szybko bohaterów bajek (książkowych / animowanych). Zauważ, że o każdym z nich można powiedzieć jedno słowo, które będzie oddawać jego charakter, cechy, umiejętności.

Spiderman, Pszczółka Maja, Miś Uszatek, smerf Ważniak: każdego z nich można opisać jednym przymiotnikiem. Każdy ma wyróżniającą go cechę / umiejętność. Innymi słowy, twój bohater musi być „jakiś”.
 
8) O umieszczaniu między wierszami informacji adresowanych do rodziców
Wyobraź sobie, że twoją bajkę będą czytali również rodzice (swoim dzieciom przed snem). Dodaj między wierszami jakąś aluzję, która zmusi ich do refleksji. Nie rób jednak tego zbyt często. Pamiętaj, że najważniejszy jest tu dziecięcy czytelnik. To on ma być w pełni usatysfakcjonowany.
 
9) O tym, by cały czas mieć na uwadze główne przesłanie opowieści
Nie trać z oczu tego, co najważniejsze. Jeśli przesłaniem twojej bajki jest „zło dobrem zwyciężaj”, to niech ten duch przenika kolejne rozdziały. Weź przykład z reklam telewizyjnych. Tam przesłanie jest zawsze bardzo jasno zarysowane. Im młodszy odbiorca bajki, tym bardziej musi być ono łopatologicznie zaprezentowane.
 
10) O epickim, poruszającym, zapadającym w pamięć zakończeniu
Wszyscy kładą nacisk na to, by stworzyć początek, który dosłownie wyrwie czytelnika z butów. To oczywiście bardzo ważne. Prawie każdy współczesny film zaczyna się od mocnej sceny. Jej cel jest prosty: przykuć widza do fotela na jak najdłużej. Najlepiej na cały seans.

Jednak równie ważny, a niektórzy twierdzą, że najważniejszy jest koniec, czyli to uczucie, z którym pozostawiasz czytelnika w chwili, gdy zamyka książkę. Zrób wszystko, by nie było to poczucie zmarnowanego czasu.
 
11) O stworzeniu bohatera, którego dziecko polubi od pierwszych zdań
Przygody przygodami, fabuła fabułą, ale i tak najważniejszy w bajce jest bohater, któremu chce się kibicować, za którego zaciska się kciuki. Stwórz kogoś, z kim dziecko będzie się mogło bez trudu utożsamić. Ideał, do którego będzie próbowało dążyć.

 


 

Zapisz się na darmowy newsletter z pomysłami na bajkę dla dzieci i poradami dla pisarzy!

Zobacz kilka poprzednich wydań newslettera:

Newsletter 1

Newsletter 2

Newsletter 3

Newsletter 4

Newsletter 5

 

Kliknij poniższy przycisk i podaj swój adres mailowy:

 


 

Chcesz nauczyć się pisać bajki dla dzieci?

 

Zapraszam Cię na kurs, który rozwinie Twoją kreatywność!

To kurs online z osobistym mentorem

WYPRÓBUJ GO ZA DARMO

 


 

Piórko 2017

KLIKNIJ TUTAJ

W 2017 roku publicznie zastanawiałem się, co trzeba zrobić, żeby wygrać ten konkurs literacki. Swoje pomysły spisałem tutaj:
 
Jak wygrać konkurs biedronki na bajkę dla dzieci?

 


 

Piórko 2018

KLIKNIJ TUTAJ

W 2018 roku opracowałem nowy plan. Bardzo prosty plan. Składał się z trzech punktów.

Po pierwsze, napisać coś maksymalnie krótkiego i możliwie prostego. No i nie przekombinować z formą. Po drugie, od razu znaleźć odpowiedź na dwa pozornie proste, ale kluczowe pytania: o czym jest ta bajka i co chcę przez nią powiedzieć. Po trzecie, przeznaczyć na pisanie najwyżej tydzień, żeby nie wpaść w spiralę niekończących się poprawek.


 


 

Jaki pomysł na bajkę dla dzieci miałem w 2018 roku?

KLIKNIJ TUTAJ

Postanowiłem skorzystać z pomysłu, który przetestowałem już na swoich czytelnikach. Punktem wyjścia dla nowej historii był ten oto wpis:
 
Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama
 
Zadanie okazało się być bardziej karkołomne, niż przypuszczałem. Wyszła z tego bajka raczej dla młodzieży niż dla dzieci. 🙂

 


 

Chcesz nauczyć się pisać bajki dla dzieci?

 

Zapraszam Cię na kurs, który rozwinie Twoją kreatywność!

To kurs online z osobistym mentorem

WYPRÓBUJ GO ZA DARMO

 


 

Zobacz też ten artykuł o pisaniu bajek dla dzieci:

 
Jak napisać bajkę, którą pokochają Twoje dzieci

 


 




Storytelling: jak spleść trzy historie w jedną opowieść?


 


 

Wierzycie w zbiegi okoliczności?

Ja też nie wierzyłem. Aż do tego wpisu.

 


 

XVII wiek

Stanisław, po wielu latach wojażowania po świecie, wraca do Polski.

Jest uroczystość Bożego Ciała.
Mężczyzna idzie do kościoła.
Podchodzi do drzwi.
Naciska klamkę.

Tym samym uruchamia gilotynę, która już niebawem spadnie na jego głowę.

Jednak zanim to nastąpi, na kilka godzin trafia do siódmego nieba.

 


 

Rok 1906

Mieczysław ma 30 lat. Jest kompozytorem i zapalonym taternikiem.

Kocha muzykę, ale bez wzajemności. Nie ma szczęścia do krytyków. Każdy na jego miejscu już dawno dałby sobie spokój.

Teraz bierze się za pisanie poematu symfonicznego opowiadającego o historii miłosnej sprzed trzech wieków.

Nie, nie chodzi o słynnych kochanków z Werony, tylko o kogoś z polskiego podwórka. On ma na imię Stanisław, a ona Anna.

 


 

Rok 1974

Wojciech jest kompozytorem znanym w branży.

To, czym się zajmuje, dla zwykłego zjadacza chleba oznacza różnego rodzaju piski, zgrzyty i inne bolesne dla ucha dźwięki.

Niestety takie czasy: dekonstrukcja rządzi. A postęp muzyczny wymaga ofiar. Szkoda tylko, że pierwszymi ofiarami tej rewolucji są słuchacze.

 


 

XVII wiek

Stanisław wstępuje do kościoła. Jego uwagę zwraca piękna, młoda kobieta. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a ona w nim.

Parę godzin później mężczyzna wchodzi do swojego domu. Wita się ze wszystkimi i zasiada do obiadu.

Nagle zauważa znajomą twarz. Kobieta, którą poznał w kościele, siedzi przy tym samym stole…

 


 

Rok 1909

Mieczysław w końcu trafia do upragnionego raju. Jego koncert w Filharmonii Warszawskiej okazuje się wielkim triumfem.

Po latach upokorzeń w końcu czuje, że nadchodzą nowe, tym razem naprawdę dobre czasy.

 


 

Rok 1974

Festiwal Warszawska Jesień. Te trzy słowa wystarczą, by normalny człowiek przełączył telewizor na drugi program.

[w 1974 roku „drugi program” i „program drugi” są synonimami]

Wojciech już wie, że za parę minut ludzie pokochają jego muzykę. A krytycy? Ci będą w szoku.

 


 

XVII wiek

Nie on pierwszy i nie on ostatni zakochuje się w niewłaściwej kobiecie. Nie, wybranka Stanisława nie jest mężatką. Zakonnicą też nie.

Jest kimś o wiele gorszym.

 


 

Rok 1909

Mieczysław wybiera się samotnie w Tatry. Bierze ze sobą narty i spory zapas optymizmu, który został mu po niedawnym sukcesie kompozytorskim.

 


 

Rok 1976

Wojciech jest u szczytu swojej kariery. Jego muzykę znają w Polsce wszyscy. Nawet ci, którzy nie chodzą na koncerty tzw. muzyki poważnej.

Kompozytor jest na szczycie, dlatego nie wyobraża sobie, by można było zajść jeszcze wyżej.

 


 

XVII wiek

Stanisław zdaje sobie sprawę, że tylko jeden człowiek może wydać zgodę na ich ślub. Związek z przyrodnią siostrą wymaga podpisu samego papieża.

Przed wyjazdem do Rzymu Stanisław umawia się z Anną, że jeśli sprawy zostaną załatwione pozytywnie – wróci na białym koniu.

A jeśli nie, to na koniu tak czarnym, jak czarna może być najstraszliwsza rozpacz rozdzielająca dwoje zakochanych w sobie ludzi.

 


 

Rok 1909

Czy to sprawiedliwe, żeby człowiek, do którego kariera wreszcie zaczęła się przyjaźnie uśmiechać, zginął tak nagle i w taki sposób?

Wiadomość o śmierci Mieczysława spada na wszystkich niczym śnieżna lawina, która zakończyła życie tego 33-letniego kompozytora.

 


 

Rok 1976

„Kościelec 1909” – taki tytuł nosi kolejny po „Krzesanym” utwór z góralskiego nurtu twórczości Wojciecha Kilara.

To hołd oddany Mieczysławowi Karłowiczowi, autorowi poematu „Stanisław i Anna Oświecimowie”.

A Kilar?

Za kilkanaście lat zauważy, że wcale nie stoi na szczycie, tylko u podnóża góry z napisem „Hollywood”. Co więcej, zdobędzie ten wierzchołek w pięknym stylu.

 


 

XVII wiek

Niemal dwa tysiące kilometrów. Tyle dzieli Stanisława od Anny, kiedy ten dowiaduje się, że będzie mógł zawrzeć legalny związek małżeński z kobietą, za którą oglądają się nawet ślepcy.

Dziś to 2 godziny lotu. Wtedy – to stanowczo za długo. Zwłaszcza dla serca Anny.

Stanisław nie ma czasu do stracenia. Pędzi tak szybko, jak tylko może. Po tak ekstremalnej podróży jego biały koń wygląda jak siedem nieszczęść.

Ale najgorszy okazuje się stan sierści biednego rumaka, która z daleka wygląda jak…

Podobno serce człowieka w stanie wyjątkowego napięcia może ulec śmiertelnej destrukcji.

W krypcie kaplicy Oświecimów znajdującej się w kościele franciszkanów w Krośnie obok siebie leżą dziś dwie trumny.

W każdej z nich spoczywa człowiek z pękniętym sercem.

 


 

Rok 2017

Czytam biografię Wojciecha Kilara, człowieka, który napisał utwór na rocznicę śmierci Mieczysława Karłowicza, który z kolei w swoim poemacie muzycznym upamiętnił tragiczne losy Stanisława i Anny Oświecimów.

Jak zostać Wojciechem Kilarem? [prawie recenzja]

Czytam biografię i już po kilkunastu stronach wiem już jedno:

chcę być taki jak on, jak Kilar.

Więcej, zdaję sobie sprawę, że w paru punktach już osiągnąłem ten stan. To nie to, o czym w pierwszej chwili pomyśleliście.

Ale to pewnie zbieg okoliczności…

 


 

Rok 2023

A jednak nie.  😉

 


 

Zobacz równie niezwykłe historie:

Krótka historia pewnej internetowej rodziny

O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami

Dlaczego internet doszedł do ściany?

Lorem ipsum, czyli worek gipsu




Krótka historia pewnej internetowej rodziny


 


 

A gdyby tak w adresie strony internetowej ukryć epicką historię?
Czy to wykonalne? Zobaczcie sami.

 


 
Dawno, dawno temu żył sobie pewien ubogi, ale szlachetny Http. Błąkał się biedaczysko samotnie, szukając swojej wymarzonej Www.

Na szczęście i do niego los się w końcu uśmiechnął. Pewnego dnia wyhaczył na imprezie jedną szczupłą Www w HTML-u.  Młodzi przylgnęli do siebie w tańcu. I tak już zostało:

http://www

Byli szczęśliwi, bo byli:

http://www.razem

Www jednak naciskała na sformalizowanie związku. Tak długo wierciła biednemu Http w brzuchu, że ten w końcu uległ:

http://www.na-zawsze-razem

Tak, byli zakochani. Zabujani, szczęśliwi i… bezdomni. Trochę czasu zleciało, zanim znaleźli swoje miejsce na serwerze:

http://www.na-zawsze-razem.pl

Http lekko się zdziwił, kiedy pewnego dnia Www oświadczyła, że pod ich adresem zamieszka jego teściowa:

http://www.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Na szczęście mamusia całymi dniami siedziała w swoim katalogu i nie przeszkadzała zakochanym. A ci nie próżnowali:

http://www.ciaza.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Dziewięć miesięcy później młodzi uroczyście zmienili nazwę subdomeny:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Krzyś czuł się trochę samotnie, więc na drugie urodziny dostał prezent:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek

a na imieniny – dokładkę:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek/kicia

Niestety, rodzinna idylla nie trwała długo… Okazało się, że w okolicy grasował seryjny skracacz linków. Pewnej nocy odwiedził:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek/kicia

i z pięknie zapowiadającego się adresu zrobił taki pasztet, że nawet wujkowi Google trudno było zidentyfikować zwłoki:

http://bit.ly/2osZfE5

KONIEC
 



 

Inne wpisy, które warto zobaczyć:

Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste

Tatuś Muminka na drodze gniewu




Nieszczęścia są rude, jeżdżą multiplą i grają na altówce

 


 

Jedna historia.

Dwa punkty widzenia.

Trzy minuty frajdy.

 


 

Część pierwsza: historia z punktu widzenia mężczyzny

 


 

Styczeń

Dyrygent znowu się na mnie wydarł przy wszystkich. Już się nawet nie czerwienię ze wstydu. Przyzwyczaiłem się. Bycie rudym altowiolistą nie jest usłane różami.

Dostałem maila od jakiejś kobiety. Chciała się ze mną umówić. Prawie się nabrałem.
Ruda i gra na altówce?

Bez jaj.

Najwyżej będę samotny do końca życia.

 


 

Luty

Ktoś nasypał cukru do baku w mojej multipli.

Mechanik też się dziwił. Takich rzeczy się nie robi. To niehumanitarne.

Jeszcze bardziej zaskoczyły go wyrwane kable zapłonowe, jakiś tydzień później.
Ktoś musiał sobie zadać wiele trudu, żeby to zrobić bez podnoszenia maski.

 


 

Marzec

Pierwszy raz dyrygent nie miał do mnie żadnych uwag!

Większość koncertu pauzowałem. To znaczy nie grałem, bo w nutach, nie wiedzieć czemu, były głównie pauzy. W moich nutach i w jego partyturze.

Tak to ja mogę pracować!

 


 

Kwiecień

W futerale na altówkę znalazłem ulotki szamponu koloryzującego.
Ech, ta wszędobylska reklama.

Parę dni później ktoś podrzucił mi do kieszeni płaszcza saszetki z próbkami farby do włosów. Chyba zrozumiałem aluzję.

Swoją drogą, nie wiedziałem, że czarny kolor fryzury jest tak seksowny.

 


 

Maj

Zostałem dyrektorem filharmonii!!!

Przez dwa tygodnie nie mogłem wyjść ze zdumienia i dojść do siebie.
W końcu się udało.

I wyjść, i dojść.

 


 

Czerwiec

Zawsze wiedziałem, że koledzy mnie lubią, tylko zwyczajnie boją się to okazać.

Odkąd rządzę całą tą filharmonią, na każdym kroku natykam się na szerokie uśmiechy wycelowane w moją stronę.

Sprzedałem multiplę i kupiłem zapas farby do włosów.

 


 

Lipiec

Poszedłem do lekarza. Powiedziałem mu o dojmującym bólu podczas siedzenia.

Lekarz zaczął mnie badać. Spytałem, czy to hemoroidy. Zaprzeczył.
Spytałem, czy to rak. Zdecydowanie zaprzeczył.

Kazał przyjść za miesiąc.

 


 

Sierpień

Z drżącym sercem znowu poszedłem do lekarza. Poczułem wielką ulgę, gdy wreszcie postawił diagnozę.

Ileż było śmiechu, kiedy pielęgniarka w gabinecie zabiegowym zabrała się za wyciąganie mi z tyłka prawie całej orkiestry.

Blacha, drewno, smyczki…
Najgorzej było z kotłami i kontrabasami.

Jak oni tam weszli?
I najważniejsze: dlaczego niczego wcześniej nie zauważyłem?

 


 

Wrzesień

Do mojego gabinetu przyszła prześliczna wiolonczelistka i patrząc mi prosto w oczy, zapytała, czy jestem wolny.

Odpowiedziałem, że do końca roku jestem zajęty.

Mam wrażenie, że odpowiedź jej nie usatysfakcjonowała.

 


 

Październik

Postanowiłem wrócić do grania w orkiestrze, żeby nie wyjść z wprawy i w ogóle.

Zauważyłem, że dyrygent ewidentnie przymyka ucho na moje fałsze.

Nawet ja to słyszę.

 


 

Listopad

Parę razy błysnąłem dowcipem na spotkaniu z prezydentem miasta.

Mam teraz wielu przyjaciół.

Życie jest piękne!

 


 

Grudzień

Przyszło pismo z ministerstwa. Podobno moja nominacja była pomyłką.

Z dnia na dzień straciłem wszystko.

Okazało się, że altowiolistka, z którą grałem, nosi perukę, pod którą ukrywa prawdziwe włosy.

Nie zgadniecie, jakiego koloru…

***

 


 

Część druga: historia z punktu widzenia kobiety

 


 

Styczeń

Obiecałam sobie, że robię to ostatni raz.

Jeśli się uda, to naprawdę już zazdroszczę temu facetowi.

Ale jeśli mnie odrzuci, to… odbiorę mu wszystko!

Najwyżej zostanę starą panną.

 


 

Luty

Całkiem dobry patent z tym cukrem w baku.

Ten z kablami też.

Może to go przekona, że najwyższy czas pozbyć się multipli i przestać robić z siebie pośmiewisko.

 


 

Marzec

W życiu nie napisałam tylu pauz.

Na szczęście dyrygent ma wyjątkowo słabą pamięć do partii altówki.

 


 

Kwiecień

W końcu pojął aluzję.

Trzeba przyznać, że w czarnym nawet mu do twarzy.

 


 

Maj

Ten minister kultury nie jest taki obleśny, jak o nim mówią.

Zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu.

Dobrze, że wszystkie papiery trzymał w sypialni, bo inaczej cała robota byłaby na nic.

 


 

Czerwiec

Skręciłam kostkę na korytarzu filharmonii.

Poślizgnęłam się na wazelinie.

 


 

Lipiec

Aż żal patrzeć, jak mu wchodzą w tyłek…

 


 

Sierpień

Nareszcie wygląda jak człowiek.

Normalnie bym się z nim umówiła, ale mam zasady: nie zmieniam swoich postanowień.

 


 

Wrzesień

No ale żeby odesłać z kwitkiem najładniejszą wiolonczelistkę w Polsce?

Tego nie przewidziałam.

 


 

Październik

Znowu gramy razem.

Nie miałam pojęcia, że nasz dyrygent ma tak gigantyczne zdolności aktorskie.

 


 

Listopad

Nowe auto, nowy image, nowe znajomości.

Chyba założę swoją firmę od zmieniania ludziom wizerunku.

Chociaż tak po ludzku to mi go trochę żal.

Ale sam się o to prosił.

 


 

Grudzień

Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Nie miał nic, więc musiałam wepchnąć go na szczyt. A potem zrzucić z wysokiego konia. I odebrać wszystko.

A na finał zdjęłam przy nim perukę.

Rude jest piękne! Nawet jak gra na altówce.

 


 

 


 

Zobacz też inne, równie zakręcone historie: 

O chłopcu, któremu urodziła się mama

„Bajka o chrobotku reniferowym” (chusteczki wymagane!)

Tatuś Muminka na drodze gniewu

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

 


 




O chłopcu, któremu urodziła się mama


 


 

Ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Ale mogła.

 


 

Dzień pierwszy

Do jednoosobowej szpitalnej sali weszła pielęgniarka, pchając przed sobą spory wózek. Podjechała nim do łóżka, w którym leżał mały, przestraszony chłopiec i powiedziała:

– Witaj, gratuluję, masz mamę. To kobieta.

Chłopcu aż zaświeciły się oczy z radości. Zawsze chciał mieć mamę, która będzie kobietą. Usiadł na brzegu łóżka i z czułością spojrzał na swój nowo narodzony skarb.

W międzyczasie pielęgniarka wyjęła z wózkowego schowka talerz z obiadem dla mamy.

– Spróbujesz ją nakarmić? Czy może mam zawołać kogoś do pomocy?
– Dam radę. A…
– Tak?
– To one nie piją mleka modyfikowanego?
– Nie, jedzą ziemniaki, buraki, mięso, sałatkę.
– Brr… paskudztwo.
– To normalne, z czasem wyrastają z tego.

Parę chwil później pielęgniarka pożegnała się z chłopcem i wróciła do swoich zajęć.

 


 

Dzień drugi

Następnego dnia znowu weszła do sali, w której przebywał chłopiec ze swoją mamą. Tym razem zauważyła, że jego wzrok wyraźnie przygasł.

– Nie poradzę sobie z tym.
– To normalne.
– Już jej nie chcę.
– Kochany… Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.

Chłopiec podniósł głowę i popatrzył na pielęgniarkę tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

– W sensie, że lepiej było mamę usunąć?
– Tak.
– Nie jestem jednym z tych, którzy twierdzą, że matki do 20. roku życia są tylko zlepkiem stresów, fochów i kompleksów. I że dlatego można się ich bez skrupułów pozbyć.
– Naprawdę tak myślisz?
– Powiem więcej. Uważam, że od samego początku jest w nich jakieś trudno uchwytne piękno. Że są w nich głębokie pokłady dobroci i człowieczeństwa.
– To dlaczego teraz jej nie chcesz?
– Bo czuję, że nie będę miał dla niej wystarczającej ilości czasu. Wie pani, jakie jest życie. Ja muszę się bawić. Jestem stale zajęty zabawą. Od rana do nocy.
– Są żłobki.
– Nie mam samochodu, żeby ją tam codziennie dowozić.

Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Pielęgniarka odebrała bez słowa, po czym z pośpiechem wybiegła z sali. Wróciła po godzinie.

– Myśli pani, że warto mieć mamę?
– Popytam.

 


 

Dzień trzeci

Do sali wszedł psycholog. Ostrzegano go, że rozmowa z chłopcem łatwa nie będzie. Spojrzał na niego i zrozumiał, że nic tu po nim. Wychodząc, rzucił tylko w powietrze krótkie:

– Jest jeszcze jedno wyjście.
– Naprawdę?
– Dom dla samotnych matek.
– Mogę ją tam zostawić?
– Tak.
– I co się z nią dalej stanie?
– Może ktoś ją kiedyś adoptuje.
– Nie, nie zrobię jej tego.

Psycholog nie zamknął jeszcze drzwi, gdy chłopiec usłyszał szept:

– Synku…
– Mamo… 

Chłopiec poczuł, że coś ściska go za gardło. Zrobiło mu się głupio. Tak strasznie, ale to strasznie głupio.

– Mamo, przepraszam… Wiem, że to depresja poporodowa. To minie. Zawsze będę cię kochał.
– A lekcje odrobiłeś?

Chłopiec wybiegł z sali jak oparzony, krzycząc:

– Na jakiej ulicy jest ten dom?

 


 

PS. Ta historia miała swój dalszy ciąg 🙂

Napisałem na jej podstawie bajkę dla dzieci:

Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama

 


 

Zobacz też inne bajki:

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

Krótka historia pewnej internetowej rodziny

„Bajka o chrobotku reniferowym” (chusteczki wymagane!)

 


 

Zapowiedź kursu pisania:

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]

 


 

https://maciejwojtas.pl/blogi-firmowe-copywriter/

OFERTA: scenariusze spotów (reklam) radiowych




Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

 


 

Parę dni temu obejrzałem „The Swedish Theory of Love” – przygnębiający film dokumentalny o życiu w Szwecji. Kilka miesięcy wcześniej odświeżyłem sobie szwedzką książkę pt. „Dzieci z Bullerbyn”.

W poniższym wpisie połączyłem te dwa wątki. Przeniosłem mieszkańców Bullerbyn do 2017 roku.

Wyszło bardzo gorzko, choć historia zaczyna się całkiem niewinnie…

 


 

MY – DZIECI Z BULLERBYN*

Mam na imię Lisa.

Mam osiem lat, dwóch braci i właśnie zrobiłam coś bardzo strasznego.

Ale o tym opowiem wam później.

 


 

PONTUS IDZIE DO SZKOŁY

Mam w domu małe jagniątko. Ma na imię Pontus.

Żeby dostać się do szkoły, Pontus musiał zaliczyć test kwalifikacyjny.

Udało mu się, chociaż za każdym razem kiedy padało pytanie, on uparcie wybierał odpowiedź „b”.

Teraz plan jest taki, żeby Pontus dociągnął jakoś do matury.

Marzą mu się studia, konkretnie weterynaria, bo zawsze uwielbiał bawić się z innymi baranami w doktora.

 


 

PRZYJEMNIE JEST MIEĆ WŁASNE ZWIERZĘ, LECZ DZIADZIUŚ TEŻ JEST DOBRĄ RZECZĄ

Oprócz dwóch braci i baranka, mam też dziadka.

Mieszka po drugiej stronie naszej ulicy.

Widujemy się z nim średnio raz na rok.

Mamusia mówi, że nie ma potrzeby robić tego częściej.

 


 

MOJE NAJPRZYJEMNIEJSZE URODZINY

To były niezapomniane urodziny.

Dziadziuś należy do takiego stowarzyszenia, które w weekendy organizuje poszukiwania osób zaginionych.

Z okazji urodzin zabrał mnie na cotygodniowe przeczesywanie terenu.

Dał najpierw administratorowi grupy zdjęcie osoby poszukiwanej i ruszyliśmy w miasto.

Dziadek przez bite cztery godziny śmiał się pod nosem.

Dopiero w domu powiedział mi, że na tym zdjęciu to był on.

I nikt tego nie zauważył.

Bardzo śmieszne (tak uważam).

 


 

W JAKI SPOSÓB OLLE DOSTAŁ PSA

Wczoraj Olle pochwalił się nam swoim nowym psem.

Nie chciał powiedzieć, co musiał zrobić, żeby go dostać.

Postanowiliśmy nie drążyć tego tematu.

Olle i tak ma wystarczająco smutne życie.

 


 

ANNA I JA UCIEKAMY Z DOMU

Pewnego dnia zrobiłyśmy z Anną dwadzieścia kanapek, spakowałyśmy się i uciekłyśmy z domu.

Kiedy dwa tygodnie później wróciłyśmy z powrotem, tata spytał mnie, jak tam w szkole.

 


 

URZĄDZAMY SOBIE POKOIK DO ZABAWY

W sobotę Britta zaprosiła nas do nowego mieszkania. Miałyśmy urządzać pokoik do zabawy.

Zaraz po wyjściu z windy uderzył nas dziwny zapach.

Mama Britty gotuje fatalnie, ale nie aż tak.

Sąsiedzi powiedzieli nam, że tak jest od bardzo dawna.

Następnego dnia okazało się, że w sąsiednim mieszkaniu żył mężczyzna, który dwa lata temu ustawił sobie stałe zlecenia przelewu za czynsz i energię elektryczną.

A potem się powiesił.

 


 

Zobacz przeróbkę „Muminków”:

Tatuś Muminka na drodze gniewu

 


 

ZNÓW IDZIEMY DO SZKOŁY

Kiedy rozpoczynałam rok szkolny, w naszej klasie tylko ja i wychowawczyni, pani Anita, mówiłyśmy po szwedzku.

Po feriach pani Anita znalazła jednak normalną pracę.

Teraz wszystko jest na mojej głowie.

Mówię wam, bycie tłumaczką jest strasznie męczące.

 


 

JAK OBCHODZIMY W BULLERBYN GWIAZDKĘ

Szerokim łukiem!

A nie, nie dosłyszałam pytania.

Myślałam, że chodzi o Boże Narodzenie.

 


 

Zobacz przeróbkę „Kubusia Puchatka”:

Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste

 


 

JEDZIEMY Z WIZYTĄ DO CIOCI JENNY

W pierwszym dniu nowego roku wybraliśmy się całą rodziną do cioci Jenny.

Ciocia zawsze częstuje nas swoimi imbirowym ciasteczkami sprzed wojny.

Po obiedzie zapytałyśmy ją, jak myśli, dlaczego jako społeczeństwo jesteśmy nieszczęśliwi, skoro mamy wszystko, a nawet więcej?

 


 

LASSE WPADA DO JEZIORA

Mówiłam już, że trudno wytrzymać z braćmi? No właśnie…

Równocześnie chciałbym stanowczo zaprzeczyć, że miałam jakikolwiek związek z tym nieszczęśliwym wypadkiem.

 


 

IDZIEMY DO SZKOŁY I ŻARTUJEMY RAZEM Z PANIĄ

Okazuje się, że poczucie humoru naszej nowej pani nie zawsze jest kompatybilne z naszym.

 


 

DZIADZIUŚ KOŃCZY OSIEMDZIESIĄT LAT

Tatuś dziś zażartował, że dziadek to chyba chce żyć wiecznie.

Nawet ja, chociaż mam dopiero osiem lat, wiem, że tatusiowi tak naprawdę chodzi o jego 14-arową działkę w centrum miasta.

Dziadek odparł tatusiowi, że „po jego trupie”.

Tego dnia śmiechom nie było końca.

 


 

GDY WRACAMY ZE SZKOŁY

Zwykle wracamy ze szkoły autobusem, ale wczoraj Bosse powiedział, że zna fajny skrót przez tą dzielnicę, o której policjanci boją się mówić na głos.

Bosse zawsze był słaby w bieganiu. Wieczorem na pogotowiu założyli mu 20 szwów.

Zazdroszczę mu, dostał dwa tygodnie zwolnienia i nie będzie musiał chodzić do szkoły.

Anna mówi, że jutro ona pójdzie skrótem, tylko nie wie, w co ma się ubrać, żeby załatwić sobie miesiąc wolnego.

 


 

ANNA I JA SAME NIE WIEMY, CO ROBIMY

Anna przyniosła mi ulotkę z numerem telefonu do państwowego urzędu do spraw przemocy domowej.

Macie rację, to musiało się udać.

 


 

TRUDNO WYTRZYMAĆ Z BRAĆMI

Mówiłam wam już, że trudno wytrzymać z braćmi?

Żałuję, że kiedykolwiek tam pomyślałam.

Jutro zamieszkam z nowymi rodzicami.

Starzy rodzice dostaną kuratora.

A bracia zostaną rozdzieleni.

To nie tak miało być.

Kurwa, nie tak!

 


 

 


 

Syndrom Bullerbyn?

Wiem, że powyższa historia jest smoliście czarna i zdecydowanie przesadzona.

Nie pociąga mnie taka wizja świata.

Jeśli już miałbym się przenieść w czasie, to wybrałbym Bullerbyn w wersji zaproponowanej przez Astrid Lindgren.

Nawiasem mówiąc, o tym, że tęsknota za prostym, sielskim życiem jest powszechna, przekonałem się, kiedy znalazłem w Wikipedii informacje o tzw. syndromie Bullerbyn:

Syndrom Bullerbyn (niem. Bullerbü-Syndrom) – obraz wyidealizowanej Szwecji występujący w krajach niemieckojęzycznych. Obraz Szwecji jest stereotypowy, z wyłącznie pozytywnymi i idealistycznymi skojarzeniami: drewniane domy, zielone lasy, czyste jeziora, łosie, włosy blond, zadowoleni ludzie. Pojęcie pochodzi z powieści Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”, która opisuje życie w Szwecji jako idyllę.

 


 

PS. Dlaczego dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium?

To normalne, jeśli rodziców nie ma w domu, a ich lekarstwa na ból istnienia leżą na widocznym miejscu…
 


 
*) Śródtytuły pochodzą z książki „Dzieci z Bullerbyn”.

 


 

Najbardziej kontrowersyjny kurs pisania (w Polsce)?

Zobacz, na czym ta kontrowersja polega:

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]


 


 

Podoba Ci się ten tekst?

Napiszę dla Ciebie lepszy!

Zapytaj, co mogę dla Ciebie zrobić:


     


     




    Tatuś Muminka na drodze gniewu


     


     

    Czy da się połączyć bajkę „Muminki” z filmem „Mad Max”?

    Okazuje się, że tak.

     


     

    Rozdział pierwszy, w którym Mamusia Muminka ma dość wszystkiego

    Pewnego szarego poranka na Dolinę Muminków spadł pierwszy śnieg. Padał miękko i cicho. W parę godzin wszystko było białe*.

    Tatuś Muminka jak zwykle pracował w swoim gabinecie. Co parę sekund  sprawdzał powiadomienia na Mumbooku. W tych sprawach starał się być na bieżąco.

    Tymczasem Mamusia Muminka doszła do wniosku, że ma już wszystkiego dość. Nie chodzi o to, że opływała w luksusy, choć to pewnie też.

    Powód był inny.

    Między Tatusiem a nią coś zaczęło się psuć. Dlatego też postanowiła nie czekać na dalszy rozkład związku. Przy nadarzającej się okazji chciała uciec z domu, żeby zacząć żyć pełnią życia.

    Potrzebny był jej tylko dogodny moment.

     


     

    Rozdział drugi, w którym Tatuś wychodzi z pokoju

    Tatuś Muminka przeglądał się w lustrze z przodu, z tyłu i z boku, po czym z westchnieniem położył kapelusz na komodzie.

    – Masz rację – powiedział. – Nie wszystko potrzebuje ozdoby.
    – Szlachetność sama w sobie jest ozdobą – powiedziała uprzejmie Mamusia Muminka, choć w środku czuła, że zaraz eksploduje.

    Zreflektowała się jednak w porę, ponieważ uświadomiła sobie, że gdyby teraz wybuchła, to musiałaby potem sama sprzątać cały ten bałagan.

     


     

    Rozdział trzeci, w którym Mamusia Muminka bierze sprawy w swoje ręce

    Tatuś Muminka usiadł przy biurku i zaczął pisać. Nagle wypuścił wieczne pióro z ręki i wybiegł przed dom. Kurier z książkami podjeżdżał właśnie wózkiem widłowym.

    – Na mój ogon! Na mój ogon! – zawołał rozdygotany Tatuś.
    – Proszę bardzo! – kurier był jak zawsze nadzwyczaj kulturalny, w końcu woził książki.

    Jednym ruchem uruchomił dźwignię, która sprawiła, że ciężka przesyłka runęła na tę część Tatusia, która u Muminków znajduje się zawsze z tyłu.

    Okazało się, że to Mamusia Muminka przebrała się za kierowcę, który co tydzień przejeżdżał do Doliny, żeby zaopatrzyć Tatusia w nowości wydawnicze.

    Chcecie wiedzieć, co się stało z oryginalnym kurierem? Cokolwiek się z nim stało, Mamusia mogła spać spokojnie, ponieważ tego dnia na Dolinę Muminków znowu spadł śnieg.

    Padał tak miękko i cicho, że w parę godzin wszystko zrobiło się białe. Naprawdę wszystko.

     


     

    Rozdział czwarty, w którym Muminek i Mamusia uciekają z domu

    – What a lovely day, Mamusiu! – wesoło podskoczył Muminek.
    – Istotnie – zauważyła Mamusia.

    Uciekinierzy dreptali nieśpiesznie wąską ścieżką, od czasu do czasu napotykając sąsiadów.

    – Dzień dobry, Mamusiu Muminka – ukłonił się Paszczak.
    – Dzień dobry, Paszczaku – odparła Mamusia.
    – Spacerek?
    – Nie, uciekamy z domu.
    – Powodzenia.
    – Dziękujemy.

     


     

    Rozdział piąty, w którym Tatuś Muminka rusza w pościg

    Tymczasem Tatuś leżał pod paczką z książkami. W momencie uderzenia, całe życie przebiegło mu przed oczami niczym stado bizonów pędzących przez prerię w poszukiwaniu straconego czasu.

    Po chwili Tatuś jednak wstał, otrzepał się i ruszył przed siebie. Dreptał nieśpiesznie wąską ścieżką, od czasu do czasu napotykając sąsiadów.

    – Dzień dobry, Tatusiu Muminka – ukłonił się Paszczak.
    – Dzień dobry, Paszczaku – odparł Tatuś.
    – Spacerek?
    – Nie, idę zabić Mamusię, szła może tędy?
    – Nie, nie widziałem jej.
    – Dziękuję za informację.

     


     

    Rozdział szósty, w którym Muminek i Mamusia wracają do domu na podwieczorek

    Minęło kilka godzin. Muminek zgłodniał i miał już dość tej ucieczki.

    – Mamusiu, może jednak wrócimy?
    – Wiesz, to dobry pomysł.

    Zaczęli wracać. Musieli przedzierać się przez zaspy, bo nawet jak śnieg pada bardzo miękko i cicho, to z każdą minutą jest go mimo wszystko coraz więcej.

    Po paru kwadransach Muminek nagle zatrzymał się na małym pagórku.

    – Mamusiu, mam wrażenie, że stoję na Tatusiu.
    – To możliwe. Zauważył, że nas nie ma, wściekł się i ruszył w pościg. Dostał zawału, padł na ziemię, a śnieg zrobił resztę.
    – To co teraz zrobimy?
    – Zabierzemy zwłoki do domu. Weźmiemy Tatusia pod ręce i będziemy udawać, że jesteśmy pijani.
    – To ma sens! – zawołał radośnie Muminek.

     


     

    Rozdział siódmy, w którym Mamusia zaprasza wszystkich na herbatę

    – Paszczaku, Włóczykiju, Migotko! Zapraszam do stołu, upiekłam pyszne ciasteczka.
    – A co z Tatusiem? – zapytała Mała Mi – Odkąd przyszliśmy, nie ruszył się z fotela i nie odezwał się do nas ani jednym słowem.
    – Pracuje nad nową książką i dlatego… oszczędza słowa – Muminek bez mrugnięcia okiem sprzedał wszystkim historię, która zaskakująco dobrze trzymała się zasad logiki.

    Nagle Tatuś chrząknął, a po chwili zaczął się dramatycznie krztusić.
    – Muminku, biegnij po encyklopedię medycyny, szybko! Jest w gabinecie Tatusia!

    Muminek pobiegł po książkę i wrócił na jednej nodze z wielką księgą pod pachą.
    – Muminku, ale to jest książka kucharska… Chociaż… W sumie, może być.

    Mamusia podniosła do góry grube tomiszcze i z całej siły uderzyła nim Tatusia w głowę. Ten jęknął cicho i zamknął oczy.

    – W zasadzie to nigdy go nie lubiłem – zwierzył się Paszczak.
    – Ja też za nim nie przepadałem – dodał Włóczykij.
    – Ale mimo wszystko to był mój Tatuś… – Muminek chyba nie rozumiał, o co tu chodzi.
    – Chyba nie rozumiesz, o co tu chodzi – wtrąciła się Buka – To nie był twój Tatuś.
    – Mamusiu, czy to prawda? – krótkie życie Muminka przeleciało mu przed oczami.
    – Przepraszam, kto chce jeszcze herbaty? – zapytała Mamusia jak gdyby nigdy nic…

     


     

    *) Niektóre fragmenty dialogów pochodzą z książki Tove Jansson pt. „W Dolinie Muminków”.

     


     

    Zobacz też inne, równie zakręcone bajki:

    O chłopcu, któremu urodziła się mama

    Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

    Krótka historia pewnej internetowej rodziny

    O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami