1

Storytelling: bajka o ołówku i temperówce

 


 

Uwaga:

poniższa bajka NIE zawiera elementów autobiograficznych.

 


 

W pewnym domu żył sobie żółty ołówek.

Czasem coś skrobnął, czasem narysował, czasem napisał. Choć był jeszcze całkiem młody, z niewiadomego powodu niecierpliwie odliczał dni do swojej śmierci.

Świdrująca samotność spychała go milimetr po milimetrze na skraj obłędu. Jednej nocy, w akcie desperacji, ostatkiem grafitu wydusił z siebie ogłoszenie:

Szukam temperówki.

Przyznacie, że nie był zbyt wylewnym facetem.

Jakież było jego zaskoczenie, kiedy pod drzwiami domu, w którym całe życie wegetował, zaczęły się ustawiać kolejki strugaczek.

Po wyczerpującym miesiącu selekcji wybrał wreszcie tę jedyną. (Ona potem twierdziła, że to on został przez nią wybrany).

***

Stało się.

Bezgraniczne szczęście zaczęło od tej pory przepełniać jego drewnianą obudowę.

Ale czy aby na pewno?

***

Ilekroć nocą zbliżał się do temperówki, tyle razy rano budził się odrobinę krótszy.

Tracił cenne centymetry, ale zyskiwał głowę pełną niewiarygodnie świeżych pomysłów. Temperówka napełniała ją bowiem masą grafitowych inspiracji.

Ołówek rzucił się w wir pracy.

Za dnia dawał z siebie wszystko. Nocą uiszczał stosowną opłatę za pisarską błyskotliwość, sprawiając swojej towarzyszce nieopisaną radość i poczucie niewysłowionego spełnienia.

***

Bardzo szybko jednak zrozumiał, że to prosta droga do katastrofy. I że każde wyjście z tej sytuacji jest złe. I że w życiu nie można mieć wszystkiego.

Postanowił gruntownie zadbać o siebie. Drastycznie ograniczył pisanie. Przestał zbliżać się do temperówki na odległość mniejszą niż „dzień dobry, co u ciebie słychać”.

Ta parę miesięcy później zardzewiała z tęsknoty i umarła.

***

Został sam. Krótki, stępiony, ale w miarę zadbany.

Pech chciał, że żył jeszcze długo. Długo, monotonnie i boleśnie.

W końcu został wypisany z życia.

Jedyną rzeczą, która po nim pozostała, była sterta pogryzmolonych kartek papieru…

***

Jaki z tego morał?

Kto nie daje z siebie wszystkiego, ten na koniec zostaje z niczym.




Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste


 


 

Po latach spędzonych w wielkim świecie Prosiaczek wrócił w końcu do domu. 

Stumilowy Las wydał mu się teraz boleśnie prowincjonalny.

I jeszcze bardziej tekturowy w smaku. 

 


 

Prosiaczek i hygge

Prosiaczek, który podczas zagranicznych wojaży zachłysnął się obcymi trendami, postanowił urządzić przyjęcie powitalne na swoją cześć.

Nie wszystko jednak na tej imprezie szło zgodnie z planem:

– Prosiaczku, dlaczego zapaliłeś tyle świeczek? Czy ktoś tu umarł? – zapytał szczerze zdziwiony Tygrysek.

– Tu naprawdę nie ma czym oddychać… – westchnął astmatycznie Osiołek.

– Ignoranci… – syknął w myślach Prosiaczek – Nie dorośli jeszcze do cieszenia się z drobnych przyjemności w gronie przyjaciół.

Prosiaczek zręcznie udawał, że puszcza te uwagi mimo uszu. 

W pewnym momencie zaczął powoli i precyzyjnie rozkładać naczynia na stole. Bardzo bardzo powoli. Zniecierpliwienie gości pęczniało z kwadransa na kwadrans.

Wreszcie Sowa nie wytrzymała:

– To reumatyzm?

– Nie, a dlaczego pytasz?

– Czasami bóle stawów uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, wiem coś o tym – Sowa próbowała owinąć swoje poirytowanie w bawełnę.

– Nie, to nie reumatyzm.

– Kamień z serca…

– To slow life.

 


 

Prosiaczek i minimalizm

Wreszcie, po dwóch godzinach Prosiaczek poprosił wszystkich, by zasiedli do obiadu.

Na stół wjechał prawdziwy importowany miodek.

Wydawało się, że teraz przyjęcie ruszy z kopyta.

Puchatek miał jednak co do tego spore wątpliwości:

– Prosiaczku, a dlaczego na każdym talerzu jest tylko taka mała, tycia-tyciuteńka kropeleńka miodeczku?

– Bo less is more.

– Aha. Chyba nie rozumiem.

– To znaczy, że mniej znaczy więcej.

– Aha. Czyli mam rozumieć, że im mniej miodku wkładam sobie do pyszczka, tym zjadam go więcej?

– W rzeczy samej.

– Aha. Czyli gdybym zupełnie przestał jeść miód, to pękłbym z przejedzenia?

– Teoretycznie tak.

Mały rozumek Puchatka najwyraźniej nie był jeszcze gotowy na takie kuchenne rewolucje.

 


 

Prosiaczek i globalne ocieplenie

Po daniu głównym przyszedł czas na podwieczorek: herbatę i ciastko.

Z racji tego, że Prosiaczek powrócił do Stumilowego Lasu dość poważnie spłukany, musiano obejść się bez łakoci.

W powietrzu tańczył wesoło aromat herbaty earl grey, a bursztynowy napar delikatnie muskał kubki smakowe uczestników przyjęcia.

– Otóż lord Charles Grey – Prosiaczek postanowił wziąć na siebie syzyfowy ciężar edukowania swoich przyjaciół – wpadł kiedyś na pomysł, by wzmocnić zapach herbacianych listków olejkiem wytłaczanym ze skórki pomarańczy zwanej popularnie bergamotką.

– Prosiaczku, ta herbata jest jakaś taka… – Tygrysek nie zdążył niestety dokończyć zdania, ponieważ jego rozbrykany układ nerwowy został sparaliżowany przez podstępną neurotoksynę.

– Prawdą jest to, co mówią: walka z nadmierną emisją dwutlenku węgla wymaga ofiar… – cicho westchnął Prosiaczek, roniąc maleńką łzę.

 


 

Prosiaczek i…

Świt z niemałym trudem przebijał się przez gęste listowie Stumilowego Lasu.

Prosiaczek wziął i po raz ostatni spojrzał na swoich martwych przyjaciół.

A potem pozjadał wszystkie rozumy.

I to było zero waste.

 


 

Epilog

Parę dni później przed domem Prosiaczka stanęła tablica informująca, że „Projetk walki z globalnym oćepleniem zafundowała Óńja”.

Zaiste, dysortografia jego nie miała granic…

 


 

Chcesz nauczyć się tak pisać?

Zapraszam Cię na mój kurs copywritingu i kreatywnego pisania:
 

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]


 


 

 


 

Zobacz równie pokręcone bajki:

Tatuś Muminka na drodze gniewu

O chłopcu, któremu urodziła się mama

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami

Krótka historia pewnej internetowej rodziny




O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami


 


 
Jak stworzyć ciekawą historię?

Można zacząć od znalezienia ciekawych bohaterów.

Brzmi prosto, ale tylko brzmi.

 


 

Uruchomiłem edytor tekstu i wtedy mnie olśniło.

Przecież w pasku narzędzi od dawna siedzą naprawdę intrygujące postacie.

Nic tylko wziąć je i wstawić do swojej opowieści.

Zobaczcie, co z tego wyszło.

 


 
 


 

Żył sobie kiedyś mężczyzna, któremu w dzieciństwie ktoś powiedział, że jest gruby.

Słowo „gruby” zapuściło głębokie korzenie w sercu Bolda

(bo tak od tamtej pory wołały na niego dzieci z prawidłową przemianą materii).
 

 
Mijały lata.

Pan Bold był samotny i nieszczęśliwy.

Wypracował sobie jednak reakcję obronną.

Wszystko, na co patrzył, pogrubiało się w jego oczach.

Zamiast drzew widział drzewa, a zamiast mebli – meble.

Tylko jego marna wypłata stale wyglądała jak wypłata.
 
 
Po pracy nie spieszył się do domu.

Nie miał do czego.

Wsiadał do dowolnego tramwaju i jeździł nim od pętli do pętli.

Też zauważyliście, że nazwa ostatniego przystanku brzmi jakoś tak… samobójczo?

Pan Bold nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
 

 
Pewnego popołudnia z okien wagonu spostrzegł panią Kursywę – kobietę, której od zawsze wiatr wiał w oczy.

Robił to na tyle skutecznie, że biedaczka z przyzwyczajenia chodziła cały czas mocno pochylona do przodu.

Bold spojrzał na nią ze szczerym współczuciem.

„Nie dość, że gruba, to jeszcze krzywa jak wierzba, która nie podniosła się po halnym” – pomyślał.
 
 
Wyskoczył z wagonu.

Pobiegł za Kursywą.

Zaproponował, że podwiezie ją do domu tramwajem.

Przepraszam, może panią podwieźć? – zagaił pan Bold.

Ach, nie trzeba. Mieszkam sto metrów stąd – odparła zawstydzona pani Kursywa.

Nalegam… – nalegał Bold.

Trudno, zaryzykuję… – zaryzykowała Kursywa.
 
 
Kobieta zgodziła się.

Stanęli na przystanku.

Wkrótce nadjechał ich środek lokomocji.

Był jednak jakiś inny niż reszta dwuszynowców.
 
 
Przekonali się o tym, gdy ich tramwaj postanowił pojechać skrótem przez park.

Miał na to prosty patent.

Układał przed sobą tory, a reszty możecie się już sami domyślić.

Łąka? Nie ma sprawy? Rynek miasta? Banał. Środek galerii handlowej? Prościzna!
 
 
Szaleńcza podróż skończyła się mało romantycznie, bo na komisariacie, gdzie Bold z Kursywą przez wiele godzin bezskutecznie zapewniali, że są niewinni.

Jednak ta wycieczka odmieniła życie całej trójki.

Tak, trójki.
 
 
Wkrótce po tym zdarzeniu Bold, Kursywa i tramwaj zwany Podkreślaniem dostali robotę w Microsofcie.

Podobno sam Bill Gates wpłacił za nich kaucję.

Od tej pory mieli dodawać smaku tekstom w milionach edytorów na świecie.
 
 
Bold pęczniał z dumy, kiedy nadawał słowom odpowiednią wagę i znaczenie.

Kursywa mogła wreszcie pokazać swoje zalotne oblicze, pochylając zdania dialogów.

A Podkreślenie miało niezły ubaw, kiedy dla żartów udawało linki, których za cholerę nie dało się kliknąć.
 
 
Tu powinna być puenta, ale dopadł ją skrót Ctrl+X i powiedział, że nie odda.

No wiecie?

Taki numer wyciąć na koniec?

Koniec świata…

KONIEC

 


 
 


 




Krótka historia pewnej internetowej rodziny


 


 

A gdyby tak w adresie strony internetowej ukryć epicką historię?
Czy to wykonalne? Zobaczcie sami.

 


 
Dawno, dawno temu żył sobie pewien ubogi, ale szlachetny Http. Błąkał się biedaczysko samotnie, szukając swojej wymarzonej Www.

Na szczęście i do niego los się w końcu uśmiechnął. Pewnego dnia wyhaczył na imprezie jedną szczupłą Www w HTML-u.  Młodzi przylgnęli do siebie w tańcu. I tak już zostało:

http://www

Byli szczęśliwi, bo byli:

http://www.razem

Www jednak naciskała na sformalizowanie związku. Tak długo wierciła biednemu Http w brzuchu, że ten w końcu uległ:

http://www.na-zawsze-razem

Tak, byli zakochani. Zabujani, szczęśliwi i… bezdomni. Trochę czasu zleciało, zanim znaleźli swoje miejsce na serwerze:

http://www.na-zawsze-razem.pl

Http lekko się zdziwił, kiedy pewnego dnia Www oświadczyła, że pod ich adresem zamieszka jego teściowa:

http://www.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Na szczęście mamusia całymi dniami siedziała w swoim katalogu i nie przeszkadzała zakochanym. A ci nie próżnowali:

http://www.ciaza.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Dziewięć miesięcy później młodzi uroczyście zmienili nazwę subdomeny:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia

Krzyś czuł się trochę samotnie, więc na drugie urodziny dostał prezent:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek

a na imieniny – dokładkę:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek/kicia

Niestety, rodzinna idylla nie trwała długo… Okazało się, że w okolicy grasował seryjny skracacz linków. Pewnej nocy odwiedził:

http://www.krzysiu.na-zawsze-razem.pl/mamusia/azorek/kicia

i z pięknie zapowiadającego się adresu zrobił taki pasztet, że nawet wujkowi Google trudno było zidentyfikować zwłoki:

http://bit.ly/2osZfE5

KONIEC
 



 

Inne wpisy, które warto zobaczyć:

Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste

Tatuś Muminka na drodze gniewu




Nieszczęścia są rude, jeżdżą multiplą i grają na altówce

 


 

Jedna historia.

Dwa punkty widzenia.

Trzy minuty frajdy.

 


 

Część pierwsza: historia z punktu widzenia mężczyzny

 


 

Styczeń

Dyrygent znowu się na mnie wydarł przy wszystkich. Już się nawet nie czerwienię ze wstydu. Przyzwyczaiłem się. Bycie rudym altowiolistą nie jest usłane różami.

Dostałem maila od jakiejś kobiety. Chciała się ze mną umówić. Prawie się nabrałem.
Ruda i gra na altówce?

Bez jaj.

Najwyżej będę samotny do końca życia.

 


 

Luty

Ktoś nasypał cukru do baku w mojej multipli.

Mechanik też się dziwił. Takich rzeczy się nie robi. To niehumanitarne.

Jeszcze bardziej zaskoczyły go wyrwane kable zapłonowe, jakiś tydzień później.
Ktoś musiał sobie zadać wiele trudu, żeby to zrobić bez podnoszenia maski.

 


 

Marzec

Pierwszy raz dyrygent nie miał do mnie żadnych uwag!

Większość koncertu pauzowałem. To znaczy nie grałem, bo w nutach, nie wiedzieć czemu, były głównie pauzy. W moich nutach i w jego partyturze.

Tak to ja mogę pracować!

 


 

Kwiecień

W futerale na altówkę znalazłem ulotki szamponu koloryzującego.
Ech, ta wszędobylska reklama.

Parę dni później ktoś podrzucił mi do kieszeni płaszcza saszetki z próbkami farby do włosów. Chyba zrozumiałem aluzję.

Swoją drogą, nie wiedziałem, że czarny kolor fryzury jest tak seksowny.

 


 

Maj

Zostałem dyrektorem filharmonii!!!

Przez dwa tygodnie nie mogłem wyjść ze zdumienia i dojść do siebie.
W końcu się udało.

I wyjść, i dojść.

 


 

Czerwiec

Zawsze wiedziałem, że koledzy mnie lubią, tylko zwyczajnie boją się to okazać.

Odkąd rządzę całą tą filharmonią, na każdym kroku natykam się na szerokie uśmiechy wycelowane w moją stronę.

Sprzedałem multiplę i kupiłem zapas farby do włosów.

 


 

Lipiec

Poszedłem do lekarza. Powiedziałem mu o dojmującym bólu podczas siedzenia.

Lekarz zaczął mnie badać. Spytałem, czy to hemoroidy. Zaprzeczył.
Spytałem, czy to rak. Zdecydowanie zaprzeczył.

Kazał przyjść za miesiąc.

 


 

Sierpień

Z drżącym sercem znowu poszedłem do lekarza. Poczułem wielką ulgę, gdy wreszcie postawił diagnozę.

Ileż było śmiechu, kiedy pielęgniarka w gabinecie zabiegowym zabrała się za wyciąganie mi z tyłka prawie całej orkiestry.

Blacha, drewno, smyczki…
Najgorzej było z kotłami i kontrabasami.

Jak oni tam weszli?
I najważniejsze: dlaczego niczego wcześniej nie zauważyłem?

 


 

Wrzesień

Do mojego gabinetu przyszła prześliczna wiolonczelistka i patrząc mi prosto w oczy, zapytała, czy jestem wolny.

Odpowiedziałem, że do końca roku jestem zajęty.

Mam wrażenie, że odpowiedź jej nie usatysfakcjonowała.

 


 

Październik

Postanowiłem wrócić do grania w orkiestrze, żeby nie wyjść z wprawy i w ogóle.

Zauważyłem, że dyrygent ewidentnie przymyka ucho na moje fałsze.

Nawet ja to słyszę.

 


 

Listopad

Parę razy błysnąłem dowcipem na spotkaniu z prezydentem miasta.

Mam teraz wielu przyjaciół.

Życie jest piękne!

 


 

Grudzień

Przyszło pismo z ministerstwa. Podobno moja nominacja była pomyłką.

Z dnia na dzień straciłem wszystko.

Okazało się, że altowiolistka, z którą grałem, nosi perukę, pod którą ukrywa prawdziwe włosy.

Nie zgadniecie, jakiego koloru…

***

 


 

Część druga: historia z punktu widzenia kobiety

 


 

Styczeń

Obiecałam sobie, że robię to ostatni raz.

Jeśli się uda, to naprawdę już zazdroszczę temu facetowi.

Ale jeśli mnie odrzuci, to… odbiorę mu wszystko!

Najwyżej zostanę starą panną.

 


 

Luty

Całkiem dobry patent z tym cukrem w baku.

Ten z kablami też.

Może to go przekona, że najwyższy czas pozbyć się multipli i przestać robić z siebie pośmiewisko.

 


 

Marzec

W życiu nie napisałam tylu pauz.

Na szczęście dyrygent ma wyjątkowo słabą pamięć do partii altówki.

 


 

Kwiecień

W końcu pojął aluzję.

Trzeba przyznać, że w czarnym nawet mu do twarzy.

 


 

Maj

Ten minister kultury nie jest taki obleśny, jak o nim mówią.

Zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu.

Dobrze, że wszystkie papiery trzymał w sypialni, bo inaczej cała robota byłaby na nic.

 


 

Czerwiec

Skręciłam kostkę na korytarzu filharmonii.

Poślizgnęłam się na wazelinie.

 


 

Lipiec

Aż żal patrzeć, jak mu wchodzą w tyłek…

 


 

Sierpień

Nareszcie wygląda jak człowiek.

Normalnie bym się z nim umówiła, ale mam zasady: nie zmieniam swoich postanowień.

 


 

Wrzesień

No ale żeby odesłać z kwitkiem najładniejszą wiolonczelistkę w Polsce?

Tego nie przewidziałam.

 


 

Październik

Znowu gramy razem.

Nie miałam pojęcia, że nasz dyrygent ma tak gigantyczne zdolności aktorskie.

 


 

Listopad

Nowe auto, nowy image, nowe znajomości.

Chyba założę swoją firmę od zmieniania ludziom wizerunku.

Chociaż tak po ludzku to mi go trochę żal.

Ale sam się o to prosił.

 


 

Grudzień

Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Nie miał nic, więc musiałam wepchnąć go na szczyt. A potem zrzucić z wysokiego konia. I odebrać wszystko.

A na finał zdjęłam przy nim perukę.

Rude jest piękne! Nawet jak gra na altówce.

 


 

 


 

Zobacz też inne, równie zakręcone historie: 

O chłopcu, któremu urodziła się mama

„Bajka o chrobotku reniferowym” (chusteczki wymagane!)

Tatuś Muminka na drodze gniewu

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

 


 




O chłopcu, któremu urodziła się mama


 


 

Ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Ale mogła.

 


 

Dzień pierwszy

Do jednoosobowej szpitalnej sali weszła pielęgniarka, pchając przed sobą spory wózek. Podjechała nim do łóżka, w którym leżał mały, przestraszony chłopiec i powiedziała:

– Witaj, gratuluję, masz mamę. To kobieta.

Chłopcu aż zaświeciły się oczy z radości. Zawsze chciał mieć mamę, która będzie kobietą. Usiadł na brzegu łóżka i z czułością spojrzał na swój nowo narodzony skarb.

W międzyczasie pielęgniarka wyjęła z wózkowego schowka talerz z obiadem dla mamy.

– Spróbujesz ją nakarmić? Czy może mam zawołać kogoś do pomocy?
– Dam radę. A…
– Tak?
– To one nie piją mleka modyfikowanego?
– Nie, jedzą ziemniaki, buraki, mięso, sałatkę.
– Brr… paskudztwo.
– To normalne, z czasem wyrastają z tego.

Parę chwil później pielęgniarka pożegnała się z chłopcem i wróciła do swoich zajęć.

 


 

Dzień drugi

Następnego dnia znowu weszła do sali, w której przebywał chłopiec ze swoją mamą. Tym razem zauważyła, że jego wzrok wyraźnie przygasł.

– Nie poradzę sobie z tym.
– To normalne.
– Już jej nie chcę.
– Kochany… Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.

Chłopiec podniósł głowę i popatrzył na pielęgniarkę tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

– W sensie, że lepiej było mamę usunąć?
– Tak.
– Nie jestem jednym z tych, którzy twierdzą, że matki do 20. roku życia są tylko zlepkiem stresów, fochów i kompleksów. I że dlatego można się ich bez skrupułów pozbyć.
– Naprawdę tak myślisz?
– Powiem więcej. Uważam, że od samego początku jest w nich jakieś trudno uchwytne piękno. Że są w nich głębokie pokłady dobroci i człowieczeństwa.
– To dlaczego teraz jej nie chcesz?
– Bo czuję, że nie będę miał dla niej wystarczającej ilości czasu. Wie pani, jakie jest życie. Ja muszę się bawić. Jestem stale zajęty zabawą. Od rana do nocy.
– Są żłobki.
– Nie mam samochodu, żeby ją tam codziennie dowozić.

Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Pielęgniarka odebrała bez słowa, po czym z pośpiechem wybiegła z sali. Wróciła po godzinie.

– Myśli pani, że warto mieć mamę?
– Popytam.

 


 

Dzień trzeci

Do sali wszedł psycholog. Ostrzegano go, że rozmowa z chłopcem łatwa nie będzie. Spojrzał na niego i zrozumiał, że nic tu po nim. Wychodząc, rzucił tylko w powietrze krótkie:

– Jest jeszcze jedno wyjście.
– Naprawdę?
– Dom dla samotnych matek.
– Mogę ją tam zostawić?
– Tak.
– I co się z nią dalej stanie?
– Może ktoś ją kiedyś adoptuje.
– Nie, nie zrobię jej tego.

Psycholog nie zamknął jeszcze drzwi, gdy chłopiec usłyszał szept:

– Synku…
– Mamo… 

Chłopiec poczuł, że coś ściska go za gardło. Zrobiło mu się głupio. Tak strasznie, ale to strasznie głupio.

– Mamo, przepraszam… Wiem, że to depresja poporodowa. To minie. Zawsze będę cię kochał.
– A lekcje odrobiłeś?

Chłopiec wybiegł z sali jak oparzony, krzycząc:

– Na jakiej ulicy jest ten dom?

 


 

PS. Ta historia miała swój dalszy ciąg 🙂

Napisałem na jej podstawie bajkę dla dzieci:

Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama

 


 

Zobacz też inne bajki:

Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

Krótka historia pewnej internetowej rodziny

„Bajka o chrobotku reniferowym” (chusteczki wymagane!)

 


 

Zapowiedź kursu pisania:

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]

 


 

https://maciejwojtas.pl/blogi-firmowe-copywriter/

OFERTA: scenariusze spotów (reklam) radiowych




Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

 


 

Parę dni temu obejrzałem „The Swedish Theory of Love” – przygnębiający film dokumentalny o życiu w Szwecji. Kilka miesięcy wcześniej odświeżyłem sobie szwedzką książkę pt. „Dzieci z Bullerbyn”.

W poniższym wpisie połączyłem te dwa wątki. Przeniosłem mieszkańców Bullerbyn do 2017 roku.

Wyszło bardzo gorzko, choć historia zaczyna się całkiem niewinnie…

 


 

MY – DZIECI Z BULLERBYN*

Mam na imię Lisa.

Mam osiem lat, dwóch braci i właśnie zrobiłam coś bardzo strasznego.

Ale o tym opowiem wam później.

 


 

PONTUS IDZIE DO SZKOŁY

Mam w domu małe jagniątko. Ma na imię Pontus.

Żeby dostać się do szkoły, Pontus musiał zaliczyć test kwalifikacyjny.

Udało mu się, chociaż za każdym razem kiedy padało pytanie, on uparcie wybierał odpowiedź „b”.

Teraz plan jest taki, żeby Pontus dociągnął jakoś do matury.

Marzą mu się studia, konkretnie weterynaria, bo zawsze uwielbiał bawić się z innymi baranami w doktora.

 


 

PRZYJEMNIE JEST MIEĆ WŁASNE ZWIERZĘ, LECZ DZIADZIUŚ TEŻ JEST DOBRĄ RZECZĄ

Oprócz dwóch braci i baranka, mam też dziadka.

Mieszka po drugiej stronie naszej ulicy.

Widujemy się z nim średnio raz na rok.

Mamusia mówi, że nie ma potrzeby robić tego częściej.

 


 

MOJE NAJPRZYJEMNIEJSZE URODZINY

To były niezapomniane urodziny.

Dziadziuś należy do takiego stowarzyszenia, które w weekendy organizuje poszukiwania osób zaginionych.

Z okazji urodzin zabrał mnie na cotygodniowe przeczesywanie terenu.

Dał najpierw administratorowi grupy zdjęcie osoby poszukiwanej i ruszyliśmy w miasto.

Dziadek przez bite cztery godziny śmiał się pod nosem.

Dopiero w domu powiedział mi, że na tym zdjęciu to był on.

I nikt tego nie zauważył.

Bardzo śmieszne (tak uważam).

 


 

W JAKI SPOSÓB OLLE DOSTAŁ PSA

Wczoraj Olle pochwalił się nam swoim nowym psem.

Nie chciał powiedzieć, co musiał zrobić, żeby go dostać.

Postanowiliśmy nie drążyć tego tematu.

Olle i tak ma wystarczająco smutne życie.

 


 

ANNA I JA UCIEKAMY Z DOMU

Pewnego dnia zrobiłyśmy z Anną dwadzieścia kanapek, spakowałyśmy się i uciekłyśmy z domu.

Kiedy dwa tygodnie później wróciłyśmy z powrotem, tata spytał mnie, jak tam w szkole.

 


 

URZĄDZAMY SOBIE POKOIK DO ZABAWY

W sobotę Britta zaprosiła nas do nowego mieszkania. Miałyśmy urządzać pokoik do zabawy.

Zaraz po wyjściu z windy uderzył nas dziwny zapach.

Mama Britty gotuje fatalnie, ale nie aż tak.

Sąsiedzi powiedzieli nam, że tak jest od bardzo dawna.

Następnego dnia okazało się, że w sąsiednim mieszkaniu żył mężczyzna, który dwa lata temu ustawił sobie stałe zlecenia przelewu za czynsz i energię elektryczną.

A potem się powiesił.

 


 

Zobacz przeróbkę „Muminków”:

Tatuś Muminka na drodze gniewu

 


 

ZNÓW IDZIEMY DO SZKOŁY

Kiedy rozpoczynałam rok szkolny, w naszej klasie tylko ja i wychowawczyni, pani Anita, mówiłyśmy po szwedzku.

Po feriach pani Anita znalazła jednak normalną pracę.

Teraz wszystko jest na mojej głowie.

Mówię wam, bycie tłumaczką jest strasznie męczące.

 


 

JAK OBCHODZIMY W BULLERBYN GWIAZDKĘ

Szerokim łukiem!

A nie, nie dosłyszałam pytania.

Myślałam, że chodzi o Boże Narodzenie.

 


 

Zobacz przeróbkę „Kubusia Puchatka”:

Jak Prosiaczek zachłysnął się minimalizmem, hygge i zero waste

 


 

JEDZIEMY Z WIZYTĄ DO CIOCI JENNY

W pierwszym dniu nowego roku wybraliśmy się całą rodziną do cioci Jenny.

Ciocia zawsze częstuje nas swoimi imbirowym ciasteczkami sprzed wojny.

Po obiedzie zapytałyśmy ją, jak myśli, dlaczego jako społeczeństwo jesteśmy nieszczęśliwi, skoro mamy wszystko, a nawet więcej?

 


 

LASSE WPADA DO JEZIORA

Mówiłam już, że trudno wytrzymać z braćmi? No właśnie…

Równocześnie chciałbym stanowczo zaprzeczyć, że miałam jakikolwiek związek z tym nieszczęśliwym wypadkiem.

 


 

IDZIEMY DO SZKOŁY I ŻARTUJEMY RAZEM Z PANIĄ

Okazuje się, że poczucie humoru naszej nowej pani nie zawsze jest kompatybilne z naszym.

 


 

DZIADZIUŚ KOŃCZY OSIEMDZIESIĄT LAT

Tatuś dziś zażartował, że dziadek to chyba chce żyć wiecznie.

Nawet ja, chociaż mam dopiero osiem lat, wiem, że tatusiowi tak naprawdę chodzi o jego 14-arową działkę w centrum miasta.

Dziadek odparł tatusiowi, że „po jego trupie”.

Tego dnia śmiechom nie było końca.

 


 

GDY WRACAMY ZE SZKOŁY

Zwykle wracamy ze szkoły autobusem, ale wczoraj Bosse powiedział, że zna fajny skrót przez tą dzielnicę, o której policjanci boją się mówić na głos.

Bosse zawsze był słaby w bieganiu. Wieczorem na pogotowiu założyli mu 20 szwów.

Zazdroszczę mu, dostał dwa tygodnie zwolnienia i nie będzie musiał chodzić do szkoły.

Anna mówi, że jutro ona pójdzie skrótem, tylko nie wie, w co ma się ubrać, żeby załatwić sobie miesiąc wolnego.

 


 

ANNA I JA SAME NIE WIEMY, CO ROBIMY

Anna przyniosła mi ulotkę z numerem telefonu do państwowego urzędu do spraw przemocy domowej.

Macie rację, to musiało się udać.

 


 

TRUDNO WYTRZYMAĆ Z BRAĆMI

Mówiłam wam już, że trudno wytrzymać z braćmi?

Żałuję, że kiedykolwiek tam pomyślałam.

Jutro zamieszkam z nowymi rodzicami.

Starzy rodzice dostaną kuratora.

A bracia zostaną rozdzieleni.

To nie tak miało być.

Kurwa, nie tak!

 


 

 


 

Syndrom Bullerbyn?

Wiem, że powyższa historia jest smoliście czarna i zdecydowanie przesadzona.

Nie pociąga mnie taka wizja świata.

Jeśli już miałbym się przenieść w czasie, to wybrałbym Bullerbyn w wersji zaproponowanej przez Astrid Lindgren.

Nawiasem mówiąc, o tym, że tęsknota za prostym, sielskim życiem jest powszechna, przekonałem się, kiedy znalazłem w Wikipedii informacje o tzw. syndromie Bullerbyn:

Syndrom Bullerbyn (niem. Bullerbü-Syndrom) – obraz wyidealizowanej Szwecji występujący w krajach niemieckojęzycznych. Obraz Szwecji jest stereotypowy, z wyłącznie pozytywnymi i idealistycznymi skojarzeniami: drewniane domy, zielone lasy, czyste jeziora, łosie, włosy blond, zadowoleni ludzie. Pojęcie pochodzi z powieści Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”, która opisuje życie w Szwecji jako idyllę.

 


 

PS. Dlaczego dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium?

To normalne, jeśli rodziców nie ma w domu, a ich lekarstwa na ból istnienia leżą na widocznym miejscu…
 


 
*) Śródtytuły pochodzą z książki „Dzieci z Bullerbyn”.

 


 

Najbardziej kontrowersyjny kurs pisania (w Polsce)?

Zobacz, na czym ta kontrowersja polega:

Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]


 


 

Podoba Ci się ten tekst?

Napiszę dla Ciebie lepszy!

Zapytaj, co mogę dla Ciebie zrobić:


     


     




    Tatuś Muminka na drodze gniewu


     


     

    Czy da się połączyć bajkę „Muminki” z filmem „Mad Max”?

    Okazuje się, że tak.

     


     

    Rozdział pierwszy, w którym Mamusia Muminka ma dość wszystkiego

    Pewnego szarego poranka na Dolinę Muminków spadł pierwszy śnieg. Padał miękko i cicho. W parę godzin wszystko było białe*.

    Tatuś Muminka jak zwykle pracował w swoim gabinecie. Co parę sekund  sprawdzał powiadomienia na Mumbooku. W tych sprawach starał się być na bieżąco.

    Tymczasem Mamusia Muminka doszła do wniosku, że ma już wszystkiego dość. Nie chodzi o to, że opływała w luksusy, choć to pewnie też.

    Powód był inny.

    Między Tatusiem a nią coś zaczęło się psuć. Dlatego też postanowiła nie czekać na dalszy rozkład związku. Przy nadarzającej się okazji chciała uciec z domu, żeby zacząć żyć pełnią życia.

    Potrzebny był jej tylko dogodny moment.

     


     

    Rozdział drugi, w którym Tatuś wychodzi z pokoju

    Tatuś Muminka przeglądał się w lustrze z przodu, z tyłu i z boku, po czym z westchnieniem położył kapelusz na komodzie.

    – Masz rację – powiedział. – Nie wszystko potrzebuje ozdoby.
    – Szlachetność sama w sobie jest ozdobą – powiedziała uprzejmie Mamusia Muminka, choć w środku czuła, że zaraz eksploduje.

    Zreflektowała się jednak w porę, ponieważ uświadomiła sobie, że gdyby teraz wybuchła, to musiałaby potem sama sprzątać cały ten bałagan.

     


     

    Rozdział trzeci, w którym Mamusia Muminka bierze sprawy w swoje ręce

    Tatuś Muminka usiadł przy biurku i zaczął pisać. Nagle wypuścił wieczne pióro z ręki i wybiegł przed dom. Kurier z książkami podjeżdżał właśnie wózkiem widłowym.

    – Na mój ogon! Na mój ogon! – zawołał rozdygotany Tatuś.
    – Proszę bardzo! – kurier był jak zawsze nadzwyczaj kulturalny, w końcu woził książki.

    Jednym ruchem uruchomił dźwignię, która sprawiła, że ciężka przesyłka runęła na tę część Tatusia, która u Muminków znajduje się zawsze z tyłu.

    Okazało się, że to Mamusia Muminka przebrała się za kierowcę, który co tydzień przejeżdżał do Doliny, żeby zaopatrzyć Tatusia w nowości wydawnicze.

    Chcecie wiedzieć, co się stało z oryginalnym kurierem? Cokolwiek się z nim stało, Mamusia mogła spać spokojnie, ponieważ tego dnia na Dolinę Muminków znowu spadł śnieg.

    Padał tak miękko i cicho, że w parę godzin wszystko zrobiło się białe. Naprawdę wszystko.

     


     

    Rozdział czwarty, w którym Muminek i Mamusia uciekają z domu

    – What a lovely day, Mamusiu! – wesoło podskoczył Muminek.
    – Istotnie – zauważyła Mamusia.

    Uciekinierzy dreptali nieśpiesznie wąską ścieżką, od czasu do czasu napotykając sąsiadów.

    – Dzień dobry, Mamusiu Muminka – ukłonił się Paszczak.
    – Dzień dobry, Paszczaku – odparła Mamusia.
    – Spacerek?
    – Nie, uciekamy z domu.
    – Powodzenia.
    – Dziękujemy.

     


     

    Rozdział piąty, w którym Tatuś Muminka rusza w pościg

    Tymczasem Tatuś leżał pod paczką z książkami. W momencie uderzenia, całe życie przebiegło mu przed oczami niczym stado bizonów pędzących przez prerię w poszukiwaniu straconego czasu.

    Po chwili Tatuś jednak wstał, otrzepał się i ruszył przed siebie. Dreptał nieśpiesznie wąską ścieżką, od czasu do czasu napotykając sąsiadów.

    – Dzień dobry, Tatusiu Muminka – ukłonił się Paszczak.
    – Dzień dobry, Paszczaku – odparł Tatuś.
    – Spacerek?
    – Nie, idę zabić Mamusię, szła może tędy?
    – Nie, nie widziałem jej.
    – Dziękuję za informację.

     


     

    Rozdział szósty, w którym Muminek i Mamusia wracają do domu na podwieczorek

    Minęło kilka godzin. Muminek zgłodniał i miał już dość tej ucieczki.

    – Mamusiu, może jednak wrócimy?
    – Wiesz, to dobry pomysł.

    Zaczęli wracać. Musieli przedzierać się przez zaspy, bo nawet jak śnieg pada bardzo miękko i cicho, to z każdą minutą jest go mimo wszystko coraz więcej.

    Po paru kwadransach Muminek nagle zatrzymał się na małym pagórku.

    – Mamusiu, mam wrażenie, że stoję na Tatusiu.
    – To możliwe. Zauważył, że nas nie ma, wściekł się i ruszył w pościg. Dostał zawału, padł na ziemię, a śnieg zrobił resztę.
    – To co teraz zrobimy?
    – Zabierzemy zwłoki do domu. Weźmiemy Tatusia pod ręce i będziemy udawać, że jesteśmy pijani.
    – To ma sens! – zawołał radośnie Muminek.

     


     

    Rozdział siódmy, w którym Mamusia zaprasza wszystkich na herbatę

    – Paszczaku, Włóczykiju, Migotko! Zapraszam do stołu, upiekłam pyszne ciasteczka.
    – A co z Tatusiem? – zapytała Mała Mi – Odkąd przyszliśmy, nie ruszył się z fotela i nie odezwał się do nas ani jednym słowem.
    – Pracuje nad nową książką i dlatego… oszczędza słowa – Muminek bez mrugnięcia okiem sprzedał wszystkim historię, która zaskakująco dobrze trzymała się zasad logiki.

    Nagle Tatuś chrząknął, a po chwili zaczął się dramatycznie krztusić.
    – Muminku, biegnij po encyklopedię medycyny, szybko! Jest w gabinecie Tatusia!

    Muminek pobiegł po książkę i wrócił na jednej nodze z wielką księgą pod pachą.
    – Muminku, ale to jest książka kucharska… Chociaż… W sumie, może być.

    Mamusia podniosła do góry grube tomiszcze i z całej siły uderzyła nim Tatusia w głowę. Ten jęknął cicho i zamknął oczy.

    – W zasadzie to nigdy go nie lubiłem – zwierzył się Paszczak.
    – Ja też za nim nie przepadałem – dodał Włóczykij.
    – Ale mimo wszystko to był mój Tatuś… – Muminek chyba nie rozumiał, o co tu chodzi.
    – Chyba nie rozumiesz, o co tu chodzi – wtrąciła się Buka – To nie był twój Tatuś.
    – Mamusiu, czy to prawda? – krótkie życie Muminka przeleciało mu przed oczami.
    – Przepraszam, kto chce jeszcze herbaty? – zapytała Mamusia jak gdyby nigdy nic…

     


     

    *) Niektóre fragmenty dialogów pochodzą z książki Tove Jansson pt. „W Dolinie Muminków”.

     


     

    Zobacz też inne, równie zakręcone bajki:

    O chłopcu, któremu urodziła się mama

    Jak dzieci z Bullerbyn pomieszały Prozac z Relanium

    Krótka historia pewnej internetowej rodziny

    O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami




    Ballada o miłości na granicy szaleństwa


     


     

    W pewnej chińskiej wiosce, która położona była tak wysoko, że wieczorami słychać tam było chrapanie aniołów, żyła sobie młoda kobieta.

     


     

    LingLing była uosobieniem pragnień tamtejszych mężczyzn o idealnej połówce pomarańczy:

    • całkiem mądra, całkiem zgrabna
    • bardziej piękna, niźli brzydka
    • trochę czarna, trochę ruda
    • w nocy wolna, za dnia szybka

     
    ***
     
    Tymczasem setki metrów niżej, w głębokiej dolinie, która przykryta była kożuchem mgieł, nocnych westchnień i wodorostów, mieszkał LangLang.

    Mężczyzna miał wszystko, o czym marzyły miejscowe kobiety:

    • nie za niski, nie za duży
    • w barkach krzepki, w dole wąski
    • trochę brunet, trochę ryży
    • – dożywotnie cenił związki

     
    ***
     
    LingLing była bardzo samotna.

    Dlatego pewnego dnia usiadła i napisała list matrymonialny.

    Lekko podkolorowała w nim swoje walory i nieco przypudrowała wady.

    Wskazała też czas i miejsce, w którym będzie czekała na swojego księcia z bajki.

    Parę dni później list dotarł do LangLanga.

    Młodzieniec nie wahał się zbyt długo.

    Pożegnał się z rodziną i ruszył w stronę przełęczy.
     
    ***
     
    LangLang i LingLing spotkali się w połowie drogi, a potem pokochali się cztery razy od pierwszego wejrzenia.
     
    ***
     
    Nadszedł dzień ślubu.

    Młodzi obiecali sobie nawzajem wierną miłość począwszy od kuchennego stołu, poprzez skrzypiące łóżko, aż po wspólny grób.

    Po ślubie przyszedł czas na wesele.

    Mieszkańcy obu wiosek zapamiętale tańczyli do białego rana:

    • nie za szybko, nie za wolno
    • nie za skocznie, nie za smutno
    • niezbyt składnie, niezbyt ładnie
    • jeden z drugim, z kim popadnie

     
    ***
     
    Nawet najdłuższe wiejskie wesela kiedyś się kończą.

    Nad przełęcz wróciła proza życia.

    LangLang zbudował dom, spłodził syna, którego nazwał PingPing i posadził drzewo, które szybko uschło.
     
    ***
     
    Po paru latach, pod grubą warstwą sielanki zaczęły pojawiać się ogniska rdzy.

    Pewnego dnia przy śniadaniu LangLang powiedział do LingLing:

    – To nie ma sensu. Nie tak to sobie wyobrażałem.
    – Daj spokój, Lang, przecież mamy wszystko. Mamy siebie i Pinga…
    – Dobra,  nie mogę tego dłużej trzymać. Zdradziłem cię dzień przed ślubem. Możesz mnie przepędzić. Przepraszam, że ci tego nie powiedziałem.
    – Żartowniś z ciebie! Przecież wiem, że nie zrobiłbyś mi tego.

    LangLang nie odpowiedział na słowa żony.

    – Mam propozycję, zacznijmy wszystko od początku – LingLing postanowiła uratować swoje małżeństwo.
    – Świetny pomysł. Zacznijmy wszystko jeszcze raz. Od zera.
     
    ***
     
    LangLang starannie zburzył dom i wyrwał drzewo.

    LingLing z niemałym trudem włożyła z powrotem do brzucha małego PingPinga.

    W miejscu, w którym spotkali się po raz pierwszy, odkochali się w sobie cztery razy.

    A potem każdy wrócił do swojej wioski.
     
    ***
     
    Następnego ranka, w dniu „nowego początku” spotkali się znowu.

    Jednak zamiast spodziewanej radości, na twarzy LingLing malowało się przerażenie:

    – LangLang, PingPing zaraz się udusi!
    – Musisz go urodzić!
    – Nie mogę!
    – Jak to nie możesz?
    – Przecież on ma trzy lata. Jest za duży! Zrób coś, bo umrze!
    – Mam ci rozciąć brzuch?

    LangLang stanął przed dramatycznym wyborem. Wziął do ręki nóż.

    Okazało się jednak, że na ratunek było już za późno.

    Wyjął martwego chłopca.

    A potem zabrał się za zaszywanie trzewi ukochanej.
     
    ***
     
    Godzinę później drogą przechodził wioskowy mędrzec.

    LangLang zauważył go i zaczął na kolanach błagać o pomoc.

    Mistrz wysłuchał w milczeniu całej historii, po czym odrzekł:

    – Twojemu synkowi nie da się już pomóc, ale jest sposób, by ożywić twoją żonę. Musisz wziąć ją na ręce i mocno, bardzo mocno przytulić do siebie. Tylko w ten sposób naprawisz to, co jej wyrządziłeś swoją zdradą.
    – Tylko tyle?
    – Tak. Musisz tulić ją w ramionach przez cały czas. We dnie i w nocy. Może przez tydzień, może przez miesiąc, a może przez rok. Nie zrażaj się złośliwymi docinkami. I staraj się uchylać przed kamieniami, które będą rzucane w waszą stronę.

    LangLang nie miał nic do stracenia.

    Przytulił z całych sił martwe ciało LingLing.

    Nocą, kiedy ramiona zaczęły mu wiotczeć, brał gruby powróz i przywiązywał żonę do siebie.
     
    ***
     
    Po tygodniu stał się pośmiewiskiem całej okolicy.

    Po miesiącu, przed chatką, którą naprędce zbudował, stał już tłum gapiów.

    LangLang wychodził wtedy i stawał przed nimi ze swoją żoną.

    Patrzył na nich bez słowa, po czym wracał do środka.
     
    ***
     
    Którejś nocy LangLang poczuł bolesne ukłucie w piersiach.

    Po chwili po całym jego ciele mężczyzny rozlało się dziwne ciepło.

    Tak, to LingLing wracała z dalekiej podróży.

    Lang aż krzyknął z radości.

    Chciał położyć żonę do łóżka, by dać wytchnienie umęczonym ramionom, ale okazało się, że to niemożliwe.

    Przez te wszystkie dni, które spędzili spleceni ze sobą, serce Langa nieustannie szukało sposobu, by na nowo zdobyć serce żony.

    Mężczyzna najwyraźniej przeoczył moment, w którym wypuściło ono młode pędy.

    Te zaś przebiły się przez dwie warstwy skóry i z czułością objęły martwe serce LingLing, dając jej tym samym nowe życie.

    Teraz stali się naprawdę nierozłączni.
     
    ***
     
    Czterdzieści lat później przyszedł dzień, którego LangLang obawiał się najbardziej.

    Serce LingLing straciło zapał do życia.

    Mężczyzna zrozumiał, że ich ziemski czas dobiega końca.

    I choć robił to codziennie przez całe dziesięciolecia, tego dnia ostatni raz poprosił LingLing o wybaczenie.

    A LingLing ostatni raz powtórzyła, żeby do tego nie wracał, bo ona już o wszystkim zapomniała.
     
    ***
     
    Jaki z tego morał?

    Zanim położysz szpachlę przysięgi małżeńskiej, starannie oczyść podłoże:

    • nie za krótko, nie pospiesznie
    • nie za wolno, nie za szybko
    • skrupulatnie, krok po kroku
    • by służyło ci na długo

     



     

    Zobacz równie wzruszający wpis o miłości:

    „Bajka o chrobotku reniferowym” (chusteczki wymagane!)




    Czego możesz się nauczyć od ptaszka, którym wszyscy gardzą?


     


     
    Opowiem Ci bajkę o wróbelku.

    Oto ona:

    „Wróbelek przycupnął”.

    To właściwie koniec, ale…
     


     
    1) Wróbelek przycupnął na stercie kamieni.

    Miał więcej szczęścia niż tysiące, miliony swoich braci i sióstr zamęczonych z rozkazu Mao.

    Plan właściciela Chin był prosty: pozbyć się ptaków, które niszczą zbiory.

    Wystarczyło tylko nie pozwolić im, żeby mogły choć na chwilę odpocząć.

    Zmusić je, żeby latały bez przerwy.

    Przeganiać je, jeśli któryś postanowił usiąść na ziemi.

    Ptaszek nigdy wcześniej nie widział czegoś tak okrutnego.
     


     
    2) Wróbelek przycupnął na parapecie kuchennego okna.

    Przez szybę zobaczył ludzi, którzy poruszają się po omacku.

    Ona miała opaskę na oczach, on też.

    Ich wspólne dziecko – nie.

    Nie miało, bo tylko ono było niewidome.

    W dodatku od niedawna, bo choroba przyszła nagle.

    Rodzice postanowili nauczyć się poruszać bezwzrokowo.

    Nauczyć się, żeby mu potem pomóc.

    Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej miłości.
     


     
    3) Wróbelek przycupnął na zardzewiałym pręcie.

    Przez zakratowane okno zobaczył mężczyznę zawiązującego sobie pętlę na szyi.

    Więzień już miał skręcić sobie kark, kiedy zobaczył skrzydlatego przybysza.

    Zaczął go odganiać, ale bez skutku.

    Nie chciał tego zrobić przy świadkach, nawet tych niemych.

    W końcu ustąpił.

    Rozwiązał sznur skręcony z pociętego prześcieradła i… rozpłakał się.

    Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej desperacji.
     


     
    4) Wróbelek przycupnął na mokrym maszcie, z którego smutno zwisał potargany żagiel.

    Kiedy rozbitek dryfujący na granicy życia i śmierci zobaczył, kto go odwiedził, jego serce nagle zerwało się na równe nogi.

    Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej radości na swój widok.
     


     
    5) Wróbelek przycupnął na drewnianej ławce w parku.

    Po drugiej stronie alejki, na podobnej ławce, chłopak inhalował swoją dziewczynę pięknymi słowami.

    Ptaszek nigdy wcześniej nie widział tak błyszczących, kobiecych oczu i tak rozpalonych męskich źrenic.
     


     

    A teraz najważniejsze

    Ta bajka nie jest wcale o wróbelku, tylko o Tobie.

    Jeśli wydaje Ci się, że jesteś takim szaro-brązowym stworzeniem, które jest takie jak wszyscy i ma nudne życie jak większość, to mylisz się przeokrutnie.

    Każda ludzka historia jest niepowtarzalna.

    Każda Twoja historia jest ciekawa.

    Musisz tylko zacząć dziwić się światu.
     


     
    Musisz zacząć być jak wróbelek.

    Jak ptaszek, który co rano budzi się z czystą kartą.

    Z pustą kartą pamięci.