Bajki dla dzieci | Znajdź nowego autora | Dodaj fragment swojej bajki


 


 

Jesteś autorem? Twoja bajka nie miała szczęścia w konkursie literackim?

Jesteś wydawcą? Od dawna poszukujesz świetnego tekstu książki dla najmłodszych?

A może jesteś rodzicem i interesują Cię bajki dla dzieci (do czytania)?

 


 

Jesteś autorem bajki?

 
1) Wstaw maleńki fragment swojej bajki w komentarzu do tego wpisu.

Kto wie, może Twój tekst zainteresuje kogoś innego? Może wydawcę albo autora ilustracji? Może kogoś, kto tworzy słuchowiska albo nagrywa audiobooki?
 
2) Jeśli chcesz, to oprócz fragmentu tekstu, dodaj namiary do siebie (link do Twojej strony internetowej, profilu na Facebooku).
 
3) Nie podawaj w treści komentarza swojego maila, bo to niezbyt rozsądne w dzisiejszych czasach.
 
4) Zaglądaj na tę stronę co jakiś czas i sprawdzaj, czy ktoś nie odpowiedział na Twój komentarz.

 


 

Jesteś wydawcą? Szukasz bajki, która mogłaby dzięki Tobie trafić do czytelników?

 
1) Śledź uważnie wszystkie komentarze.
 
2) Zaglądaj tu jak najczęściej!

 


 

Jesteś rodzicem? Chcesz przeczytać coś swojemu dziecku? Szukasz pomysłu na bajkę na dobranoc?

 
1) Zajrzyj do komentarzy, które znajdują się poniżej.
 
2) Jeśli któryś fragment bajki podoba Ci się, napisz w komentarzu parę ciepłych słów. Autor tego tekstu na pewno się ucieszy!

 


 

Fragment tekstu swojej bajki wstaw poniżej

Pole do wpisywania komentarzy znajduje się na dole strony.

 
 

53 odpowiedzi

  1. „Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama” (fragment)

    To był zwyczajny dzień. Na niebie świeciło zwyczajne słońce, z ziemi wyrastały zwyczajne kwiaty, a Niki zwyczajnie zmęczony wracał ze szkoły do domu. Mieszkał tak blisko niej, że mógłby wstawać za pięć ósma, a i tak zdążyłby wytrzeć gąbką tablice we wszystkich klasach i to przed pierwszym dzwonkiem.

    Chłopiec wyjął klucz z kieszeni pobrudzonych spodni. Otworzył drzwi do mieszkania. Wszedł do przedpokoju. Rzucił swój poplamiony tornister na półkę regału powleczonego cieniutką warstwą kurzu. I krzyknął to, co zawsze:

    – Mamo! Wróciłem!

    Gdzieś z głębi mieszkania usłyszał to samo, co zawsze:

    – Umyj ręce i siadaj do stołu! Zaraz do ciebie przyjdę, tylko skończę pisać ten okropny raport.

    Niki poszedł do łazienki i odkręcił wodę. A potem włączył grę w laptopie.

    – Co było w szkole? Masz zadanie domowe? Zjadłeś śniadanie? – mama zapytała o to samo co wczoraj i to samo, o co zapyta jutro.

    – Nie, wyrzuciłem, bo nie lubię szynki! Kupiłem czipsy w sklepiku!

    – Ile razy ci mówiłam, żebyś nie jadł tych śmieci?

    – To nie są śmieci! – zawołał głośno, po czym dodał szeptem: A mówiłaś mi o tym 235 albo 236 razy. W tym roku.

    – W dodatku marnujesz pieniądze!

    – Nie marnuję.

    – Przecież wiesz, że musimy oszczędzać!

    – To dlaczego nie zarabiasz więcej? Mama Patryka daje mu tyle kieszonkowego dziennie, co ty mi na cały miesiąc.

    – Mało to robię, żeby nas utrzymać? Haruję po nocach… – z żalem odparła mama.

    Z pokoju rozległ się odgłos kaszlu. Po chwili jego dźwięk zastąpiło szuranie butów po podłodze. Mama Nikiego dotarła wreszcie do łazienki i stanęła jak wryta:

    – Niki! Chodź tu! Znowu nalałeś pełną wannę! A miałeś tylko umyć ręce!

    Chłopiec co prawda szybko przybiegł do mamy, ale widać było, że myślami przechodzi właśnie piąty poziom tej nowej gry, którą dostał od wujka na urodziny.

    – Yyy… tak. No, zapomniałem…

    – Mikołaj, powiedz mi, skąd mam wziąć pieniądze na rachunki? Wiesz, ile to wszystko kosztuje?

    Nagle w kieszeni Nikiego zadzwonił telefon. Chłopiec błyskawicznie go wyciągnął i odebrał:

    – A… nic. Znowu to samo. Szkoda gadać. Twoja też tak zrzędzi? Dobra, zadzwonię później.

    Popatrzył na mamę i dokończył przerwaną rozmowę:

    – Nie wiem, mamo. Nie mam pojęcia, ile to wszysto kosztuje.

    – Dobra już, dobra. Siadaj i jedz.

    Niki spojrzał na talerz stojący na stole tak, jak patrzy najedzony pies, któremu ktoś do miski nałożył kilogram zamarzniętej na kość wczorajszej kaszy:

    – Znowu pomidorowa?

    – Co chcesz od pomidorowej? Zdrowa jest, smaczna, ma w sobie dużo pomidorów.

    – Nic.

    – Ciesz się, że w ogóle masz co jeść. Inne dzieci…

    – Cieszę się bardzo. Ale jadł tego nie będę.

    Taki właśnie był Niki, czyli Mikołaj. Przez pierwsze osiem lat żył jak w bajce. Miał wszystko, co chłopiec w jego wieku może mieć. Dostawał każdą zabawkę. Nawet zanim zdążył o niej pomarzyć.

    Rok temu jego tata zniknął. Nie, nie umarł. Są w życiu rzeczy gorsze od śmierci. Po prostu wziął, spakował swoją walizkę, powiedział mamie, że już jej nie kocha, pogłaskał Nikiego po głowie, wyszedł z domu i już do niego nie wrócił.

    To właśnie wtedy chłopiec zaczął zmieniać się na gorsze.

    ——

    Spodobał Ci się ten tekst? Napisz do mnie: https://maciejwojtas.pl/kontakt/

    1. Bardzo dobry tekst… Ciekawie się zapowiada…:) Również, podobnie jak Bea, jako jego adresatów widzę trochę starsze dzieci…:)
      Macieju, a nie myślałeś czasem, żeby napisać książkę skierowaną do nastolatków? Poczytałam trochę Twoich tekstów i widzę, że lubisz poruszać rozmaite problemy, nieraz ze spora dawka ironii. Młodzież b. lubi taki styl.:)

      1. Nie wiem, czy nie jestem trochę za stary na takie tematy 🙂 Boję się, że dla młodzieży brzmiałbym jak jakiś tetryk albo zgred :))
        Ale w sumie… może masz rację, może to dobry trop?
        Dziękuję! 🙂

        1. Bajka jest ciekawa, wzruszająca, pouczająca, dająca do myślenia już od samego początku. Myślę, że 7 -latkowi spokojnie można już ją czytać. Sama z miłą chęcią przeczytałabym ją do końca oraz przekazała dalej. Myślę, że fragment na fb również zainteresowały większe grono osób. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

    2. Myślę, że tekst jest przygnębiający. To reportaż. Tworzę w myślach takie czarne scenariusze ale nigdy ich nie realizuję. Chyba dlatego, że boję się aby nie zrealizowały się w moim własnym życiu. Nie powinno się wierzyć w takie samospełniające się proroctwa lecz człowiek miewa na przykład depresję. Warto jednak pisać o tym dla dzieci i młodzieży, ponieważ wiemy, że młode umysły są chłonne i mogą zwrócić uwagę na problemy, które niestety obecnie ich też dotykają. Więc piszmy.

  2. Bardzo życiowe.. Myślę że tekst kierowany raczej do młodzieży/ale to moja skromna opinia /..
    Naprawdę godny aby się nad nim pochylić

  3. Marcysia nie mogła zasnąć, całą noc przewracała się z boku na bok zastanawiając się jak wygląda życie po drugiej stronie gór.
    -muszę się tam dostać, przecież jak zostanę już tą myszą bezprzewodową to wszyscy tutaj będą ze mnie dumni..
    Jak postanowiła tak zrobiła.
    Spakowała kilka swoich rzeczy, zawinęła w tobołek i nad ranem kiedy wszyscy jeszcze spali wymknęła się z norki.
    Ruszyła przed siebie w stronę wschodzącego słońca
    -Napewno to dobra droga, bo nasze szlachetne słońce bez wątpienia budzi się w mieście.
    Idąc wzdłuż potoku, podziwiała piękną przyrodę i nasłuchiwała cudownego porannego śpiewu ptaków.
    Nagle przed jej pyszczek sfrunął Wróbel Kacper, przyjaciel z jednego pola.
    -Fiu.. Fiu.. A gdzie to się wybierasz Marcysiu o tak wczesnej porze?
    -Idę do miasta, ponieważ postanowiłam zostać miastową myszą komputerową…-powiedziala z dumą – a nie szarą, zwykłą i nudną..
    -hahaha.. No to wysoko mierzysz kochana.. Ja postanowiłem zostać gołębiem pocztowym bo jest mądry i nie boi się strachów polnych… ale jak widzisz wciąż jestem Wróblem…. Wróblem!! – powtórzył rozpościerając skrzydełka.
    -Może.. No i co z tego? Tobie się nie udało zostać gołębiem ale ja zostanę tą bezprzewodową… może nawet królową wszystkich myszy komputerowych w mieście.
    -Chciałbym to zobaczyć, jak Ty zostaniesz tą królową jakąś tam, to ja zostanę  listonoszem.. I nie podarowałbym sobie gdybym to przegapił… Idę z Tobą!!!-postanowił Kacper – i nawet nie chcę słyszeć jakiegoś marudzenia.. Poza tym do miasta daleko a Ty sama w taką drogę nie powinnaś się wybierać.
    -Dobrze, możesz iść ze mną,jeszcze się zdziwisz – skinęła Marcysia – tylko nie gadaj za dużo, bo to mnie rozprasza.
    -Fiu.. Fiu.. Ja widzę, że panienka już miss komputera została.. Kapryśna iii…
    Marcysia przerwała Wróblowi mroźnym spojrzeniem.
    -dobra.. Fiu.. Fiu.. Już się nie odzywam..
    Słońce było już na tyle wysoko, że na kamieniach potoku, rzucały się dwa cienie wędrowców.
    -Pobawimy się w „cieniowanie”? – zapytała Marcysia składając ręce w taki sposób, że w cieniu wyglądały jak koń
    -Pewnie.. Patrz, patrz fiu.. fiu.. Ja zrobiłem ptaka – uśmiechnął się Kacper
    -No.. Gołębia pocztowego – wybuchnęła śmiechem myszka..
    -No wiesz? Ja się z tego Twojego lichego konia nie śmiałem.. Nie bawię się z Tobą – powiedział obrażony Wróbel i obrócił się do Marcysi plecami.
    -No dobra, już dobra.. Przepraszam, czasami coś chlapnę.. A ten ptak to był nawet ładny i tak bardziej orła przypominał..
    -Serio? fiu.. fiu-spojrzał na Marcysię delikatnie odwracając głowę
    -Serio… Chodź już Kacper, bo noc nas zastanie..
    Nagle na kamieniach pojawił się trzeci cień trochę większy przypominający smoka
    -No nieźle Kacperku, możesz już przestać się popisywać, przecież mówiłam Ci, że orzeł był genialny – powiedziała Myszka
    -Ale.. Ale fiu..  to nie ja .. .. my.. my.. myślałem, że.. że to Ty – odrzekł zacinając się Wrobel robiąc wielkie oczy
    Odwrócili się niespiesznie.. Za nimi szła jaszczurka w zarzuconym na głowę szaliku o smoczej posturze, ale o łagodnych oczach

      1. Dziękuję… 🙂 mam nadzieję, że tak jak przystało na „ojca i matkę” daliśmy początek fajnej przygodzie dla wielu teksciarzy, bajarzy, marzycieli
        Pozdrawiam serdecznie

    1. Bardzo ciekawy pomysł i taki ciepły klimat. Podoba mi się użycie języka potocznego w dialogach- podobno dzieci to uwielbiają:)
      Pozdrawiam:)

  4. „W zakamarkach wyobraźni” – fragment

    W zakamarkach wyobraźni

    Są postaci z wielu baśni.

    Są tam elfy i królewny,

    Jest krasnolud, wilk i Szewczyk.

    Często można tam też spotkać

    Niebieskiego, w paski kotka,

    gdy ucieka żwawo, prędko,

    bo go myszka goni z wędką.

    Jest tam malusieńka wioska,

    Zwie się Tuniewścibiajnoska.

    Tuniewścibiajnoskowianie

    Pomieszkują na polanie,

    Gdzie wyrasta góra wielka

    A na górze szczyt w eklerkach!

    Mówią, że pewnego ranka

    Tuniewścibiajnoskowianka

    Wspięła się nań z wielkim koszem,

    Przytargała te rozkosze

    I dzieliła wszystkim równo

    – nic nie zmyślam, toż tak mówią!

    Szkoła również jest w tej wiosce,

    Chociaż postępowa troszkę.

    Nie ma tam stolików, krzeseł,

    Piór, zeszytów ani teczek.

    Tuniewścibiajnoskowianie

    Się nie uczą tam kochanie,

    Tylko bawią, tańczą, psocą,

    Łobuzują z całą mocą,

    Jedzą lody i desery,

    Pizzę, frytki, hamburgery.

    Czasem lekcje im się zdarzą,

    Ale uczyć się nie każą,

    Tylko siedzą, rozmawiają,

    Historyjki wymyślają.

    Całkiem ładna jest ta wioska,

    Mała Tuniewścibiajnoska.

    Tu plac zabaw z huśtawkami,

    Wiszącymi nad chmurami,

    Z karuzelą kwadratową,

    piaskownicą truskawkową.

    A tam sklepik jest nieduży

    Każdy sam się w nim obsłuży.

    Pyszne rzeczy w nim kupimy

    – Tort lub klej o smaku zimy.

    Sok z chusteczek, zimną kawę,

    Pantalony, ogień, trawę.

    Wszystko w środku i na sprzedaż

    – Co chcesz kupić? Powiedz, teraz!

    W samym środku naszej wioski

    Małej Tuniewścibiajnoski

    Stoi domek z herbatników,

    Drzwi i okna z batoników,

    Komin z chleba okrągłego

    A dach z ciasta francuskiego.

    Mieszka w środku pewna pani,

    Tuniewścibiajnoskowianin

    Oraz syn ich zwany Józiem

    Co ma piegowatą buzię.

    Józio ma czuprynę sporą,

    Spodnie w kratę, bluzkę moro,

    Buty całkiem rozwiązane

    I kolana podrapane.

    Czasem w piłkę sobie pogra,

    Spotka kaczkę, żuka, bobra,

    Powymyśla bajki, wiersze,

    Pododaje liczby pierwsze.

    Lecz w zasadzie ten nasz Józio

    Nieraz nudzi się za dużo.

    Chodzi smutny i niemrawy

    Patrzy na świat nieciekawy.

    – Na co – myśli – mi te chmury?

    Na co eklerkowe góry?

    Na co kwiaty śpiewające

    I ulice falujące?

    Po co nam te białe cienie?

    Ja dziś takie mam marzenie!

    Chcę wyruszyć gdzieś daleko,

    Usiąść nad płynącą rzeką,

    spojrzeć w niebo hen wysoko

    i pomachać tam obłokom!

    Chcę się dostać do krainy,

    Do malutkiej tej mieściny

    Gdzie są domki murowane,

    Bez okiennic z marcepanem.

    Gdzie są lody waniliowe!

    I kompoty truskawkowe!

    Może psy tam nie gadają?

    Tylko warczą lub szczekają?

    Może trawa jest zielona,

    Chmurka biała, a sól słona?

    Może tam latają ptaki?

    A na ziemi są robaki?

    Może za dnia słońce świeci?

    Może… tam są również dzieci?

    Chcę odnaleźć tę krainę!

    – Józio robi kwaśną minę –

    Bo mi tutaj… Powiem! Trudno!

    Jest zwyczajnie no i… nudno.

    Józio się pakuje prędko

    – Znajdę tę mieścinę piękną!

    Tam się nudzić już nie będę,

    Mamo, tato chodźcie! Prędzej!

    Posłuchajcie mnie rodzice,

    Idę zwiedzać okolicę.

    Będę tęsknił tam za wami…

    Myślcie o mnie, pa kochani!

    Zabrał plecak, chleb i mapę,

    Trochę skarbów, grubą czapę,

    Kilka ciastek, sok z kamyków

    I pięć dużych naleśników.

    I wyruszył Józio w drogę

    Gotów na piękną przygodę.

    Szedł tak czasu całkiem sporo

    Minął łąkę, las, jezioro,

    trochę milczał, trochę nucił

    za to wcale się nie nudził.

    Patrzył na trójkątne słońce,

    obserwował ćmy, zające,

    jadł poziomki, zrywał kwiaty,

    wąchał nawet mech pstrokaty.

    Tak wesoły był nasz Józio,

    zachwycony tą podróżą,

    że zmęczenia nie czuł wcale,

    szło mu się wręcz doskonale.

    Aż któregoś dnia dość rano,

    Józio wtem jak wryty stanął,

    bo daleko, za drzewami

    spostrzegł domy z kominami!

    Podbiegł bliżej, patrzy – brama,

    Wnet za bramą panorama,

    A nad bramą napis błyszczy:

    “Pieguskowo wita wszystkich!”.

  5. Czarodziejskie piórko Amelii

    Gdy Amelia wracała ze szkoły, nagle przyszło jej do głowy, że piórko, które wczorajszego wieczoru znalazła pod sklepem spożywczym, ni mniej nie więcej, tylko jest… czarodziejskie.

    To śnieżnobiałe piórko z wąskim, srebrzysto-zielonym paskiem, dziewczynka schowała do kieszeni swojej ulubionej bluzy, a potem, najzwyczajniej w świecie- zapomniała o nim. Dopiero teraz, kiedy myśl o jego niezwykłych właściwościach pojawiła się w jej głowie, przypomniała sobie nagle o jego istnieniu.

    Myśl ta była czymś tak niecodziennym, że dziewczynka nie mogła oprzeć się pokusie, by komuś o tym powiedzieć. Jak niemal każdego dnia, tak też i dzisiaj wracała ze szkoły z Oliwią, koleżanką z klasy, która mieszkała tuż obok. Oliwia jednak, chociaż obiecała, że ” na budu- dudu” nikomu o niczym nie powie, szybko zapomniała o swojej obietnicy i wszystkim podzieliła się ze swoimi braćmi.

    Już następnego dnia większość młodszych dzieciaków z okolicy szukała piórka Amelii. Może było w parku? A może na boisku? A może leżało zapomniane gdzieś na brzegu rzeki? Jedno było pewne: w kieszeni, do której Amelia wczoraj je włożyła, wcale go nie było. Musiało niepostrzeżenie wysunąć się stamtąd i odlecieć na wietrze nie wiadomo dokąd…

    Siostra dziewczynki, która jeszcze nie chodziła do szkoły, powtarzała w kółko:

    – Piórko było bezcenne, wszyscy o tym wiedzą…! Jak mogłaś być tak nieostrożna…? Do tej pory miałybyśmy nowe tablety i rower, konsolę do gier i hulajnogi z podświetlanymi kołami…!

    Wydawało się, że dzieci przetrząsnęły wszystkie zakamarki w okolicy. Przekrzykiwały się nawzajem, gdy udało im się znaleźć jakieś piórko łudząco podobne do piórka Amelii. Dziewczynka zauważyła, że nawet mieszkające na pobliskiej jodle ptaki, stały się dużo głośniejsze. Nie byłaby wcale zdziwiona, gdyby okazało się, że kłócą się o to, do którego z nich należało czarodziejskie piórko i który dzięki temu jest bardziej wyjątkowy…

    Dziewczynka, podobnie jak inni, gorączkowo szukała swej zguby. Wybaczyła Oliwii jej zbyt długi język, zwłaszcza, że ta przepraszała ją chyba dziesięć razy i obiecywała, że jeśli znajdzie piórko, zwróci je bez wahania.

    Niemal każda rozmowa w klasie dotyczyła piórka, po lekcjach zaś hordy dzieci biegały po całej dzielnicy, zaglądając nawet pod niektóre kamienie. W pewnym momencie Amelia stwierdziła, że nie ma już ochoty grywać w klasy i jeździć na rowerze. Żal, że straciła tak wiele, niekiedy stawał się trudny do zniesienia, a po pewnym czasie zaczął przybierać tak duże rozmiary, że dziewczynka postanowiła na dobre zapomnieć o piórku. Po szkole zamykała się w swoim małym pokoiku i tylko od czasu do czasu wyglądała przez okno.

    1. Kurczę, że też nie wiedziałam o tej stronie…:) Zajrzałam, poczytałam i… będę wracać. Bardzo dużo rozwiązań wielu dziecięcych problemów podanych w formie bajek- super:) Pozdrawiam:)

  6. Jaka cudowna inicjatywa Macieju, dziękuję :*
    Dołączam fragment mojej opowieści dla dzieci pod tytułem: „Dzieci są dorosłym do dobrego życia koniecznie potrzebne.”

    Ciocia zawsze coś pisze. Przywozi komputer, chowa się w kuchni za blatem i mówi, że pobawi się z nami, na przykład za godzinę.
    Jak jest się dzieckiem godzina to bardzo dłuuugo. Na pewno w tyle da się napisać całą książkę.
    Może, którymś razem tak właśnie będzie, bo na razie pisze tylko dla jakichś innych ludzi, a dla nas to wcale.

    Dorośli bawią się w pracę, ale się nią nie cieszą. To bardzo dziwne.
    Kiedy mnie coś nie cieszy, to przestaję to robić i zaczynam robić coś innego.
    Dorośli mówią, że oni tak nie mogą, bo z pracy mają pieniądze.
    Nie wiem czy to prawda, bo widziałam, jak tata bierze pieniądze z bankomatu.

    Moja książka to próba spojrzenia na świat dorosłych oczami dzieci.
    Oceny tego świata dokonuje moje wewnętrzne dziecko, które ma już trochę doświadczenia osoby dorosłej (chyba).
    Historie oparte na faktach staram się wzmacniać humorem, do którego sięgam po ratunek w trudnych sytuacjach.

    Połączenie dziecięcej prostolijności, pragmatyzmu dorosłych, humoru i historii, które wydarzają się w życiu każdego z nas, sprawią przyjemność z czytania i dzieciom, i dorosłym 🙂

    Po więcej proszę zgłaszać się np. przez facebooka, jak sugerował Maciej.

    Kontakt: https://www.facebook.com/domi.migryt/

  7. Dzień dobry! Fantastyczny pomysł z tymi bajkami 🙂

    „Bajka o myszce Gabrysi” (fragment)

    Na ogromnej, zielonej łące, którą widać było aż po horyzont, mieszkała rodzina polnych myszy. Rytm dnia był ustalany każdego ranka, kiedy myszy spotykały się w kuchni na pysznym, ziarenkowym śniadaniu. Tata mysz zawsze mówił swoim wszystkim dzieciom, że najważniejsza w życiu jest dobra zabawa, ale żeby pamiętały o tym, by zachowywać w niej umiar i żeby zawsze pamiętały o swoim bezpieczeństwie. Tata wiedział, co mówi, wiedział doskonale, bo wiele lat temu, gdy sam był jeszcze dzieckiem, spotkał na swojej drodze ogromnego drapieżnika, który omal go nie złapał. Tak, to był kot. Tata wolał nawet nie myśleć o tym, co mogłoby się wówczas stać, gdyby potwór chwycił go swoimi pazurami. Przeczuwał tylko, że najpewniej dziś nie byłoby jego ukochanych myszek na świecie.

    Tego typu rozważania odłóżmy jednak na bok…

    Kiedy rodzina myszy skończyła omawiać plan dnia, wszyscy rozbiegli się do swoich zajęć. Część rodzeństwa poszła poczytać książkę, część miała do posprzątania swoje pokoje, część poszła na plac zabaw, a pozostali wykonywali jeszcze inne czynności. Najmłodsza z rodzeństwa- myszka Gabrysia postanowiła pójść na spacer. Pomyślała: „Jest dziś taka piękna pogoda, słońce świeci na bezchmurnym niebie. Pójdę i poszukam smakołyków na deser. Mam nadzieję, że znajdę ich dużo i będę mogła podzielić się z całą moją rodziną.”

    Nie czekając długo, Marysia założyła plecak i niepostrzeżenie wymknęła się ze swojej norki. Gdy była już przed domem, zobaczyła przed sobą ogromną przestrzeń. Dokoła była łąka, a dalej rozpościerał się jeszcze większy las. W oddali spostrzegła wydobywający się z komina dym. Marysia wiedziała, że to właśnie gdzieś tam jest dom, w którym znajdują się smakołyki. Bardzo pragnęła je mieć, żeby sprawić radość sobie i swoim najbliższym. Ta ogromna przestrzeń lekko ją przeraziła, jednak Marysia przełknęła ślinę i ruszyła w drogę. W ten sposób pokonała swoją pierwszą granicę.

    W tym momencie bajki, dorośli wyjaśnią Wam, drodzy czytelnicy, o jakiej granicy jest tutaj mowa…

    Nie wspomniałem dotąd o tym, ale Marysia była dość nieśmiałą myszą zwłaszcza w kontaktach z innymi. Była również nieufna i w relacjach z nieznajomymi zachowywała duży dystans. Po drodze, Marysia nie zatrzymywała się więc nigdzie. Wiedziała, że przed zmrokiem koniecznie powinna wrócić do domu. Nie miała innej możliwości, bowiem nie wychodziła, jak dotąd sama z domu i po ciemku nie wiedziałaby, którędy wrócić. Zdawała sobie natomiast sprawę z tego, że nie wszystkie okoliczne drogi prowadzą do jej domu. Marysia kroczyła naprzód, pełna optymizmu i wiary w to, że z tej podróży wróci z tarczą. Z czasem zaczęła uśmiechać się do napotykanych zwierząt, pozdrawiając je wszystkie serdecznie. Zwierzęta odwzajemniały jej uśmiech i pozdrowienia. W ten sposób Marysia pokonała kolejną granicę.

    Myślę, że w tym przypadku dorośli także wyjaśnią Wam, o jakiej granicy wspominam. Wypytujcie ich zawsze dokładnie, niech postarają się udzielać wyczerpujących odpowiedzi i niech wiedzą, jak bardzo ciekawi świata jesteście…

    A na niebie wciąż świeciło słońce…

    Jeśli ktoś będzie miał ochotę to c.d.n 🙂
    Bajkotata Adam
    bajotata.blogspot.com
    na fb – Bajkotata Adam

  8. hahahah, ups nie zauważyłem…pierwotnie miało być Marysia, ale ostatecznie stanęło na Gabrysi…no i widzę, że faktycznie nie wszędzie zmieniłem 🙂 obiecuję poprawę 😉

  9. Bajka o Myszce Gabrysi…ciąg dalszy. 🙂

    Gdy Gabrysia dotarła do domu z kominem, wiedziała, że pierwszy jej cel został osiągnięty. Wiedziała, że zdobyła coś, o czym wcześniej mogła tylko marzyć. Zrozumiała, że marzenia mogą się spełniać, koniecznie jednak trzeba im w tym pomóc. Ona pomagała z całych sił, najlepiej, jak potrafiła. Sił tych nabierała wciąż nowych, wiedząc, że wiara i nadzieja oraz dążenie do obranego wcześniej celu przynoszą pożądany efekt. Przekroczyła próg domu, delikatnie uchylając drzwi wejściowe. Wiedziała, że trzeba być cichutko, żeby nie obudzić mieszkańców. Szła na palcach, wzdłuż ściany, w stronę spiżarni, bo z opowiadań taty, wiedziała, że działając zbyt gwałtownie i robiąc zbyt wiele hałasu, można ściągnąć na siebie duże problemy. Poruszała się prawie bezszelestnie.

    Po pewnym czasie doszła do drzwi spiżarni. Nie miała tyle siły w rękach, żeby móc je otworzyć, ale przypomniała sobie, jak kiedyś tata pokazał jej pewien niezawodny sposób, jak radzić sobie z trudnościami. Gabrysia wiedziała więc, że nie wszystko w życiu osiąga się łatwo, jednak nie trzeba poddawać się już na samym wstępie. Warto jest podejmować próby osiągnięcia wyznaczonego celu, bowiem jego zdobycie okupione pracą i wysiłkiem różnego rodzaju, smakuje wyśmienicie.

    Dorośli, chyba nie muszę Wam już mówić, jakie teraz czeka Was zadanie…

    Po wejściu do spiżarni Gabrysia dostrzegła, że za oknem słońce było bardzo, ale to bardzo wysoko. Nie potrafiła jeszcze określać czasu, ale domyślała się, że jeśli jest ono tak wysoko, to już wkrótce zacznie się obniżać, a wtedy będzie odpowiednia pora, żeby wracać do domu. Gabrysia otworzyła swój plecak i włożyła do niego kilka ziarenek zboża, które leżały na ziemi obok worka pełnego tychże. Wiedziała, że nie może wziąć ich zbyt wiele, bo nie będzie w stanie unieść w swoim plecaku. Ilość ziarenek w plecaku była teraz w sam raz. Można było ruszać w drogę powrotną. Gabrysia czym prędzej wybiegła z domu z kominem i kiedy już zbliżała się do furtki, kiedy na swoim ogonie poczuła zapach przestrzeni i smak dzisiejszego podwieczorku, który czekał na nią w plecaku, nagle zobaczyła jego. Był ogromny, miał nastroszoną sierść oraz długie i ostre pazury. Uśmiechnęła się do niego i pozdrowiła go. Niestety, nie odwzajemnił tych serdeczności. Gabrysia wiedziała już, że to był kot. Nigdy wcześniej nie widziała kota na własne oczy, ale wiedziała już, że nie wszystkie istoty są jej przychylne i nie wszystkie są do niej przyjaźnie nastawione.

    Tu moja prośba do dorosłych. Wróćcie proszę do fragmentu, w którym Gabrysia napotkała w lesie różne zwierzęta i wytłumaczcie dzieciom różnicę. Jestem pewien, że dacie radę…

    Gabrysia nie wiedziała teraz, co robić. Uciekać nie mogła, bo plecak jej to uniemożliwiał, schować się nie było gdzie, a rozmowa z kotem na niewiele w tej sytuacji by się zdała. Gabrysia uznała, że stanie do walki, że nie przestraszy się i podejmie próbę obrony zdobytego w pocie czoła podwieczorku. Naprężyła się, wyprostowała, a słońce w tym momencie zaświeciło ze zdwojoną siłą. Cień, który Gabrysia rzuciła, był przeogromny. Był tak duży, że kot tylko podwinął ogon, spuścił głowę i miaucząc uciekł co sił tam, gdzie pieprz rośnie. Gabrysia wiedziała już, że jeśli znajdzie się w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze, to znajdzie w sobie moc, żeby nawet góry przenosić i nic nie będzie jej straszne. W ten sposób Gabrysia pokonała jeszcze jedną granicę.

    Dorośli, wiecie, co macie robić…

    Gabrysia ruszyła z powrotem do domu. Droga przebiegła bez komplikacji, tylko za oknem zrobiło się już ciemno. Mając na uwadze wszystkie przeżycia z dzisiejszego dnia i zdobyte nowe doświadczenia, Gabrysia odważnie kroczyła naprzód. Wiedziała, że jeśli czegoś bardzo pragnie, jest w stanie to osiągnąć, a w dodatku cały świat, łącznie ze słońcem, będzie jej w tym sprzyjać. W domu wszyscy Gabrysi pogratulowali i powiedzieli, że jest bardzo odważna i że wierzyli, że sobie poradzi. Po zjedzeniu pysznego podwieczorku, a może bardziej kolacji Gabrysia położyła się do swojego wygodnego łóżka i usnęła. Zasnęła po raz pierwszy w życiu przy zgaszonej lampce nocnej, stojącej obok jej łóżka. Pokonała w ten sposób jeszcze jedną, ostatnią już granicę tego wyjątkowego dnia.

    Dorośli, wy wiecie…

    Serdecznie pozdrawiam i wszystkiego dobrego…pewnie za jakichś czas znowu się odezwę 🙂

    Bajkotata Adam
    bajotata.blogspot.com
    na fb – Bajkotata Adam

  10. Bardzo ciekawa historia, wciągająca. Do tego posługujesz się piękną polszczyzną, dzięki czemu czytanie było prawdziwą przyjemnością.:)

  11. Na ogromnym plastrze tłustego bekonu leciała Czarownica. Od śniadania upłynęło już kilka godzin dlatego brzuch burczał jej głośniej niż stado niedźwiedzi. Zbliżyła się bliżej słońca aby bekonowy dywan szybciej się usmażył po czym uradowana schrupała przekąskę. Nie minęło kilka sekund i Baba Jaga wyczarowała kolejny plasterek ulubionej potrawy. Najedzona pogłaskała się po brzuchu i ucięła sobie małą drzemkę. Była tak okrągła, że o mało nie spadła z bekonowego łóżka obracając się jak okrągła piłka. Wreszcie przebudziła się własnym chrapaniem.
    -Czas na psoty- zachichotała- Abrakadabra, abrakadabra, niech się stanę niewidzialna.
    Po chwili jedyne co pozostało po Babie Jadze to bekonowy dywan, który z resztą po kilku minutach znikną w niewidzialnym brzuchu. Czarownica udała się do pobliskiego miasteczka. Tam mozolnie wdrapała się na dach przedszkola z zaparciem próbując przedostać się do środka przez murowany komin.
    -Ej wróbel, pomożesz?!-wrzasnęła na widok przelatującego ptaka.
    -Znowu!?- zaświerkał- przestań tyle jeść łakomczuchu, bo kiedyś utkwisz na zawsze w tych kominach!
    Wróbel wziął głęboki oddech, napuszył piórka tak, że o mało nie wyleciały i małymi nóżkami zaczął przepychać czarownicę przez komin.
    -Jeszcze trochę, już prawie!
    -Nie dam rady- świerkną resztkami sił biedny wróbel po czym zauważył przelatującą gęś.
    – Ej ty, choć no tutaj, pomóż mi przepchać Babę Jagę przez komin.
    -Znowu!? Tym razem mam lepszy sposób- oznajmiła po czym uszczypała ją ostrym dziobem w pupę.
    -Aaauuu- wrzasnęła czarownica i już po kilku sekundach znalazła się na przedszkolnym korytarzu. Cichutko przedostała się do klasy gdzie dzieci pisały sprawdzian i jak gdyby nigdy nic zaczęła puszczać bąki. Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem rozglądając się wokół siebie. Po chwili zrobił się taki rozgardiasz, że pani nauczycielka musiała przerwać lekcje. Zdenerwowana udała się do dyrekcji tylko po to by zastać zawstydzonego dyrektora przy otwartym oknie. Czarownica zanosiła się od śmiechu. Nie musiała uciekać już kominem, bo wszystkie okna w szkole były pootwierane. Ciągle rechocząc opuściła miasteczko i udała się w kierunku zachodzącego słońca na bekonowym dywanie. Księżyc dopiero co się obudził z całodniowego snu. Ziewnął kilka razy, porozciągał chudziutkie rączki i wyszczerzył bezzębną buzię na widok zbliżającego się gościa.
    -Jakiś ty chudziutki Księżycu.
    -Ten czas miesiąca moja kochaniutka, miło cię widzieć.
    -Nigdy nie zgadniesz gdzie dzisiaj byłam!
    -W tysiąc sto dwudziestym przedszkolu. Biedne dzieci!
    -Nie bądź taki poważny, świat byłby o wiele nudniejszy bez żartów. A może chciałbyś zobaczyć ziemię co?
    -Jak to? Ja?
    -No ty, ty. Zresztą dziś są twoje urodziny, mam coś dla ciebie- odparła i wyciągnęła z kieszeni różowy rower.
    -To dla ciebie kochany księżycu, wszystkiego najlepszego z okazji tysięcznych urodzin. Pomyślałam, że prezent jest praktyczny, bo będziesz teraz mógł ze mną wybierać się na przejażdżki. Jesteś taki stary a nigdy jeszcze nie byłeś na Ziemi. Musimy się koniecznie wybrać. Nie ma na co czekać. Jedźmy dzisiaj.
    -W sumie czemu nie, tylko jak się na tym jeździ?
    -To bardzo proste- powiedziała Baba Jaga demonstrując wszystko krok po kroku.
    Księżyc ostrożnie usiadł na siedzeniu. Chudziutkie nóżki położył na pedałach i małymi rączkami oparł się o kierownicę.
    -Ale frajda!
    -A nie mówiłam, a teraz udaj się za mną, na pewno ci się spodoba.
    – No ale tak od razu?
    – A po co mamy marnować czas. Wsiadaj na rower i jazda.
    Zanim się obejrzeli wylądowali już przy ulubionym jeziorze czarownicy.

  12. „Szkolenia Mrówkolenia” (fragment)

    …… Ty jesteś mrowką, ród Twój z pracy słynie, w sklepie i w fabryce, w polu, w lesie w młynie, gdy na
    horyzoncie jeszcze ziewa słońce, wszędzie można zobaczyć mrówki pracujące.
    -A Ty co? Fuj… Chańbę rodzinie przynosisz… Oczekuje, że się zmienisz i wszystkich przeprosisz, weź
    się za naukę, szanuj pracę cudzą, doceń jak Twoi bliscy dla Ciebie się trudzą…mów „proszę” ,
    „dziękuję” , to nie boli wcale i pomagaj mamie a będzie wspaniale .. Lecz jeśli nie zmienisz swego
    zachowania,będę musiała użyć złego czarowania… W kamień Cię zamienię i choć byś mnie wzywał to
    już zawsze jako kamień będziesz odpoczywał.. To kara dla lenia,nauka zarazem albo będziesz dobrym
    mrówkiem albo zwykłym głazem.
    Mrówek zrobił się blady, później granatowy choć na codzień przecież zawsze był brązowy, kiwnął
    tylko głową, poruszył ustami a oczy leniucha zalały się łzami.A teraz trzy dni spędzisz w lesie w
    ramach małego szkolenia, chcę zobaczyć czy jeszcze pokanasz w sobie lenia!!
    Zaświstał wiatr, i Biadolek ze strachu oniemiały znalazł się pośród drzew które złowrogo szumiały
    Na próżno wolał wróżkę i choć nie chciał w to wierzyć, został sam w ciemnym lesie i musiał się z tym
    zmierzyć.
    -Głodny jestem – wyszeptał – i zimno mnie dotyka…nie mam wody, kanapek nie ma nawet kocyka.. Co
    ja pocznę? Co zrobię tak daleko od domu? Nie mam nawet w tym lesie pożalić się komu..
    Nagle usłyszał trzask, zarośla się poruszyły, spod gęstych krzewów jagody, dwie nogi się wyłoniły.
    Dreszcz przebiegł po mrówczym grzbiecie,strach mu powiększył oczy – Ach żegnaj piękny świecie,
    zaraz śmierć mnie zaskoczy..
    -Zaraz pożre mnie jakiś mrowkożerca szalony, ja nie chcę być pożarty – pomyślał przerażony.
    W jagodzinach jednak ciągle coś szeleściło i z dwóch nóg wystających aż osiem się zrobilo.. – Cala
    armia na mnie idzie!! – syknął pełen trwogi, a z gąszczu się wyłaniały wciąż kolejne nogi..
    Mruknęło coś w ciemności, i mrówek dojrzał wroga, właścicielem nóg wszystkich był Bazyl stonoga.
    -Cześć Młody – zachrypiał – Coś tak wystraszony? Szukam swego buta.. gdzieś tu jest
    zgubiony..pantofel przepiękny, przecudnej urody, z trawy cytrynowej.. najnowszy trend mody, gdzieś
    tu mi się zsunął z pięćdziesiątej nogi i muszę go znaleźć.. Pomóż chłopcze drogi..
    -A w ogóle co tu robisz sam w tym ciemnym lesie? Zbłądziłeś czy w przygodę gdzieś Cię licho niesie?
    Ja mam na imię Bazyl, aktor operetek i gwiazda reklamy „sto leśnych skarpetek”
    – A ja jestem Biadolek, mam pobyć w tym lesie dni parę, wróżka mnie tu wysłała mówiąc, że to za
    karę
    Spojrzał na mrówka Bazyl – :to nie źle narozrabiałeś skoro odrazu od wróżki taką karę dostałeś.. Masz
    tu kanapkę z poziomką i trochę porannej rosy i pomóż mi znaleźć buta bo widzisz, że chodzę bosy.
    Śmiesznie to trochę zabrzmiało bo butów miał dużo stonoga, bosa była jedynie ta pięćdziesiąta noga.
    Szukali w trawach i krzakach, biegał Biadolek aż miło, spojrzał na liść akacji a tam pod liściem coś
    lśniło..
    Uchylił rąbek listowia :-,Buuuut…. Huuurraa…znalazłem -wykrzyczal jak szalony, był dumny ze
    właśnie przez niego został odnaleziony

  13. Nazywam się Stefan.
    Tak mnie nazwała moja pani.
    Nie pamiętam kiedy się urodziłem, ale podobno jestem młody. Wyglądam przeciętnie, choć jest jeden szczegół, który mnie wyróżnia. Mam 3 łapki a nie cztery. Tak, nie mam jednej łapki. Nie pytajcie dlaczego, bo nikt tego nie wie. Koloru jestem czarnego. Podobno czarne koty to nieszczęście, ale moja pani mówi, że ona w to nie wierzy i kocha mnie najmocniej na świecie. Pani chyba lubi czarne koty, bo w mojej bandzie jest jeszcze Misia. Ona też jest czarna. Misia jest starsza ode mnie i ma 4 łapki. Jest jeszcze Mały. To też kot, najstarszy i najgroźniejszy, ale ja się go nie boję i myślę, że on tak tylko udaje. Śmieszna sprawa z tym imieniem, bo Mały jest wielki jak …. jak… sam nie wiem, ale jest duuuuży. No i jest jeszcze Sziba. Ona nie jest kotem, ona jest psem, dużym psem. Bardzo ją lubię i ona mnie też bardzo lubi. A i zapominałam o Koko. To papużka Nimfa. Wygląda śmiesznie, bo ma żółte policzki z pomarańczowymi kółkami. Zawsze myślę, że się wstydzi. Pięknie śpiewa, a ja lubię bardzo siedzieć i się jej przyglądać.
    Siedzimy teraz w domu wszyscy razem z naszymi ludźmi, bo na dworze jest jakiś niedobry wirus. Na dwór wychodzi tylko Sziba, bo ona nie robi siku w domu tak jak my koty. Koty mieszkające w domu robią siusiu do kuwet z piaskiem. Podobno jak skończy się ten wirus będziemy mogli wychodzić na dwór na smyczy, a na razie Pani dobrze i długo myje łapki po spacerze Szibie i sobie. Wiecie, ludzie teraz jak wychodzą z domu to zakładają maseczki, w których śmiesznie wyglądają i rękawiczki. Mówią, że tak trzeba. Czekamy, kiedy wyjdziemy na dwór, ale na razie bawimy się w domu. To jest nawet miłe, bo wszyscy z naszymi ludźmi jesteśmy razem cały dzień. Czasami mnie to wkurza i nie lubię tego. Jak śpię a Pani mnie budzi, bo ma ochot na zabawę, albo ja mam ochotę na zabawę kiedy ona śpi to nie jest miłe. Nie jest łatwo, ale Pani cały czas nam powtarza, że już niedługo, że damy radę. Na szczęście mam swoje kryjówki i jak nie chcę się z nikim widzieć chowam się tam. Pani też czasami znika w pokoju za drzwiami, ale wiem, że jak odpocznie to znowu otworzy drzwi i mnie wpuści. Oprócz tego wirusa, którego nie lubię wszystko jest dobrze.

  14. Bajka edukacyjna pt. „Smog na horyzoncie” (fragment)

    Wieczór był ulubioną porą dnia Frania. Po pracowitym dniu, spędzonym na zabawie, leżał w łóżku, czekając aż mama przyjdzie opowiedzieć mu bajkę. A mama opowiadała najlepsze bajki na świecie.

    -Mamo, opowiedz mi bajkę o smoku- poprosił, jak tylko pojawiła się w drzwiach sypialni.
    -O smoku…?- mama na chwilę zawiesiła głos, po czym rozpoczęła opowieść: -Był sobie raz smok, zielony i pokryty łuską. Miał siedem głów…
    -Nieee!- sprzeciwił się zdecydowanie chłopiec- Nieprawda! Smoki są czarne, czarniusieńkie! Wyłażą z kominów i rosną, rosną, a jak urosną są takie ogromne, że przysłaniają całe niebo! I wiesz co one robią?- szepnął konspiracyjnie- Duszą dzieci! Wszystko dlatego, że są bardzo silne, bo się najadły plastikowych butelek i innych śmieci. Ich największym przysmakiem są opony!
    – Franiu, co ty mówisz?- zdziwiła się mama. Aaa! Już wiem- dodała po namyśle- Pomyliłeś smoKa ze smoGiem.
    – SmoGiem? Mamo opowiedz mi…albo nie, nie opowiadaj bo ja się tego smoga zacząłem trochę bać… A właściwie, to kogo powinienem się bardziej bać- smoka czy smoga?- zapytał niepewnie.
    – Smogu- poprawiła mama i dodała- Ale skąd ty właściwie wiesz, że smog dusi dzieci?
    – Mój brat mi mówił.
    – Tadziu co ty mu naopowiadałeś?- zawołała mama w stronę dużego pokoju, gdzie nad komputerem pochylał się starszy brat Franka.
    – No jak to co? Najczystszą prawdę! Albo raczej najbrudniejszą prawdę. Mam na jutro prezentację o smogu w szkole, więc na kimś musiałem poćwiczyć. Widocznie niezbyt dobrze mu to wszystko wyjaśniłem, skoro poplątał smog ze smokiem. Ale w zasadzie- zamyślił się Tadzio- to jest świetnym pomysł! Dodam do prezentacji slajd: co ma wspólnego smok ze smogiem, czym się różnią i kogo należy się bardziej bać!
    – No właśnie, kogo, kogo, bo mi nie odpowiedziałaś?- Co jak co, ale ciekawski Franio pilnował, żeby żadne z jego pytań nie pozostało bez odpowiedzi. I najwyraźniej zapomniał już o swoim strachu.
    – Hmmm…- zamyśliła się mama- Odpowiedź jest niestety prosta. To smutne, ale kiedyś dzieci bały się zielonych smoków, a dziś powinny bać się czarnego smogu. A właściwie szarego, szaroburego, brudnożółtego. Jak Ci to wyjaśnić…Smog Franiu, to taka mgła w połączeniu z dymem…
    – Dokładnie! W Wikipedii przeczytałem, że to słowo powstało z połączenia dwóch angielskich słów „smoke” czyli dym oraz „fog” czyli mgła- wtrącił pouczającym głosem Tadzio.
    – Kiedy jest mglista pogoda, nie ma wiatru a w powietrzu fruwają zanieczyszczenia, powstaje smog- wyjaśniła mama. Jest bardzo groźny dla naszego zdrowia.
    – I dusi dzieci!- Franio zacisnął zęby i pięści,
    – Cóż… można tak to ująć. Smog może powodować lub zaostrzać wiele chorób związanych między innymi z układem oddechowym, na przykład astmę, przewlekłe zapalenie oskrzeli, choroby płuc.
    – A ja bym tego smoga pociachał mieczem! Ciach! Ciach!-maluch wystrzelił jak torpeda do stojącej w rogu pokoju skrzyni z zabawkami, wyjął z niej plastikowy miecz, hełm i tarczę i po chwili stanął w pełnym rynsztunku gotowy do walki ze strasznym potworem smogiem.
    – Jesteś dzidziuś!- Tadzio zaczął się śmiać.
    – A gdyby tak go przestać karmić, tego smoga, to on by zginął z głodu?- zapytał niezrażony Franio.
    – Faktycznie, gdyby ludzie przestali “karmić smoga”, czyli gdyby nie palili w piecach śmieciami i węglem kiepskiej jakości, to smog by zniknął, a przynajmniej byłby znacznie słabszy. Bo w Polsce główną przyczyną smogu jest tak zwana niska emisja…
    – Tak, czytam właśnie o tym- przerwał Mamie Tadzio- Ale nie rozumiem o co chodzi…“Niska emisja to emisja produktów spalania paliw stałych, ciekłych i gazowych do atmosfery ze źródeł emisji (emiterów) znajdujących się na wysokości nie większej niż 40 m”. Co to są te emitory?
    – Emitorem może być piec w domu, albo samochód, które emitują, czyli wydzielają szkodliwe substancje w powietrze .
    -Aha! Jedną z tych substancji jest, zdaje się dwutlenek siarki. Czyli, co wspólnego mają smok i smog?- Tadzio zawiesił głos.
    – No co takiego?- mama udawała, że nie rozumie, nie chcąc odbierać starszemu synowi radości z wymyślonego porównania.
    – Oboje mają w brzuchu siarkę!! Przecież Dratewka nafaszerował owcę, którą zaserwował Smokowi siarką!

  15. KARIOKA – zamieszczony poniżej tekst jest fragmentem napisanej wierszem bajki pt ,,Leśne opowieści”

    TĘCZA

    Piękny ranek , słonko świeci,
    na polanie leśne dzieci
    bawią się dziś w chowanego.
    Widzę, widzę Cię kolego
    – tak zawołał mały Dzik
    do Susła co w krzakach znikł.

    Słonko im pozazdrościło
    i za chmurę też się skryło,
    wkrótce jednak znów wyjrzało,
    promykami zamrugało.

    I nagle się rozpadało,
    z małej chmury duży deszcz
    – Kap, kap, kap – woła mały Jeż
    – Ciap, ciap, ciap – Dzik woła też.

    Misie się pod sosną skryły,
    bo deszczu nie lubiły,
    za to Bobry zachwycone
    machały do nich ogonem.

    Prysznic z nieba, prysznic z nieba,
    więcej nam nic nie potrzeba
    – szary Zając podskakiwał
    i wesoło podśpiewywał .

    I tak jakoś dziwnie było,
    deszcz padał i słońce świeciło.
    Co to się na niebie stało?
    – zawołał zdumiony Zając.
    Wszyscy popatrzyli w górę,
    zobaczyli mała chmurę,
    z której ciągle padał deszcz
    lecz na niebie było też,
    coś nowego, nieznanego,
    jednym słowem coś dziwnego.

    Czy wy wiecie co to jest?
    – zapytał się mały Jeż.
    Lecz nikt mu nie odpowiedział,
    bo nikt z nich tego nie wiedział.

    Ktoś nam niebo pomalował,
    a sam się za lasem schował
    – powiedziała to Wiewiórka.
    Siedząca na bzie Przepiórka
    otrzepała swoje piórka,
    włączyła się do rozmowy
    – Chodźmy wszyscy wraz do Sowy.
    Ona nam na pewno powie,
    jak się To na niebie zowie.

    Super pomysł – krzyknął Zając,
    na nikogo nie czekając
    szybko pobiegł do dąbrowy
    gdzie się mieścił domek Sowy.
    Za nim inni się udali,
    po drodze się naradzali,
    kto zapyta o to Sowę
    i kto zacznie z nią rozmowę.

    Pani Sowo, przepraszamy,
    że Ci spokój zakłócamy.
    Ale chcemy spytać Ciebie,
    coś dziwnego jest na niebie.
    Ty na pewno znasz odpowiedź,
    więc nam tutaj proszę powiedz
    – tak się grzecznie Jeleń zwrócił.
    A Borsuk jeszcze dorzucił –
    Wuj Hilary nam powiedział,
    że gdyby ktoś czegoś nie wiedział
    to ma szukać wiadomości
    u Sowy w ,,Księgach Mądrości”.

    I ma wuj Hilary rację,
    bo ja gdy już zjem kolację
    to te mądre księgi czytam
    i wręcz wiedzę z nich połykam.
    Obowiązki zaniedbuję
    ale księgi wciąż studiuję.
    – tak odrzekła dzieciom Sowa.
    Bardzo cieszy mnie rozmowa
    z tak ciekawą leśną dziatwą,
    a wyjaśnię Wam to łatwo.
    Jeszcze tylko coś zobaczę
    i wam wszystko wytłumaczę.

    Sowa szybko coś sprawdziła,
    wkrótce już gotowa była.
    Jak przystało więc na Sowę
    rozpoczęła swą przemowę.

    Dla Was rzecz zupełnie nowa,
    to jest tęcza – rzekła Sowa –
    taka piękna kolorowa.
    I powstaje Drogie Dzieci
    gdy deszcz pada i słońce świeci,
    równocześnie tak jak dziś.

    Odezwał się mały Miś
    – i zostanie już na niebie?
    Ależ jaki głuptas z Ciebie
    – słyszałeś co mówiła Sowa
    czy powtórzyć mam od nowa
    – to Zorka obrugała Gucia.
    Ty mnie Zorka nie pouczaj
    – awantura już gotowa.

    Szybko się wtrąciła Sowa
    – spokój, spokój już dzieciaki
    Guciu Drogi, powiedz jaki
    masz dylemat. Mam pytanie
    – Czy ta tęcza już zostanie?
    – głośno Gucio to powiedział.
    Widzisz Gucio, żebyś wiedział,
    aby mogła powstać tęcza
    musi każdy promyk słońca
    przejść przez małą kroplę wody.
    Ta dodaje mu urody
    i gdy z kropli już wychodzi
    to po niebie się rozchodzi
    piękna kolorowa tęcza.
    Zawsze tak jest – Wam zaręczam.
    A gdy deszcz przestanie padać
    to ta tęcza zniknie zaraz.

    Och, to szkoda, taka ładna
    – rzekła zawiedziona Sarna.
    Jeszcze nie raz zobaczycie,
    a kolory – policzycie?
    Sowa dzieci zachęciła,
    sama z nimi też liczyła:
    czerwony, pomarańczowy,
    potem żółty i zielony,
    niebieski i granatowy
    a na końcu fioletowy.

    Tęcza barw ma zawsze siedem,
    za to kształt ma tylko jeden,
    łuk na horyzoncie tworzy
    łącząc dwa krańce przestworzy.

  16. Hej. Natrafiłem na stronkę szukając różnych informacji o pisaniu dla dzieciaków :). Przebywam na chwilę obecną niestety daleko od moich skarbów i chyba po części dla tego zacząłem pisać o nich / dla nich 🙂 . Skoro już znalazłem takie miłe miejsce pełne pozytywnych ludzi to może i sam wrzucę próbkę mojej pisaniny. Gatunek Kids Fantasy bardzo chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.

    Dla tych którzy wolą słuchać wersja czytana
    https://soundcloud.com/daniel-kasprzykowski/wrota-artura-git

    „Wrota Artura”

    Leśną ścieżką w słoneczny letni poranek, Artur wraz ze swoją młodszą siostrą Natalką, wesoło spacerowali, jak to mieli w codziennym zwyczaju. Las o poranku był, jak zwykle o tej porze rześki i dawał idealne schronienie przed wstającym słoneczkiem.

    – Uwielbiam nasze poranne przechadzki. Tu jest tak spokojnie i cichutko – rzekła Natalka wesoło podskakując i radośnie bujając rączkami.

    Artur nie odpowiedział…
    Natalka wskoczyła na leżącą na poboczu ścieżki obaloną brzozę. Próbując dorównać kroku bratu, pilnie skupiona była na utrzymaniu równowagi. Wpatrzona w stópki szybko stawiała jedną za drugą i z rozpostartymi rękoma mknęłą leciutko wzdłuż przeszkody.

    – Czemu jesteś taki zamyślony dziś Alturku? Wycedziła przez zęby dziewczynka.

    Słuchając siostry jednym uchem, drugim nasłuchiwał spokojnie szumiącego dookoła lasu.

    – No Altuuul… – dziewczynka zeskoczyła na ścieżkę, stając przed idącym Arturem
    – Nie wkuzaj mnie! – kontynuowała, próbując wyciągnąć coś więcej z tego tajemniczego zachowania.

    Dreptali tak chwilę w ciszy, aż wzdrygnął się oderwany od swych rozmyślań i w końcu odpowiedział.
    Coś mi tu nie pasuje… coś się zmieniło. – powiedział zatroskany starając się ustalić co go tak niepokoi.
    Dlaczego? Przecież uwielbiasz spacery po lesie. Ciszę, spokój, śpiew ptaków.
    W tej chwili postawa Artura zdradziła momentalne wyostrzenie zmysłów.
    Słyszysz w ogóle ptaki? – rzekł niepewnie Artur, rozglądając się badawczo dookoła.
    Nacia dotychczas skupiona na dobrej zabawie podczas spaceru, zdziwiona skupiła się na wysłuchiwaniu odgłosów lasu. Doszukując się dźwięków ptaków, które zawsze towarzyszyły im podczas spacerów spotkała się jedynie z szumem liści, które wprawiał w ruch delikatny wiatr. Drobiąc nóżkami i obracając się powoli dookoła nadstawiała uszu w kierunku drzew, gdzie jej zdaniem powinny urzędować leśni mieszkańcy.

    – Nikt nie śpiewa – stwierdziła ze zdziwieniem.
    – Masz rację Artur – potwierdziła jeszcze raz

    Ptaszki powinny już dawno wstać i wesoło podśpiewywać swoje poranne melodie.
    Oboje wędrowców stało w miejscu skupiając się teraz wyłącznie na nasłuchiwaniu otoczenia. Oboje zastanawiali się co mogło sprawić, że nie słychać ich leśnych towarzyszy spacerów.
    W trakcie badania tego dziwnego zjawiska, w szum lasu wkradły się nowe dźwięki. Nieopodal poza ścieżką, za gęstym skupiskiem drzew,usłyszeli coś…
    tak jakby…
    chrumkanie???

    – Cóż to, tam za drzewami, słyszysz to? – Powiedział wręcz podekscytowany Artur pokazując jednocześnie palcem kierunek z którego dobiegł odgłos.
    – Niewiem Altulku… ale się boję… – potwierdziła Natalka, która nie podzielała raczej entuzjazmu Artura, a w jej głosie można było słyszeć lekkie zaniepokojenie. – Może wracajmy do miasteczka, nie wiem czy to dobry pomysł iść dalej.

    Nacia jeszcze nie wiedziała, że Arturowi ani przez myśl nie przeszło wracać. Ciekawość nigdy nie pozwalała mu przejść obojętnie obok takich wydarzeń… co zazwyczaj kończyło się niemałymi tarapatami, o czym mądra siostrzyczka bardzo dobrze wiedziała.
    Idę to sprawdzić – stwierdził Artur.
    Uśmiechnął się i zacierając ręce, dał znać o swej eksyctacji, po czym dodał.

    – Zaczekaj tu i stój cichutko.
    Natala przytupnęła nóżką. Pomysł Artura, że zostawi ją samą, wręcz ją zirytował.

    – Nigdzie nie zostanę, idę z Tobą! – Zaprotestowała stanowczo ani myśląc zostać teraz samej.
    – To chodź. Tylko pamiętaj skradamy się i musimy być cicho jak myszki.
    – Myszka się boi Altulku… – szepnęła Natalka łapiąc braciszka za rączkę.

    Po tej krótkiej naradzie, dzielni śmiałkowie skierowali się poza wydeptaną leśną ścieżkę w kierunku zagadkowych odgłosów, które ich zwabiły. Powoli, stawiając krok po kroku cały czas rozglądali się dookoła nasłuchując kolejnych niewyjaśnionych dźwięków. Przycupnęli w zaroślach. Teraz już dobrze słyszeli, że ktoś lub coś szwęda się nieopodal nich. Szum rozgarnianych liści zaczął się przeplatać z odgłosami – teraz już byli tego pewni – chrumkających świnek.
    Artur z Nacią spojrzeli na siebie słysząc chrumkanie i parsknęli śmiechem.

    – Świnki w lesie? powiedziała ze zdziwieniem dziewczynka
    Chyba, że to dziki i tylko udają świnki – rzekł Artur, głównie chcąc przestraszyć Nacię i nie czekając wstał i zaczął żwawo iść w kierunku, jak mu się wydawało niegroźnych zwierzątek. Stanęli nieruchomo obok siebie widząc już sprawców niepokojącej sytuacji. W odległości ok 10 metrów zobaczyli 3 świnkopodobne dziwne istoty. Małe, człekokształtne, bladoróżowe stworki mogły sięgać Arturowi co najwyżej do pępka, czyli były wzrostu Natalki. Krzątając się niezgrabnie na dwóch spasionych nóżkach, sunęły swoimi raciczkami do przodu. Odziane były w bordowe skórzane ubłocone kurtki, a chodziły bez gaci, normalnie z gołymi tyłkami. Każda z postaci niosła na plecach dość pokaźną jak na ich rozmiary drewnianą klatkę przyczepioną szelkami. Zmierzali w kierunku dębowej platformy na kołach na której najwyraźniej składowali pakunki, gdyż na samym wozie można było z łatwością naliczyć ich co najmniej z tuzin. Niestety z tej odległości nie mogli zobaczyć co mogło się w nich znajdować.

    – Arturku co to za dziwne stworki – to jakieś… nie wiem… świnio-krasnale?
    – To ŚWINIOKI. Leśne psotniki. Czytałem o nich ostatnio w zamkowej bibliotece. Ale dziwne, że są tak blisko naszego miasteczka. Podobno nie zapuszczają się w okolice gdzie mogą spotkać człowieka

    Zdumieni oraz podekscytowani spotkaniem zupełnie przestali przejmować się ukrywaniem. Nie trudno było teraz świniokom zauważyć bacznie się im przyglądającym dwóm parom ciekawskich oczu.
    Pierwszy potworek idący na czele drużyny odwrócił swój ryjek w kierunku małych poszukiwaczy. Zmarszczył nos, który wyglądał jakby ktoś go wepchnął do środka tej różowej mordki i zaczął pochrumkiwać nerwowo do pozostałych.
    chrum! chrum, chruuum, chrum
    Zachrumczał ostrzegawczo!

    – chrum,,chrum, chruuuum!
    Przytakneli świniokowi towarzysze
    W jednej chwili wszystkie sino-różowe stworki popatrzyły w kierunku dzieciaków, a szum lasu zamienił się w odgłos stada rozochoconego chlewiku. Świnioki zaczęły niezdarnie zdjemować swoje plecako-klatki i ruszyły żwawo w kierunku dzieci.

    – O nie! Zauważyły nas Arturku. Uciekajmy! Szybko! – zareagowała bystro Natalka
    – Uciekać przed takimi pierdami? Zaraz ich przegonimy. – rzekł Artur przygotowany już na spotkanie ze świniokami.

    Stadko świnioków ruszyło w chaotycznym pędzie w stronę dzieci. Szybko przebierając tłustymi raciczkami, zaczęli wzbijać w powietrze liście, kawałki ziemi oraz łamane pękające pod nimi wyschnięte gałęzie. W ferworze bitewnego ruszenia jeden z szarżujących oprawców nagle wygrzmocił się prosto na ryjek nie zauważając kamienia skrytego w mchu, który zatrzymał jego szaleńczy pościg. Cała sytuacja wyglądała na tyle komicznie, że Artur z Natalą z pozycji bojowej przeszli w pozycję śmiechową, zaczynając chichotać rozluźniając spięte przed walką pośladki. Niestety nie zatrzymało to pozostałych i nadal świnkopodobne istoty pędziły do ataku. W momencie gdy Artur miał już stanąć do walki ryjek w ryjek z pierwszym świniokiem, ten zupełnie nieoczekiwanie został uderzony szyszką w głowę. Zdezorientowany sytuacją agresor nie zdążył długo się zastanowić nad tym co go spotkało jak za chwilę kolejne szyszki zaczęły celnie lądować na pokrytej delikatną szczecinką łysej głowie. Trzeci świniok widząc swoich towarzyszy w tarapatach, zaprzestał pogoni i bez większego namysłu zaczął uciekać w przeciwnym kierunku, a po chwili za nim cała niezdarna drużyna.

    – Hehe, dobry cel Nacia! – powiedział Artur przekonany o wyjątkowych zdolnościach rzucania szyszkami siostry.
    – Ale, to nie ja rzucałam.

    Ciemny korytarz oświetlony jedynie blaskiem kilku świec wypełnił się echem stukających kopytek. W niezgrabnym biegu, przebierając pofałdowałdkowanymi nóżkami podążał nim jeden z przedstawicieli świnioków. Falujący od pędu niewyraźnie oświetlony fioletowy płaszcz postaci wprawiał w taniec spokojnie palące się płomienie. Dobiegając do drzwi kończących korytarz nachylił swój wklęsły ryjek i przygotował się do ich staranowania. Nie zatrzymując się uderzając w nie czołem wpadł z hukiem do wyłożonej kamiennymi cegłami komanty.

    – Co robi, chrum chrum, gamoń!

    Odezwała się tajemnicza postać siedząca przy wielkim stole całym zastawionym jedzeniem.

    – Chrum chrum, chrum, chrumm! – Wychrumkał świniok próbując złapać oddech, kręcąc i wijąc się jak robaczek na ziemi, starając się wstać po upadku.
    – Jak to, chrum, odkryci!

    Postać siedząca przy stole wstała żwawo, wypełniając salę nieprzyjemnym zgrzytem odsuwanego drewnianego krzesła. Podszedł do leżącego wieprzka ukazując swoje oblicze. Był to wysoki jak na swoją rasę i przesadnie tłuściutki przedstawiciel świnioków. Ubrany zaś elegancko w czerwony, materiałowy płaszcz ze złotymi wykończeniami. W jednej ręce trzymał nadgryzione jabłko, którego część jeszcze przeżuwał, kręcąc krzywą żuchwą. Dziamgająca twarz, a właściwie to świniakowy ryjek, miał ubrudzony pozostałościami jedzenia, które zapewne niejedno już zdążyły zobaczyć, bawiąc już pewien czas na obliczu właściciela.

    – Mów! Co się stało! – gruby świniok zaczął dopytywać nerwowo trącając prawą raciczką leżącego posłańca.

    Rozpoczęły się wyjaśnienia w przepraszającym tonie. Chrumkanie było tak szybkie i niejasne, że ciężko było zrozumieć co dokładnie się wydarzyło. Stojący świniok zmarszczył brwi nerwowo, dziąbiąc kolejną porcję jabłka. Resztki kęsa, upadły na ziemię nie mieszcząc się jeszcze po poprzednio nie połkniętym gryzie.

    – Spokój głupi świniok! – Kolejne kuksańce dosięgnęły biedaczka, który powoli zaczął się uspokajać i mówić z większym sensem
    Mina wielkiego świnioka jednoznacznie pokazywała, że nie takich informacji się spodziewał. Odchrząknął głośno jednocześnie wysuwając dolną wargę jeszcze ociekającą sokiem z jabłka.
    – Przynieśli klatki? – Zapytał stanowczo i tak szybko, aż kolejne kawałki owocu wypadły mu z krzywych ust.
    Mały świniok popatrzył na zdenerwowaną postać wybierając milczenie jako odpowiedź w nadziei, że da mu to chociaż dodatkową sekundę spokoju przed najgorszym.
    – Gdzie są klatki! – Zdenerwowany świniok, domyślając się totalnej porażki zadania, kopnął swojego gościa, tak mocno że ten niczym piłka poturlał się z powrotem do korytarza przez drzwi, które przed chwilą przekroczył.
    – Gdzie są moje klatki! – Wrzasnął jeszcze raz rzucając niedojedzonym jabłkiem o ścianę rozkwaszając je zaraz obok wielkiego obrazu ze swoją podobizną. Stanął przed nim patrząc na swoje wielkie spasione lico z tymże na obrazie twarz była czysta, czego nie dało się zaobserwować w rzeczywistości. Zadarł ryjek patrząc w górę, gdyż obraz sięgał samego sufitu. Na szczycie malowidła widniała dumnie uniesiona głowa, w która wpatrywał się przez chwilę.

    W jednej chwili ruszył korytarzem w poszukiwaniu kopniętego świnioka. Złapał go za ogonek i podniósł wysoko przystawiając do swojej twarzy.

    – Zebrać wszystkie klatki!
    – Przyprowadzić, chrum, ludzkie dzieci!
    – Natychmiast! Nie mogą wrócić do domu.

    Nie czekając na odpowiedź znerwicowany tyran zamachnął się kilka razy trzymając małego świnioka i wypuścił go niczym z procy w dalszą część korytarza, z której przybiegł.

  17. Pewnego dnia burzowe chmury przykryły niebo nad osiedlem, a gęsto padający deszcz uniemożliwił pszczołom latanie. Trzaskom i błyskom nie było końca, a zatroskane pszczoły obserwowały niebo. Gdy po pewnym czasie burza przeszła i ustał deszcz, nad pszczele osiedle wyszło słońce – na horyzoncie pojawiła się ogromna tęcza, najpiękniejsza jaką pszczółki do tej pory widziały. Wszystkie pszczoły, duże i małe, wyleciały, by podziwiać to niecodzienne zjawisko. Ponieważ był to dzień wolny od pracy Mania i Mati postanowili skorzystać ze sprzyjającej pogody i wybrali się na romantyczny spacer. Zwiedzali okolice, śmiali się i rozmawiali o swoich planach na przyszłość. Zmęczeni wędrówką usiedli na pobliskim słoneczniku, z którego nadal mogli podziwiać okolicę. Zajadali pyszne smakołyki i popijali słodki miód, nadal śmiejąc się i rozmawiając.

    W pewnym momencie usłyszeli cichy dziecięcy płacz i zaczęli nasłuchiwać skąd dochodzi. Gdy zaczęli nasłuchiwać źródła płaczu, pod jednym z liści słonecznika odnaleźli małą pszczółkę, która trzęsła się z zimna. Po krótkiej rozmowie wyjaśniło się, że ma na imię Mimi i że uciekła z Domu Małego Owada, gdyż chciała odnaleźć swoich rodziców. Mati otulił malutką swoim swetrem, a Mania wzięła na ręce i przytuliła ją do siebie, żeby się choć trochę uspokoiła. Malutka Mimi ze zmęczenia zasnęła w jej ramionach. Oboje byli zauroczeni maleńką buzią, która od czasu do czasu, uśmiechała się przez sen i bardzo chcieli zabrać ją do swojego domu. Pomyśleli jednak, że nie mają wyjścia – muszą odprowadzić pszczółkę do Domu Małego Owada, bo pewnie wszyscy bardzo martwili się o nią.

  18. „ Hania poznaje świat” Fragment

    O tak dużo chcę się nauczyć! Tak bardzo wszystko chcę poznać, zobaczyć, dotknąć! Jakie to wszystko jest wspaniałe. Wiele rzeczy jest dla mnie nowych i nieznanych. Część już znam, ale cały czas się uczę i poznaję. Mama mówi, że mogę poznawać i uczyć się cały czas! Bardzo mi się to podoba! Mam na imię Hania i uwielbiam moje otoczenie, w którym żyję! Chętnie Ci opowiem, jak ja widzę świat. Jednak jestem bardzo ciekawa, jak Ty go postrzegasz. Możesz rysować, pisać albo jeszcze co innego! Po prostu, możesz tworzyć!

    Planeta Ziemia
    Pory roku

    Zima
    Był bezszelestny poranek. W czapce, kurtce, szaliku i zimowych butach przemierzałam drogę, tuż obok mojego domku. Wraz z rodzicami podążam, powolnym krokiem w kierunku zimowego lasu. Słońce mocno świeci, a zimne powietrze mrozi mój nosek. Wybieramy się na popołudniowy spacerek. Będąc w pobliskim lesie, widzę że jest zupełnie inaczej. Na drzewkach nie ma liści, owady nie latają, a ziemia jest bardzo zamarznięta. Po chwili z nieba zaczynają lecieć, delikatnie płatki śniegu. Coraz mocniej i więcej. Patrzę się do góry i czuję się tak bardzo szczęśliwa. Zaczynam się powoli kręcić w kółko, ale nie za długo, ponieważ zaczyna mi wirować w głowie. Jak wspaniale, jakbym przeniosła się do magicznego lasu, w którym uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

  19. Dawno temu
    za górami i rzekami
    mieszkał troll Gaga
    ze swoimi Rodzicami.

    Troll był niegrzeczny,
    nie słuchał mamusi.
    Uciekał do lasu
    i robił dużo hałasu!

    Każdy zadawał pytanie:
    Dlaczego troll jest smutny?
    Nigdy nie jest uśmiechnięty
    Zawsze chodzi nadęty!

    On mówił, iż mama
    bardzo się zmieniła.
    Inaczej wygląda…
    a jego odtrąca!…..

  20. WAKACJE BIEDRONKA DWUKROPKA (- krótki początkowy fragmencik bajki)
    1,) Poznajemy Dwukropka.
    Ta ciekawa opowieść o miłym Dwukropku
    była mi przyjemnością w pisarskim dorobku.
    Czy zaczynał się bowiem, czy kończył już dzionek,
    to witał nas uśmiechem ten chłopiec – Biedronek.
    Patrząc na rosnący w mym ogródku krzaczek
    zawsze widzę ten jego czerwony kubraczek.
    I wesoło błyskają mi w ciekawskim oku
    dwie czarne kropeczki w każdym z jego boków.
    Jak mi mama mówiła, to nie lada gratka
    – bo dwie kropki oznacza, że miał już dwa latka.
    A gdy tylko on rankiem otwierał swe oczki,
    to już wcinał śniadanko i pił świeże soczki.
    Dbał o Biedronka Tata, dbała jego Mama,
    uwielbiała go Ciocia, a była z niej dama.
    Cieszyli się go widząc na krzaczku sąsiedzi
    i prym wiódł wśród kolegów radosnej gawiedzi.
    „Hej Biedronek!” – wołały Mrówki i Motyle
    wiedząc, że dziś spędzą z nim przemiłe chwile.
    „Cześć chłopczyku!” – mówiły Stonki, Żuki, Pszczółki
    do Dwukropka szybciutko odwracając czułki.
    Każdy dzień miał Biedronek pełen nowych przygód.
    W nauce i w zabawie nie szukał on wygód.
    Miły był, pracowity, dbał zawsze o zdrowie
    i każdy, kto go poznał na pewno tak powie.
    Z Mrówką, Wijem i Żuczkiem ćwiczyli wspinaczkę
    bawiąc się, że są w górach, a nie pod swym krzaczkiem.
    Pasikonik zapraszał go w dzień do biegania,
    aż zziajany Biedronek na nogach się słaniał.
    Aby nikt się zeń nie śmiał, że on to się „miga”
    to i Świerszcz też brał udział w tych pieszych wyścigach.
    Biedronka ma skrzydełka nie dla dekoracji,
    więc Dwukropek wymyślił nowy „hit wakacji”.
    Wpadł na to, aby kto chciał, czy stary, czy młody
    mógł podziwiać też fajne „powietrzne zawody”.
    Owady ze skrzydłami mogły więc, w przebraniu
    startować w kostiumowych wyścigach w lataniu.
    Przyleciała tam Mucha przebrana za Stonkę,
    wraz z nią przybył Pan Osa udając …Biedronkę.
    Pani Ważka znad rzeki przebrana za Trzmiela,
    Bąk udawał Komara, swego przyjaciela.
    A Dwukropek przyodział kostium nietypowy
    Duże rogi przykleił wprost do swojej głowy,
    swój czerwony kubraczek, ten z dwiema kropkami
    przykrył on brunatnymi, obłymi płytkami.
    Widząc go w tym przebraniu myślał każdy owad,
    że to Chrząszcz Jelonek chce dziś wystartować.
    Ślimak – sędzia główny krzyknął: „START!” i w tej chwili
    w górę, w lot ci przebrani lotnicy ruszyli.
    Dolecieli wieczorem, gdy widzów bez liku
    powitało zwycięzców przy blasku Świetlików.
    Najszybszy był Szerszeń (w przebraniu Pająka).
    Drugie miejsce: Ważka, no a trzecie – Stonka.
    A mimo że Biedronek nie zdobył medalu,
    to i tak, po zawodach został Królem Balu.
    – Balu Maskowego. Tam na pożegnanie
    dostał pierwszą nagrodę, za swoje przebranie.
    Cieszył się więc Dwukropek wiedząc w każdej chwili,
    że na jego konkursie wszyscy się bawili.
    Miły był z niego chłopczyk, uczynny i skromny.
    Fakt, że mogłam go poznać, to zaszczyt ogromny.
    2.) Wizyta lekarza.
    Trwały już cały miesiąc Dwukropka wakacje.
    Zwiedzał więc nowe miejsca: wierzba, dąb, akacje.
    Owocówka-Jabłkówka w gości czasem wpadła
    i snuła wciąż opowieść, jak jabłko by zjadła.
    Do rodziców, na soczek wpadała Stonoga
    i żaliła się zawsze „jaka dłuuuga droga!…”
    Pszczoła-Robotnica często przychodziła
    i Biedronkom się zawsze na Trutnie żaliła.
    Biedronkowie też często wyruszali w gości,
    by wizytą swą innym dać trochę radości.
    Kiedyś z drogi wracając bardzo się zmęczyli,
    gdy z wizytą u Mrówki aż pod lasem byli.
    Lądując na krzaczku potknął się Biedronek
    no i lewe skrzydełko zostało zranione.
    Jęczał z bólu Dwukropek, szybko się położył.
    Rodziców tym zranieniem bardzo syn zatrwożył.
    „- Nie ma na co czekać, lecę do doktora!
    Bo to źle bowiem! Bardzo! Gdy Biedronka chora!”
    – To, co Tata powiedział – szybko w czyn wprowadził.
    Dwukropkowi pić ziółka tymczasem poradził.
    Pod kamieniem, przy drodze doktor Skorek mieszkał,
    co udzielić pomocy chłopcu nie omieszkał.
    „- Sprowadziłem już pomoc!” – krzyknął dumnie Tata
    „- by Dwukropek, mój synek mógł korzystać z lata”.
    „- Boję się Mamo, Tato! Czy będzie bolało?”
    – i się z oczek Biedronka kilka łez polało.
    Już o bólu skrzydełka zapomniał z wrażenia.
    Doktor szybko opatrzył chłopca obrażenia.
    Tak szybko, że Dwukropek ledwie zauważył.
    I przepisał lekarstwo, by chłopiec je zażył.
    ……………..

  21. „Ślimaczek wędrowniczek”

    Ślimaczek mały obudził się rankiem
    Ziewnął, różki wyciągnął, wyszedł na polankę
    Dzień był prześliczny, jak na lato przystało
    Mgła już opadła i słoneczko wstało
    I taka myśl mu przyszła znienacka
    To idealny dzień na przechadzkę!

    Wstąpił na dróżkę od rosy wilgotną
    Po czym rozpoczął wędrówkę samotną
    Gdy szedł tak śpiewem ptaków urzeczony
    Wpadł na niego żuczek roztargniony
    „Przepraszam najmocniej, biegnę na spotkanie
    A teczkę zostawiłem w tym bałaganie”
    I nim ślimak pomoc zaoferować zdążył
    Żuczek się odwrócił i swą drogą podążył

    Kawałek dalej biedronka w fartuszku w groszki
    Wieszała na gałązce czerwone śpioszki
    Kiedy skończyła, w kociołku zamieszała
    I obiad swemu maleństwu podała

    Nagle winniczkowi w brzuszku zaburczało
    Więc w stronę polanki wyruszył śmiało
    Gdzie w gospodzie „U przyjaciół królików”
    Zjadł pyszną sałatkę ze świeżych mleczyków
    Po sutym posiłku spać mu się zachciało
    I zdrzemnął się chwilkę pod brzózką małą

    Mały ślimaczek piękny miał sen
    Lecz gdy się zbudził, kończył się dzień
    „Czas wracać do domu”- ziewając powiedział
    Lecz którą iść drogą? Tego nie wiedział
    Zapytał żabkę, myszkę, rodzinę biedronek
    Gdzie może znajdować się jego domek
    Minkę miał smutną, bo szczerze się martwił
    Że żadne z nich pomóc mu nie potrafi

    Siadł na kamyczku, na księżyc spojrzał
    I ucieszył się wielce, bo sowę dojrzał
    A w całym lesie mówiono wszak
    Że sowa to bardzo mądry ptak
    „Sowo kochana, pokaż mi drogę
    Bo swego domku znaleźć nie mogę”
    Sowa zaśmiała się – „a to ci heca!
    Przecież swój domek nosisz na plecach!”

  22. Witam, poniżej fragment wierszowanej bajki (szesnastozgłoskowiec) „Tajemnica szczęścia”. Bajka była wysłana na konkurs „Biedronki” dwa lata temu i znalazła się wśród 100 wybranych ostatecznie tekstów. Rodzeństwo wyprawia się do tajemniczego zamku, o którym krążą legendy, że wszyscy, którzy tam poszli, już nigdy nie wrócili, ponieważ zamek jest zaczarowany przez maga. Starsza z rodzeństwa – Alicja, racjonalistka i wielbicielka nauki, chce udowodnić, że żadnych czarów nie ma i wszystko można logicznie wyjaśnić.

    Istotnie, tam, gdzie korytarz kończył się szarawą ścianą,
    zobaczyli wprost do muru drabinkę przymocowaną.
    – Popatrz! Nad ostatnim stopniem jest otwór! Stąd ta poświata!
    – Widzę, – odparł Mikołajek, – ale w tej dziurze jest krata.
    – Ano właśnie. I co teraz? Przyszliśmy tu nadaremnie?
    – Może nie. Mam pewien pomysł. Tylko ty się nie śmiej ze mnie.
    – Obiecuję, że nie będę. Ja pomysłu nie mam wcale.
    – Ten zamek od dawna stoi, krata jest solidna, ale
    może gdzieś tam przerdzewiała, albo mur się gdzieś ukruszył?
    Jakbym wyszedł tam na górę i tak mocno nią poruszył,
    to może by gdzieś puściła?
    – Bracie, ja cię nie poznaję.
    – A miałaś się nie wyśmiewać!
    – Nie wyśmiewam! Słowo daję!
    Po prostu myślisz logicznie, no i tak prawie naukowo
    podszedłeś do kwestii kraty, a to bardzo nietypowo
    jak na ciebie. Więc przyznaję – jestem bardzo zaskoczona,
    bo to bardzo dobry pomysł. Fakt, krata jest osadzona
    w bardzo, bardzo starym murze i sama też nie jest nowa,
    więc może się udać bracie! Gratulacje! Tęga głowa!
    – No to wchodzę.
    – Nie, zaczekaj, chyba lepiej ja to zrobię.
    – Pomysł mój! Więc wykonanie także pozostawiam sobie.
    Poza tym, choć jestem młodszy, mam od ciebie więcej siły.
    – Zgadza się, siły masz więcej ale też braciszku miły,
    masz silny lęk wysokości. Czy na pewno chcesz próbować
    stać wysoko na drabinie i z tą kratą się siłować?
    – Gdybyś to ty ją otwarła, i tak musiałbym się wspinać,
    zresztą, nie jest tak wysoko. No dobra, pora zaczynać.
    Mówiąc to Mikołaj ruszył, zrobił kilka kroków w górę,
    poczuł, że mu nogi miękną oraz że ma gęsią skórę,
    ale nie pozwolił na to, by strach go sparaliżował.
    – Daj radę, Miki, daj radę, bo byś się skompromitował.
    Tak pod nosem sobie mruczał, wspinając się jednocześnie,
    nagle krzyknął, uderzając głową w strop – bardzo boleśnie.
    – Co się stało? – zakrzyknęła z dołu Ala w strachu cała.
    – Nie, nic! Nie zauważyłem, że nade mną już powała.
    – Czyli masz przed sobą kratę?
    – Owszem, właśnie na nią patrzę.
    – No i co?
    – Z tej „perspektywy” wygląda jakoś inaczej.
    – Inaczej? Co masz na myśli?
    – Nie jest prosta, tylko krzywa.
    – Krzywa? Może od starości? Z metalem tak czasem bywa.
    – Ale ty mnie nie rozumiesz! Ona przypomina siatkę.
    Ma takie jak gdyby łuki i rusza się na dokładkę!
    – Bracie, wszystko z tobą dobrze? Bo coś jak w gorączce bredzisz.
    – Nie bredzę! Mówię, co widzę! Ty, jak tam na dole siedzisz,
    to nie możesz tego dostrzec, że one jakby zwisają.
    – Ale co?
    – Te oczka kraty i że się tak wyginają.
    – Miki, złaź tu zaraz na dół, bo ty chyba masz omamy.
    – To ty chyba masz to coś tam! Nie, tak się nie dogadamy.
    Dobra, łapię za tę kratę, może mocno się nie trzyma?
    Łee…, a co to? Fuj! Paskudztwo!
    – Co się dzieje?
    – Kraty… nie ma…
    – Jak to nie ma? Ja zwariuję! Rozpłynęła się? Rozwiała?
    – Nie złapałem za nią, ale…, ale w ręce mi została.
    – Miki, co ty opowiadasz? Ta krata się pokruszyła?
    – No nie! Raczej rozmazała. Dłoń mi całą oblepiła.
    – Krata mu się rozmazała! Miki zejdź już, proszę bracie.
    – Czekaj! Muszę się oczyścić z resztek po tej głupiej kracie.
    A one się tak trzymają, jakby były przyklejone.
    – Zaraz, jaki mają kolor? Są szare, czy są zielone?
    – Nie, są raczej takie szare i pozbyć się ich nie mogę.
    Co to jest?
    – Zaraz ci powiem, ale zejdź już na podłogę.
    – A czemu nie powiesz teraz?
    – Bo nie chcę widzieć, jak spadasz!
    – Nie zejdę, póki nie powiesz! Będę tu tkwił, albo gadasz!
    – Gdyby to było zielone, to mogłaby być roślina,
    ale, skoro to jest szare, to pewnie jest pajęczyna.
    – Aaa…, fuj, koszmar, obrzydlistwo! Nie mogłaś wcześniej powiedzieć?
    Czekałaś aż tego dotknę?
    – Miki, skąd ja mogłam wiedzieć,
    że to coś, cośmy tu z dołu oboje za kratę wzięli,
    to nie metalowe pręty, tylko coś w stylu kądzieli,
    czyli takie całe wiązki posplatanej pajęczyny,
    z której pająk swą sieć utkał.
    – Czyli, że to z własnej winy
    upaprałem się tym cały?
    – Miki sam tam chciałeś włazić!
    – Super! Jeszcze mi dogaduj. Powinienem się obrazić!

  23. OCEAN UŚPIONYCH NUT (fragment)
    I.
    Nic nie zapowiadało, aby tego dnia Lenę miało spotkać coś niezwykłego. Choć powitał ją pochmurny poranek, następnie chłodna pobudka, potem nudna szkoła oraz takie tam zwykłe sprawy, to wkrótce przekonać się miała, iż ten dzień zakończy się zupełnie inaczej.
    W istocie szykowało się coś naprawdę niesamowitego. Ale wróćmy do początku, a raczej do… deszczowego popołudnia.
    Dom przy ul. Dobrego humoru 12, wręcz dudnił od głośnej muzyki. Rudowłosa dziewczyna, bawiła się w najlepsze. Jej długie, lokowane włosy falowały w rytm muzyki. Gdy już sobie potańczyła i pośpiewała, uznała, że fajnie byłoby pograć z koleżankami w grę. Zatem usiadła przy dużym biurku i uruchomiła swój laptop. Choć musiała napisać naprawdę ważne wypracowanie, postanowiła to odłożyć na potem. Już logowała się do systemu, gdy niespodzianie jej nowiutki komputer zawiesił się. Potrzebowała pomocy.
    – Tatooo! – pieguska zawołała ze swego pokoju. – Możesz tu przyjść?
    Tata zajęty obieraniem ziemniaków i jednoczesnym smażeniem kotletów, krzyknął tylko z kuchni:
    – Lena, daj mi chwilę!
    – Trudno. Sama to naprawię. – dziewczynka niecierpliwie mruknęła pod nosem i zaczęła jednocześnie naciskać, chyba wszystkie klawisze na klawiaturze.
    Komputer tylko dziwnie i niepokojąco syknął.
    – O nie! Chyba coś zmajstrowałam… – Lena urwała w pół słowa, gdyż… znikła.

    W jednej sekundzie, kompletnie zaskoczona dziewczynka wznosiła się jak kosmonauta w stanie nieważkości.
    – O, mamo, gdzie ja jestem?! – wołała przerażona.
    Wokół panowała kompletna cisza, ciemność i pustka.
    – Co się stało? Ratuuunku! – Lena w panice zawołała głośniej, lecz zamiast odpowiedzi poczuła gwałtowne szarpnięcie.
    – Tato Pomocy! – teraz wrzeszczała już na całe gardło.
    Problem polegał na tym, że była całkiem sama, a im głośniej krzyczała, tym szybciej zaczynała wirować. W dodatku unosiła się w górę i w dół, jak na zwariowanej kolejce. Raptem niewidzialna moc przejęła nad nią kontrolę i… Lena gwałtownie wyhamowała. Lot w nieznane zakończył się tak szybko, jak się rozpoczął. Przestrzeń dokoła dziewczynki stała się biała niczym kartka papieru. Lena poczuła grunt pod nogami i chwilowy zawrót głowy.
    I może to on spowodował, iż jej twarz zazwyczaj pokryta rumieńcem pobladła, a może stało się to za sprawą dziwnego „Czegoś”, dzięki któremu tak niespodziewanie się zatrzymała. Zmiennokształtne „Coś” na widok niewątpliwie szoku, jaki wywołało u dziewczynki, rozpoczęło natychmiastowe przeobrażanie. W ułamku sekundy przybrało chyba setą postać, aż w końcu Lena nie wytrzymała i…
    – Cha, cha, cha! – parsknęła śmiechem.
    Stał oto przed nią wielki, błękitny glut i przewracał wyłupiastymi żółtymi oczyma.
    – Wtargnięcie! Ogłaszam wtargnięcie! – meldowało to „Coś” w maziowatą łapkę, po czym zarechotało. – Hej! Skąd się tutaj wzięłaś?!
    Dziewczyna osłupiała. Najśmieszniejsze stworzenie, jakie w życiu widziała, mówiło do niej, a co dziwniejsze, ona je rozumiała. Nastąpiła chwila grobowej ciszy, w końcu Lena wydusiła z siebie.
    – Eee… Gdzie ja jestem?… Glucie?
    – Jaki Glucie?! Wypraszam sobie! Jestem najprawdziwszą wróżką! – żachnęła się gluto – wróżka.
    – Jasne?! A ja jestem Królewna Śnieżka! – złośliwie stwierdziła Lena.
    – Oj, każdy ma taką wróżkę, na jaką sobie zasłużył. – gluto – wróżce było odrobinę przykro, że jej postać nie przypadła do gustu dziewczynce. – Twój śmiech uaktywnił mnie właśnie w takiej postaci. Jestem Erina.
    – Niech ci będzie. – pojednawczo odpowiedziała dziewczynka. – Mnie wołają Lena. – przedstawiła się, po czym ponownie zapytała:
    – Ale gdzie ja jestem?
    – To Kraina Losu. – wyjaśniła Erina. – Nasz system właśnie sprawdza, co poszło nie tak i dlaczego się tu znalazłaś.
    – Byle szybko! Rodzice będą się martwić! – rzuciła niezadowolona Lena.
    – Dobrze. Ustalmy, zatem fakty. – przeszła do konkretów gluto – wróżka. – Co robiłaś przed pojawieniem się tutaj?
    – Yyy… trochę śpiewałam… trochę tańczyłam… – wyjaśniła dziewczynka.
    – A może masz czarodziejskie przedmioty lub mega turbiny czasowe? – wypytywała dalej Erina.
    Wtedy Lenę olśniło. Przypomniała sobie ostatnią czynność, jaką wykonała tuż przed niezwykłą teleportacją.
    – To komputer… – wyszeptała.
    Gluto – wróżka nie czekała na dalsze wyjaśnienia.
    – Nasz Wydział Kontroli Jakości (w skrócie WKJ-ot) musi to natychmiast sprawdzić. – stwierdziła, po czym po prostu znikła.
    Najprawdopodobniej, (bo WKJ-ot ciągle to sprawdzał) Lena przez całkowity przypadek, znalazła się w miejscu, które było krańcem, a zarazem początkiem wszystkich światów. Także jej świata. Była to, jak dotąd, przez nikogo niezbadana, Kraina Losu, a Erina w rzeczy samej, była najprawdziwszą wróżką życzeń.
    W końcu, po dłuższej chwili, lub krótszej, bo Lena właściwie nie wiedziała ile czasu spędziła sama, wróżka pojawiła się ponownie. Ucinając wszelkie pytania dziewczynki rozpoczęła oficjalną przemowę.
    – WKJ-ot w związku z zaistniałymi niedogodnościami chciałby zaproponować tobie możliwość ukończenia kursu pt.” Jak być dobrym przyjacielem?”
    – Ale jak to? – Lena nie kryła zaskoczenia. – Skąd znacie tytuł mojego wypracowania?!
    – Ma się te znajomości! – zarechotała gluto – wróżka i kontynuowała – To, co? Wchodzisz w to?
    Cóż, w takich okolicznościach, nie pozostawało nic innego, jak przystać na tę niezwykłą propozycję, dlatego Lena spojrzała w stronę gluto – wróżki i odważnie oświadczyła:
    – Zgoda. Wchodzę w to.
    – Wspaniale, nie pożałujesz! – zarechotała Erina. – Gwarantuję ekstra zabawę! Rodzicami też się nie martw, nawet nie zauważą twojej nieobecności. Nasz tajny zespół Anty-Stres poleciał zamrozić ich w czasie – dodała.
    – To znaczy… jak wrócę do domu? – zauważyła zaniepokojona Lena.
    – Pracujemy nad tym. – przekonywała Erina. – Sądzimy, że gdy ukończysz szkolenie, nastąpi teleportacja, ale… – dodała po chwili – pewności jeszcze nie mamy.
    Po tych wyjaśnieniach glut-wróżka wypuściła z ciałka galaretowatą substancję, która w tajemniczy sposób oplotła rękę Leny.
    – To talizman? Na szczęście? – nabijała się dziewczynka z wątpliwej urody bransolety.
    – To lokalizator. – obruszyła się Erina. – Dzięki niemu będziemy wiedzieli gdzie jesteś. Nauczymy cię troszkę tego i owego… – dodała przy tym tajemniczo.
    Gluto – wróżka nie byłaby wróżką, gdyby nie dała dziewczynce jeszcze czegoś. Lena, choć nie była tego świadoma, wraz z bransoletą otrzymała możliwość spełnienia jednego życzenia. Jak wiadomo, standardowa procedura zalecała przyznanie trzech życzeń, lecz Erinę nie zachwyciło powitalne zachowanie Leny. Niemniej jednak, rudowłosa mogła wypowiedzieć życzenie w każdym momencie, i to nie koniecznie na głos. A, że Erina była bardzo wyrozumiałą wróżką, to dodatkowo, tak jakby w pakiecie, obdarowała dziewczynkę, niepowtarzalną szansą zwiedzenia nieskończonej ilości obcych krain.

    II.
    Wystarczyło, że Lena zrobiła tylko jeden mały krok, a uzyskała dostęp do tajnego przejścia między światami. Biel, która dotąd ją otaczała, przeistoczyła się w nasyconą niebywałymi barwami puszczę.
    Zaskoczona kolejną, nagłą teleportacją, zaczęła powoli przedzierać się przez gąszcz ogromnych krzaków.
    – Erina, ładna mi wróżka. – dziewczynka mruczała ze złością pod nosem. – Właściwie nie wiem co mam dalej robić.
    Jednak z każdym kolejnym krokiem jej wątpliwości odchodziły w niepamięć, coraz bardziej pochłaniał ją ten świat. Odkrywała bajecznie kolorowe i dziwaczne rośliny. Malutkie i osobliwe robaczki. Nie znała ich nazw, widziała je pierwszy raz w życiu. Napotkane rośliny miały wielobarwno-jaskrawe kolory. Z niektórych wyrastały włochate, grube i poskręcane liście, a jeszcze inne miały zachwycające kształty. Do tego bajecznie pachniały. Jednak ta przedziwna puszcza, niosła za sobą nie tylko kolory i zapachy. Im dalej szła Lena, tym puszcza stawała się ciemniejsza, a odgłosy z zewsząd dobiegające jakby bardziej nieprzyjazne i ponure. Pomimo wszystko dziewczynka dzielnie maszerowała dalej. Czekała przecież na nią – jak to ujęła Erina – ekstra zabawa.
    Więc Lena szła, szła i szła, lecz wokół nie było żywego ducha. To znaczy, nie pojawił się żaden gadający glut zapewniający ekstra zabawę, właściwie, zaczynało się robić nudno. Do tego zapadał zmierzch.
    – No nie! Ładna mi przygoda! – dziewczynka westchnęła zrezygnowana, gdy w końcu przedarła się przez gęstą puszczę i wyszła wprost na wejście do ogromnej pieczary.
    Lena, do tej pory mocno zaaferowana całą tą niezwykłą teleportacją, naraz poczuła niesamowite zmęczenie. Zrezygnowana usiadła tuż obok wejścia do jaskini. Oszołomiona wydarzeniami, zmęczona długą wędrówką, skuliła się i prawie natychmiast zasnęła.

    Nastał nowy dzień. Dziewczynka jeszcze smacznie pochrapywała, gdy z głębi ciemnej pieczary wydobył się groźny pomruk.
    – Wrry… Wrry…
    Mimo to, Lena dalej spała jak suseł, obróciła się jedynie na drugi bok.
    – Wrry… Wrry… – złowieszczy odgłos narastał.
    Kiedy dziewczynka poczuła delikatne szturchnięcie, tylko westchnęła przez sen:
    – Jeszcze chwilkę i wstaję… obiecuję…
    Jednakże natrętny pomruk stał się już tak nieznośny, iż w końcu, acz niechętnie, otworzyła oczy. Z niedowierzania zamrugała nimi kilkukrotnie. Wpatrywały się w nią niesamowite, zielone ślepia. Niewiarygodne. Tuż przed nią stał potężny, naprawdę przerażający… smok. Lena dosłownie w sekundę oprzytomniała, skoczyła na równe nogi i wystraszona zaczęła gnać przed siebie.
    – Aaa! Ratunku! – krzyczała przy tym przeraźliwie.
    A smok? Oczywiście natychmiast ruszył w pościg za nią. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział.
    – Mała zaczekaj! Nie uciekaj! – wołał zafascynowany, ale Lena słyszała jedynie groźne i straszne ryczenie.
    – Wrry… Grry!
    Rudowłosa dziewczyna biegła szybko jak torpeda. Przeskakiwała przeszkody jak lekkoatletka, sprawnie omijała skały, które pojawiały się na jej drodze, lecz bestia była szybsza. Z łatwością na wielkich łapach podążała za uciekinierem.
    – Ratunku! Pomocy! – pieguska wydzierała się, słysząc tuż za sobą dyszenie zwierza.
    Wkrótce gonitwa doprowadziła ją do miejsca, z którego nie było już odwrotu. Skalna ściana, wysoka i stroma nagle wyrosła przed nią i skutecznie uniemożliwiła jej dalszą drogę ucieczki. Znalazła się w pułapce!
    Straszliwie sapiąca i wypuszczająca z paszczy siarczany oddech bestia była tuż, tuż. Wreszcie wielkie i ostre zębiska smoka znalazły się na wysokości wzroku Leny. Przerażona dziewczynka skuliła się, zamknęła oczy i wyszeptała:
    – Zje mnie…
    Jakby na potwierdzenie swych słów usłyszała złowieszczy ryk.
    – Wrry… Wrry…!
    – Tak bardzo chciałabym go rozumieć… – rozpaczliwie zapragnęła i wtem… rozległ się przedziwny trzask, coś błysnęło, po czym hukło i dosłyszała słowa:
    – Mała, dlaczego przede mną uciekasz?
    Lena oniemiała. Chyba się przesłyszała? Nieśmiało otworzyła oczy. Przed nią wciąż stał ten sam stwór. Wglądał jak pradawny tyranozaur, z tą tylko różnicą, że jego cielsko pokrywała czerwona łuska, miał skrzydła i ogon zwieńczony lśniącym ostrym kolcem. Co dziwniejsze bestia nadal jej nie zjadła, tylko się uważnie przyglądała.
    – Nie bój się. Nie zrobię Ci krzywdy. – smok starał się uspokoić tę istotkę, gdyż zrozumiał, że na śmierć ją przestraszył.
    – Nie zjesz mnie? Naprawdę? – dziewczynka wciąż nie mogła wyjść z szoku.
    – Ciebie? – zdziwiła się bestia. – Ja piję tylko Smoczą Wodę i jadam owoce Kaniuni!
    – Ja… Cię… Rozumiem… – Lena nerwowo zachichotała, bo w końcu dotarło do niej, że rozmawia ze smokiem.
    – A co w tym takiego dziwnego? My smoki rozumiemy wszystko i wszystkich. – przechwalał się gigantyczny zwierz.
    Lena nawet nie przypuszczała, że nieświadomie wypowiedziała podarowane życzenie. Wprawdzie sprawił to splot nieoczekiwanych wydarzeń, ale jedno było pewne. Dziewczyna nabyła jakże pożyteczną w tym świecie umiejętność. Dzięki gluto – wróżce Erinie, od teraz i już na zawsze, będzie rozumieć wszystkie smoki.
    Lena aż usiadła z wrażenia. Tego było za wiele. Nie wiedziała gdzie jest i dokąd ma pójść. Erina obiecała jej świetną zabawę, a jak do tej pory najadła się tylko strachu. Na dodatek siedział obok niej ten wielki stwór.
    Zapadła niezręczna cisza.
    – Wołają na mnie Dosiek. – wykrztusił wreszcie smok.
    – Ja jestem Lena. – dziewczyna posłała mu nieśmiały uśmiech.
    – Na smoczy pazur! A co cię tu przywiało?
    – WKJ-ot zaproponował mi udział w kursie, „Jak być dobrym przyjacielem?”
    Dosiek, nic z tego nie zrozumiał, ale jednego był pewny:
    – Uuu… Musiałaś pomylić drogę. Smoki lądowe nie biorą udziału w żadnych szkoleniach.
    – No to pięknie… – burknęła dziewczyna i w tym właśnie momencie nadleciał… kolejny olbrzym.
    Tęczowy, ślepawy i trochę już głuchawy nestor smoczego rodu wylądował tuż obok Leny.
    Z uwagą obszedł i obwąchał małą, przestraszoną istotę, po czym rzucił zdumiony:
    – Człowiek? Tu?
    – Na Wielki Ogień Heronie! – Dosiek zwrócił się do przybyłego smoka. – Ona się chyba zgubiła?!
    Heron wysłuchał w skupieniu opowieści smoka, po czym, bez słowa odleciał,
    w sobie tylko znanym kierunku. To było dziwne zachowanie. Dosiek po Heronie spodziewał się zgoła innego postępowania, wszak był to wiekowy, dobrze wychowany smok. Ponownie został sam z dziewczyną. Musiał coś wymyśleć, a że z pustym brzuchem trudno się skupić, postanowił nowo poznaną istotę zabrać na krótką, kulinarną wycieczkę.
    Dosiek wstał i bez uprzedzenia rozpostarł swe ogromne, jak płachty żagli, skrzydła. Niesamowity podmuch powietrza, jaki temu towarzyszył prawie zwalił zaskoczoną Lenę z nóg, a widok krwistoczerwonej łuski smoka, która w słońcu mieniła się niczym płonące ognie, wręcz zaparł jej dech. Dosiu zaprezentował się w pełnej krasie. Był piękny.
    – Jeju! Wymiatasz! – krzyknęła zachwycona.
    – Wskakuj Mała! – smok zaryczał. – Lecimy coś wszamać!

    Dziewczyna jeszcze do końca nie mogła w to uwierzyć. Leciała na grzbiecie najprawdziwszego smoka! Mimo początkowych obaw przed podróżą, tym nietypowym środkiem lokomocji, teraz bawiła się fantastycznie. Szybowali wysoko, lecz czuła się naprawdę bezpiecznie.
    W dodatku z grzbietu Dosia mogła w pełni podziwiać tę cudowną i tak odmienną od jej świata krainę. Szybko też odkryła, że jak sama nazwa wskazuje, Smoczy Jar zamieszkiwały miliony małych, dużych i ogromnych smoków.
    Dosiek wykonał dosłownie parę machnięć skrzydłami, a już lądowali na bajecznie pachnącej i niebywale zielonej łące.
    – To było super! Ale lot! – Lena aż podskoczyła z wrażenia.
    – Polecam się na przyszłość! – smok mrugnął porozumiewawczo ślepiem.
    – To gdzie to jedzonko? – dopytywała dziewczynka, bo jej też już strasznie burczało w brzuchu.
    – Już się robi! Smocza Woda, siły doda! – zaryczał smok i uderzył ogonem w stojący na środku polany gong.
    Jednak nic się nie wydarzyło. Nikt się też nie pojawił. Stali tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu zniecierpliwiony Dosiek zamruczał pod nosem.
    – To dzine. Bardzo dziwne… – i ponownie uderzył w gong.
    I w tym momencie rozległo się głośne dudnienie. Ziemia zadrżała, zaszeleściły liście a zza ogromnych krzaków dało się słyszeć:
    – I… Hoop, I… Hoop! – i tuż przed nimi wyłonił się pokraczny stwór z małymi skrzydełkami i łuską, która wyglądała niczym futro.
    – Na Wielki Ogień Dosiu! – skakał na długich czteropalczastych łapach złoto-brązowy smok.
    – Na Wielki Ogień Florek! – powitał go zdumiony Dosiek. – Przecież nie ciebie wzywałem!
    – Stała się tragedia! – ryczał zazwyczaj spokojny Florek. – Tilala zaginęła!!!
    Sprawa była poważna. Kulinarna mistrzyni, zielona smoczyca Tilala, jako jedyna z rodu smoków posiadła tajemną moc przyrządzania najpyszniejszej Smoczej Wody. Jej restauracja „Zielona Łąka” posiadała aż pięć Złotych Kłów. Jej zaginięcie to istny koszmar dla wszystkich smoków.
    Prawie każdy mieszkaniec Smoczego Jaru pełnił w nim jakąś ważną funkcję. Np. Dosiek był wartownikiem kniei, Heron smoczym mędrcem, zaś Florek był ogrodnikiem i głównym dostawcą kwiatów i owoców Kaniunii używanych przez Tilalę. I to właśnie on, jako pierwszy, zauważył jej nagłą nieobecność.
    – Na smoczy pazur! – zawołał zszokowany Dosiek. – Jak ja mogłem tego nie zauważyć?!
    Jednak Florek zignorował jego słowa.
    – Grozi nam katastrofa! — ryknął zrozpaczony, po czym ze stresu zrobił PUF, PUF, i przybrał postać wielkiego pompona.
    – Cha, cha, cha! – Lena, która do tej pory przyglądała się całej tej sytuacji w kompletnej ciszy, nie wytrzymała i wybuchła głośnym śmiechem.
    Mimo powagi sytuacji Florek wyglądał komicznie. Smoczy ogrodnik wytrzeszczył ślepia, w końcu dostrzegł stojącą w gąszczu małą istotę. Dosiu chciał, nie chciał, musiał mu streścić, kogo zapragnął poczęstować Smoczą Wodą.

Skomentuj ten wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *