Bajki dla dzieci | Znajdź nowego autora | Dodaj fragment swojej bajki


 


 

Jesteś autorem? Twoja bajka nie miała szczęścia w konkursie literackim?

Jesteś wydawcą? Od dawna poszukujesz świetnego tekstu książki dla najmłodszych?

A może jesteś rodzicem i interesują Cię bajki dla dzieci (do czytania)?

 


 

Jesteś autorem bajki?

 
1) Wstaw maleńki fragment swojej bajki w komentarzu do tego wpisu.

Kto wie, może Twój tekst zainteresuje kogoś innego? Może wydawcę albo autora ilustracji? Może kogoś, kto tworzy słuchowiska albo nagrywa audiobooki?
 
2) Jeśli chcesz, to oprócz fragmentu tekstu, dodaj namiary do siebie (link do Twojej strony internetowej, profilu na Facebooku).
 
3) Nie podawaj w treści komentarza swojego maila, bo to niezbyt rozsądne w dzisiejszych czasach.
 
4) Zaglądaj na tę stronę co jakiś czas i sprawdzaj, czy ktoś nie odpowiedział na Twój komentarz.

 


 

Jesteś wydawcą? Szukasz bajki, która mogłaby dzięki Tobie trafić do czytelników?

 
1) Śledź uważnie wszystkie komentarze.
 
2) Zaglądaj tu jak najczęściej!

 


 

Jesteś rodzicem? Chcesz przeczytać coś swojemu dziecku? Szukasz pomysłu na bajkę na dobranoc?

 
1) Zajrzyj do komentarzy, które znajdują się poniżej.
 
2) Jeśli któryś fragment bajki podoba Ci się, napisz w komentarzu parę ciepłych słów. Autor tego tekstu na pewno się ucieszy!

 


 

Fragment tekstu swojej bajki wstaw poniżej

Pole do wpisywania komentarzy znajduje się na dole strony.

 
 

71 Comments

  1. „Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama” (fragment)

    To był zwyczajny dzień. Na niebie świeciło zwyczajne słońce, z ziemi wyrastały zwyczajne kwiaty, a Niki zwyczajnie zmęczony wracał ze szkoły do domu. Mieszkał tak blisko niej, że mógłby wstawać za pięć ósma, a i tak zdążyłby wytrzeć gąbką tablice we wszystkich klasach i to przed pierwszym dzwonkiem.

    Chłopiec wyjął klucz z kieszeni pobrudzonych spodni. Otworzył drzwi do mieszkania. Wszedł do przedpokoju. Rzucił swój poplamiony tornister na półkę regału powleczonego cieniutką warstwą kurzu. I krzyknął to, co zawsze:

    – Mamo! Wróciłem!

    Gdzieś z głębi mieszkania usłyszał to samo, co zawsze:

    – Umyj ręce i siadaj do stołu! Zaraz do ciebie przyjdę, tylko skończę pisać ten okropny raport.

    Niki poszedł do łazienki i odkręcił wodę. A potem włączył grę w laptopie.

    – Co było w szkole? Masz zadanie domowe? Zjadłeś śniadanie? – mama zapytała o to samo co wczoraj i to samo, o co zapyta jutro.

    – Nie, wyrzuciłem, bo nie lubię szynki! Kupiłem czipsy w sklepiku!

    – Ile razy ci mówiłam, żebyś nie jadł tych śmieci?

    – To nie są śmieci! – zawołał głośno, po czym dodał szeptem: A mówiłaś mi o tym 235 albo 236 razy. W tym roku.

    – W dodatku marnujesz pieniądze!

    – Nie marnuję.

    – Przecież wiesz, że musimy oszczędzać!

    – To dlaczego nie zarabiasz więcej? Mama Patryka daje mu tyle kieszonkowego dziennie, co ty mi na cały miesiąc.

    – Mało to robię, żeby nas utrzymać? Haruję po nocach… – z żalem odparła mama.

    Z pokoju rozległ się odgłos kaszlu. Po chwili jego dźwięk zastąpiło szuranie butów po podłodze. Mama Nikiego dotarła wreszcie do łazienki i stanęła jak wryta:

    – Niki! Chodź tu! Znowu nalałeś pełną wannę! A miałeś tylko umyć ręce!

    Chłopiec co prawda szybko przybiegł do mamy, ale widać było, że myślami przechodzi właśnie piąty poziom tej nowej gry, którą dostał od wujka na urodziny.

    – Yyy… tak. No, zapomniałem…

    – Mikołaj, powiedz mi, skąd mam wziąć pieniądze na rachunki? Wiesz, ile to wszystko kosztuje?

    Nagle w kieszeni Nikiego zadzwonił telefon. Chłopiec błyskawicznie go wyciągnął i odebrał:

    – A… nic. Znowu to samo. Szkoda gadać. Twoja też tak zrzędzi? Dobra, zadzwonię później.

    Popatrzył na mamę i dokończył przerwaną rozmowę:

    – Nie wiem, mamo. Nie mam pojęcia, ile to wszysto kosztuje.

    – Dobra już, dobra. Siadaj i jedz.

    Niki spojrzał na talerz stojący na stole tak, jak patrzy najedzony pies, któremu ktoś do miski nałożył kilogram zamarzniętej na kość wczorajszej kaszy:

    – Znowu pomidorowa?

    – Co chcesz od pomidorowej? Zdrowa jest, smaczna, ma w sobie dużo pomidorów.

    – Nic.

    – Ciesz się, że w ogóle masz co jeść. Inne dzieci…

    – Cieszę się bardzo. Ale jadł tego nie będę.

    Taki właśnie był Niki, czyli Mikołaj. Przez pierwsze osiem lat żył jak w bajce. Miał wszystko, co chłopiec w jego wieku może mieć. Dostawał każdą zabawkę. Nawet zanim zdążył o niej pomarzyć.

    Rok temu jego tata zniknął. Nie, nie umarł. Są w życiu rzeczy gorsze od śmierci. Po prostu wziął, spakował swoją walizkę, powiedział mamie, że już jej nie kocha, pogłaskał Nikiego po głowie, wyszedł z domu i już do niego nie wrócił.

    To właśnie wtedy chłopiec zaczął zmieniać się na gorsze.

    ——

    Spodobał Ci się ten tekst? Napisz do mnie: https://maciejwojtas.pl/kontakt/

    1. Bardzo dobry tekst… Ciekawie się zapowiada…:) Również, podobnie jak Bea, jako jego adresatów widzę trochę starsze dzieci…:)
      Macieju, a nie myślałeś czasem, żeby napisać książkę skierowaną do nastolatków? Poczytałam trochę Twoich tekstów i widzę, że lubisz poruszać rozmaite problemy, nieraz ze spora dawka ironii. Młodzież b. lubi taki styl.:)

      1. Nie wiem, czy nie jestem trochę za stary na takie tematy 🙂 Boję się, że dla młodzieży brzmiałbym jak jakiś tetryk albo zgred :))
        Ale w sumie… może masz rację, może to dobry trop?
        Dziękuję! 🙂

        1. Bajka jest ciekawa, wzruszająca, pouczająca, dająca do myślenia już od samego początku. Myślę, że 7 -latkowi spokojnie można już ją czytać. Sama z miłą chęcią przeczytałabym ją do końca oraz przekazała dalej. Myślę, że fragment na fb również zainteresowały większe grono osób. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

    2. Myślę, że tekst jest przygnębiający. To reportaż. Tworzę w myślach takie czarne scenariusze ale nigdy ich nie realizuję. Chyba dlatego, że boję się aby nie zrealizowały się w moim własnym życiu. Nie powinno się wierzyć w takie samospełniające się proroctwa lecz człowiek miewa na przykład depresję. Warto jednak pisać o tym dla dzieci i młodzieży, ponieważ wiemy, że młode umysły są chłonne i mogą zwrócić uwagę na problemy, które niestety obecnie ich też dotykają. Więc piszmy.

  2. Bardzo życiowe.. Myślę że tekst kierowany raczej do młodzieży/ale to moja skromna opinia /..
    Naprawdę godny aby się nad nim pochylić

  3. Marcysia nie mogła zasnąć, całą noc przewracała się z boku na bok zastanawiając się jak wygląda życie po drugiej stronie gór.
    -muszę się tam dostać, przecież jak zostanę już tą myszą bezprzewodową to wszyscy tutaj będą ze mnie dumni..
    Jak postanowiła tak zrobiła.
    Spakowała kilka swoich rzeczy, zawinęła w tobołek i nad ranem kiedy wszyscy jeszcze spali wymknęła się z norki.
    Ruszyła przed siebie w stronę wschodzącego słońca
    -Napewno to dobra droga, bo nasze szlachetne słońce bez wątpienia budzi się w mieście.
    Idąc wzdłuż potoku, podziwiała piękną przyrodę i nasłuchiwała cudownego porannego śpiewu ptaków.
    Nagle przed jej pyszczek sfrunął Wróbel Kacper, przyjaciel z jednego pola.
    -Fiu.. Fiu.. A gdzie to się wybierasz Marcysiu o tak wczesnej porze?
    -Idę do miasta, ponieważ postanowiłam zostać miastową myszą komputerową…-powiedziala z dumą – a nie szarą, zwykłą i nudną..
    -hahaha.. No to wysoko mierzysz kochana.. Ja postanowiłem zostać gołębiem pocztowym bo jest mądry i nie boi się strachów polnych… ale jak widzisz wciąż jestem Wróblem…. Wróblem!! – powtórzył rozpościerając skrzydełka.
    -Może.. No i co z tego? Tobie się nie udało zostać gołębiem ale ja zostanę tą bezprzewodową… może nawet królową wszystkich myszy komputerowych w mieście.
    -Chciałbym to zobaczyć, jak Ty zostaniesz tą królową jakąś tam, to ja zostanę  listonoszem.. I nie podarowałbym sobie gdybym to przegapił… Idę z Tobą!!!-postanowił Kacper – i nawet nie chcę słyszeć jakiegoś marudzenia.. Poza tym do miasta daleko a Ty sama w taką drogę nie powinnaś się wybierać.
    -Dobrze, możesz iść ze mną,jeszcze się zdziwisz – skinęła Marcysia – tylko nie gadaj za dużo, bo to mnie rozprasza.
    -Fiu.. Fiu.. Ja widzę, że panienka już miss komputera została.. Kapryśna iii…
    Marcysia przerwała Wróblowi mroźnym spojrzeniem.
    -dobra.. Fiu.. Fiu.. Już się nie odzywam..
    Słońce było już na tyle wysoko, że na kamieniach potoku, rzucały się dwa cienie wędrowców.
    -Pobawimy się w „cieniowanie”? – zapytała Marcysia składając ręce w taki sposób, że w cieniu wyglądały jak koń
    -Pewnie.. Patrz, patrz fiu.. fiu.. Ja zrobiłem ptaka – uśmiechnął się Kacper
    -No.. Gołębia pocztowego – wybuchnęła śmiechem myszka..
    -No wiesz? Ja się z tego Twojego lichego konia nie śmiałem.. Nie bawię się z Tobą – powiedział obrażony Wróbel i obrócił się do Marcysi plecami.
    -No dobra, już dobra.. Przepraszam, czasami coś chlapnę.. A ten ptak to był nawet ładny i tak bardziej orła przypominał..
    -Serio? fiu.. fiu-spojrzał na Marcysię delikatnie odwracając głowę
    -Serio… Chodź już Kacper, bo noc nas zastanie..
    Nagle na kamieniach pojawił się trzeci cień trochę większy przypominający smoka
    -No nieźle Kacperku, możesz już przestać się popisywać, przecież mówiłam Ci, że orzeł był genialny – powiedziała Myszka
    -Ale.. Ale fiu..  to nie ja .. .. my.. my.. myślałem, że.. że to Ty – odrzekł zacinając się Wrobel robiąc wielkie oczy
    Odwrócili się niespiesznie.. Za nimi szła jaszczurka w zarzuconym na głowę szaliku o smoczej posturze, ale o łagodnych oczach

      1. Dziękuję… 🙂 mam nadzieję, że tak jak przystało na „ojca i matkę” daliśmy początek fajnej przygodzie dla wielu teksciarzy, bajarzy, marzycieli
        Pozdrawiam serdecznie

    1. Bardzo ciekawy pomysł i taki ciepły klimat. Podoba mi się użycie języka potocznego w dialogach- podobno dzieci to uwielbiają:)
      Pozdrawiam:)

  4. „W zakamarkach wyobraźni” – fragment

    W zakamarkach wyobraźni

    Są postaci z wielu baśni.

    Są tam elfy i królewny,

    Jest krasnolud, wilk i Szewczyk.

    Często można tam też spotkać

    Niebieskiego, w paski kotka,

    gdy ucieka żwawo, prędko,

    bo go myszka goni z wędką.

    Jest tam malusieńka wioska,

    Zwie się Tuniewścibiajnoska.

    Tuniewścibiajnoskowianie

    Pomieszkują na polanie,

    Gdzie wyrasta góra wielka

    A na górze szczyt w eklerkach!

    Mówią, że pewnego ranka

    Tuniewścibiajnoskowianka

    Wspięła się nań z wielkim koszem,

    Przytargała te rozkosze

    I dzieliła wszystkim równo

    – nic nie zmyślam, toż tak mówią!

    Szkoła również jest w tej wiosce,

    Chociaż postępowa troszkę.

    Nie ma tam stolików, krzeseł,

    Piór, zeszytów ani teczek.

    Tuniewścibiajnoskowianie

    Się nie uczą tam kochanie,

    Tylko bawią, tańczą, psocą,

    Łobuzują z całą mocą,

    Jedzą lody i desery,

    Pizzę, frytki, hamburgery.

    Czasem lekcje im się zdarzą,

    Ale uczyć się nie każą,

    Tylko siedzą, rozmawiają,

    Historyjki wymyślają.

    Całkiem ładna jest ta wioska,

    Mała Tuniewścibiajnoska.

    Tu plac zabaw z huśtawkami,

    Wiszącymi nad chmurami,

    Z karuzelą kwadratową,

    piaskownicą truskawkową.

    A tam sklepik jest nieduży

    Każdy sam się w nim obsłuży.

    Pyszne rzeczy w nim kupimy

    – Tort lub klej o smaku zimy.

    Sok z chusteczek, zimną kawę,

    Pantalony, ogień, trawę.

    Wszystko w środku i na sprzedaż

    – Co chcesz kupić? Powiedz, teraz!

    W samym środku naszej wioski

    Małej Tuniewścibiajnoski

    Stoi domek z herbatników,

    Drzwi i okna z batoników,

    Komin z chleba okrągłego

    A dach z ciasta francuskiego.

    Mieszka w środku pewna pani,

    Tuniewścibiajnoskowianin

    Oraz syn ich zwany Józiem

    Co ma piegowatą buzię.

    Józio ma czuprynę sporą,

    Spodnie w kratę, bluzkę moro,

    Buty całkiem rozwiązane

    I kolana podrapane.

    Czasem w piłkę sobie pogra,

    Spotka kaczkę, żuka, bobra,

    Powymyśla bajki, wiersze,

    Pododaje liczby pierwsze.

    Lecz w zasadzie ten nasz Józio

    Nieraz nudzi się za dużo.

    Chodzi smutny i niemrawy

    Patrzy na świat nieciekawy.

    – Na co – myśli – mi te chmury?

    Na co eklerkowe góry?

    Na co kwiaty śpiewające

    I ulice falujące?

    Po co nam te białe cienie?

    Ja dziś takie mam marzenie!

    Chcę wyruszyć gdzieś daleko,

    Usiąść nad płynącą rzeką,

    spojrzeć w niebo hen wysoko

    i pomachać tam obłokom!

    Chcę się dostać do krainy,

    Do malutkiej tej mieściny

    Gdzie są domki murowane,

    Bez okiennic z marcepanem.

    Gdzie są lody waniliowe!

    I kompoty truskawkowe!

    Może psy tam nie gadają?

    Tylko warczą lub szczekają?

    Może trawa jest zielona,

    Chmurka biała, a sól słona?

    Może tam latają ptaki?

    A na ziemi są robaki?

    Może za dnia słońce świeci?

    Może… tam są również dzieci?

    Chcę odnaleźć tę krainę!

    – Józio robi kwaśną minę –

    Bo mi tutaj… Powiem! Trudno!

    Jest zwyczajnie no i… nudno.

    Józio się pakuje prędko

    – Znajdę tę mieścinę piękną!

    Tam się nudzić już nie będę,

    Mamo, tato chodźcie! Prędzej!

    Posłuchajcie mnie rodzice,

    Idę zwiedzać okolicę.

    Będę tęsknił tam za wami…

    Myślcie o mnie, pa kochani!

    Zabrał plecak, chleb i mapę,

    Trochę skarbów, grubą czapę,

    Kilka ciastek, sok z kamyków

    I pięć dużych naleśników.

    I wyruszył Józio w drogę

    Gotów na piękną przygodę.

    Szedł tak czasu całkiem sporo

    Minął łąkę, las, jezioro,

    trochę milczał, trochę nucił

    za to wcale się nie nudził.

    Patrzył na trójkątne słońce,

    obserwował ćmy, zające,

    jadł poziomki, zrywał kwiaty,

    wąchał nawet mech pstrokaty.

    Tak wesoły był nasz Józio,

    zachwycony tą podróżą,

    że zmęczenia nie czuł wcale,

    szło mu się wręcz doskonale.

    Aż któregoś dnia dość rano,

    Józio wtem jak wryty stanął,

    bo daleko, za drzewami

    spostrzegł domy z kominami!

    Podbiegł bliżej, patrzy – brama,

    Wnet za bramą panorama,

    A nad bramą napis błyszczy:

    “Pieguskowo wita wszystkich!”.

    1. Jakie to ładne i pomysłowe,
      I bardzo dobrze się czyta:)
      Pozdrawiam i życzę wiele innych podobnych pomysłów 🙂

  5. Czarodziejskie piórko Amelii

    Gdy Amelia wracała ze szkoły, nagle przyszło jej do głowy, że piórko, które wczorajszego wieczoru znalazła pod sklepem spożywczym, ni mniej nie więcej, tylko jest… czarodziejskie.

    To śnieżnobiałe piórko z wąskim, srebrzysto-zielonym paskiem, dziewczynka schowała do kieszeni swojej ulubionej bluzy, a potem, najzwyczajniej w świecie- zapomniała o nim. Dopiero teraz, kiedy myśl o jego niezwykłych właściwościach pojawiła się w jej głowie, przypomniała sobie nagle o jego istnieniu.

    Myśl ta była czymś tak niecodziennym, że dziewczynka nie mogła oprzeć się pokusie, by komuś o tym powiedzieć. Jak niemal każdego dnia, tak też i dzisiaj wracała ze szkoły z Oliwią, koleżanką z klasy, która mieszkała tuż obok. Oliwia jednak, chociaż obiecała, że ” na budu- dudu” nikomu o niczym nie powie, szybko zapomniała o swojej obietnicy i wszystkim podzieliła się ze swoimi braćmi.

    Już następnego dnia większość młodszych dzieciaków z okolicy szukała piórka Amelii. Może było w parku? A może na boisku? A może leżało zapomniane gdzieś na brzegu rzeki? Jedno było pewne: w kieszeni, do której Amelia wczoraj je włożyła, wcale go nie było. Musiało niepostrzeżenie wysunąć się stamtąd i odlecieć na wietrze nie wiadomo dokąd…

    Siostra dziewczynki, która jeszcze nie chodziła do szkoły, powtarzała w kółko:

    – Piórko było bezcenne, wszyscy o tym wiedzą…! Jak mogłaś być tak nieostrożna…? Do tej pory miałybyśmy nowe tablety i rower, konsolę do gier i hulajnogi z podświetlanymi kołami…!

    Wydawało się, że dzieci przetrząsnęły wszystkie zakamarki w okolicy. Przekrzykiwały się nawzajem, gdy udało im się znaleźć jakieś piórko łudząco podobne do piórka Amelii. Dziewczynka zauważyła, że nawet mieszkające na pobliskiej jodle ptaki, stały się dużo głośniejsze. Nie byłaby wcale zdziwiona, gdyby okazało się, że kłócą się o to, do którego z nich należało czarodziejskie piórko i który dzięki temu jest bardziej wyjątkowy…

    Dziewczynka, podobnie jak inni, gorączkowo szukała swej zguby. Wybaczyła Oliwii jej zbyt długi język, zwłaszcza, że ta przepraszała ją chyba dziesięć razy i obiecywała, że jeśli znajdzie piórko, zwróci je bez wahania.

    Niemal każda rozmowa w klasie dotyczyła piórka, po lekcjach zaś hordy dzieci biegały po całej dzielnicy, zaglądając nawet pod niektóre kamienie. W pewnym momencie Amelia stwierdziła, że nie ma już ochoty grywać w klasy i jeździć na rowerze. Żal, że straciła tak wiele, niekiedy stawał się trudny do zniesienia, a po pewnym czasie zaczął przybierać tak duże rozmiary, że dziewczynka postanowiła na dobre zapomnieć o piórku. Po szkole zamykała się w swoim małym pokoiku i tylko od czasu do czasu wyglądała przez okno.

    1. Kurczę, że też nie wiedziałam o tej stronie…:) Zajrzałam, poczytałam i… będę wracać. Bardzo dużo rozwiązań wielu dziecięcych problemów podanych w formie bajek- super:) Pozdrawiam:)

  6. Jaka cudowna inicjatywa Macieju, dziękuję :*
    Dołączam fragment mojej opowieści dla dzieci pod tytułem: „Dzieci są dorosłym do dobrego życia koniecznie potrzebne.”

    Ciocia zawsze coś pisze. Przywozi komputer, chowa się w kuchni za blatem i mówi, że pobawi się z nami, na przykład za godzinę.
    Jak jest się dzieckiem godzina to bardzo dłuuugo. Na pewno w tyle da się napisać całą książkę.
    Może, którymś razem tak właśnie będzie, bo na razie pisze tylko dla jakichś innych ludzi, a dla nas to wcale.

    Dorośli bawią się w pracę, ale się nią nie cieszą. To bardzo dziwne.
    Kiedy mnie coś nie cieszy, to przestaję to robić i zaczynam robić coś innego.
    Dorośli mówią, że oni tak nie mogą, bo z pracy mają pieniądze.
    Nie wiem czy to prawda, bo widziałam, jak tata bierze pieniądze z bankomatu.

    Moja książka to próba spojrzenia na świat dorosłych oczami dzieci.
    Oceny tego świata dokonuje moje wewnętrzne dziecko, które ma już trochę doświadczenia osoby dorosłej (chyba).
    Historie oparte na faktach staram się wzmacniać humorem, do którego sięgam po ratunek w trudnych sytuacjach.

    Połączenie dziecięcej prostolijności, pragmatyzmu dorosłych, humoru i historii, które wydarzają się w życiu każdego z nas, sprawią przyjemność z czytania i dzieciom, i dorosłym 🙂

    Po więcej proszę zgłaszać się np. przez facebooka, jak sugerował Maciej.

    Kontakt: https://www.facebook.com/domi.migryt/

  7. Dzień dobry! Fantastyczny pomysł z tymi bajkami 🙂

    „Bajka o myszce Gabrysi” (fragment)

    Na ogromnej, zielonej łące, którą widać było aż po horyzont, mieszkała rodzina polnych myszy. Rytm dnia był ustalany każdego ranka, kiedy myszy spotykały się w kuchni na pysznym, ziarenkowym śniadaniu. Tata mysz zawsze mówił swoim wszystkim dzieciom, że najważniejsza w życiu jest dobra zabawa, ale żeby pamiętały o tym, by zachowywać w niej umiar i żeby zawsze pamiętały o swoim bezpieczeństwie. Tata wiedział, co mówi, wiedział doskonale, bo wiele lat temu, gdy sam był jeszcze dzieckiem, spotkał na swojej drodze ogromnego drapieżnika, który omal go nie złapał. Tak, to był kot. Tata wolał nawet nie myśleć o tym, co mogłoby się wówczas stać, gdyby potwór chwycił go swoimi pazurami. Przeczuwał tylko, że najpewniej dziś nie byłoby jego ukochanych myszek na świecie.

    Tego typu rozważania odłóżmy jednak na bok…

    Kiedy rodzina myszy skończyła omawiać plan dnia, wszyscy rozbiegli się do swoich zajęć. Część rodzeństwa poszła poczytać książkę, część miała do posprzątania swoje pokoje, część poszła na plac zabaw, a pozostali wykonywali jeszcze inne czynności. Najmłodsza z rodzeństwa- myszka Gabrysia postanowiła pójść na spacer. Pomyślała: „Jest dziś taka piękna pogoda, słońce świeci na bezchmurnym niebie. Pójdę i poszukam smakołyków na deser. Mam nadzieję, że znajdę ich dużo i będę mogła podzielić się z całą moją rodziną.”

    Nie czekając długo, Marysia założyła plecak i niepostrzeżenie wymknęła się ze swojej norki. Gdy była już przed domem, zobaczyła przed sobą ogromną przestrzeń. Dokoła była łąka, a dalej rozpościerał się jeszcze większy las. W oddali spostrzegła wydobywający się z komina dym. Marysia wiedziała, że to właśnie gdzieś tam jest dom, w którym znajdują się smakołyki. Bardzo pragnęła je mieć, żeby sprawić radość sobie i swoim najbliższym. Ta ogromna przestrzeń lekko ją przeraziła, jednak Marysia przełknęła ślinę i ruszyła w drogę. W ten sposób pokonała swoją pierwszą granicę.

    W tym momencie bajki, dorośli wyjaśnią Wam, drodzy czytelnicy, o jakiej granicy jest tutaj mowa…

    Nie wspomniałem dotąd o tym, ale Marysia była dość nieśmiałą myszą zwłaszcza w kontaktach z innymi. Była również nieufna i w relacjach z nieznajomymi zachowywała duży dystans. Po drodze, Marysia nie zatrzymywała się więc nigdzie. Wiedziała, że przed zmrokiem koniecznie powinna wrócić do domu. Nie miała innej możliwości, bowiem nie wychodziła, jak dotąd sama z domu i po ciemku nie wiedziałaby, którędy wrócić. Zdawała sobie natomiast sprawę z tego, że nie wszystkie okoliczne drogi prowadzą do jej domu. Marysia kroczyła naprzód, pełna optymizmu i wiary w to, że z tej podróży wróci z tarczą. Z czasem zaczęła uśmiechać się do napotykanych zwierząt, pozdrawiając je wszystkie serdecznie. Zwierzęta odwzajemniały jej uśmiech i pozdrowienia. W ten sposób Marysia pokonała kolejną granicę.

    Myślę, że w tym przypadku dorośli także wyjaśnią Wam, o jakiej granicy wspominam. Wypytujcie ich zawsze dokładnie, niech postarają się udzielać wyczerpujących odpowiedzi i niech wiedzą, jak bardzo ciekawi świata jesteście…

    A na niebie wciąż świeciło słońce…

    Jeśli ktoś będzie miał ochotę to c.d.n 🙂
    Bajkotata Adam
    bajotata.blogspot.com
    na fb – Bajkotata Adam

  8. hahahah, ups nie zauważyłem…pierwotnie miało być Marysia, ale ostatecznie stanęło na Gabrysi…no i widzę, że faktycznie nie wszędzie zmieniłem 🙂 obiecuję poprawę 😉

  9. Bajka o Myszce Gabrysi…ciąg dalszy. 🙂

    Gdy Gabrysia dotarła do domu z kominem, wiedziała, że pierwszy jej cel został osiągnięty. Wiedziała, że zdobyła coś, o czym wcześniej mogła tylko marzyć. Zrozumiała, że marzenia mogą się spełniać, koniecznie jednak trzeba im w tym pomóc. Ona pomagała z całych sił, najlepiej, jak potrafiła. Sił tych nabierała wciąż nowych, wiedząc, że wiara i nadzieja oraz dążenie do obranego wcześniej celu przynoszą pożądany efekt. Przekroczyła próg domu, delikatnie uchylając drzwi wejściowe. Wiedziała, że trzeba być cichutko, żeby nie obudzić mieszkańców. Szła na palcach, wzdłuż ściany, w stronę spiżarni, bo z opowiadań taty, wiedziała, że działając zbyt gwałtownie i robiąc zbyt wiele hałasu, można ściągnąć na siebie duże problemy. Poruszała się prawie bezszelestnie.

    Po pewnym czasie doszła do drzwi spiżarni. Nie miała tyle siły w rękach, żeby móc je otworzyć, ale przypomniała sobie, jak kiedyś tata pokazał jej pewien niezawodny sposób, jak radzić sobie z trudnościami. Gabrysia wiedziała więc, że nie wszystko w życiu osiąga się łatwo, jednak nie trzeba poddawać się już na samym wstępie. Warto jest podejmować próby osiągnięcia wyznaczonego celu, bowiem jego zdobycie okupione pracą i wysiłkiem różnego rodzaju, smakuje wyśmienicie.

    Dorośli, chyba nie muszę Wam już mówić, jakie teraz czeka Was zadanie…

    Po wejściu do spiżarni Gabrysia dostrzegła, że za oknem słońce było bardzo, ale to bardzo wysoko. Nie potrafiła jeszcze określać czasu, ale domyślała się, że jeśli jest ono tak wysoko, to już wkrótce zacznie się obniżać, a wtedy będzie odpowiednia pora, żeby wracać do domu. Gabrysia otworzyła swój plecak i włożyła do niego kilka ziarenek zboża, które leżały na ziemi obok worka pełnego tychże. Wiedziała, że nie może wziąć ich zbyt wiele, bo nie będzie w stanie unieść w swoim plecaku. Ilość ziarenek w plecaku była teraz w sam raz. Można było ruszać w drogę powrotną. Gabrysia czym prędzej wybiegła z domu z kominem i kiedy już zbliżała się do furtki, kiedy na swoim ogonie poczuła zapach przestrzeni i smak dzisiejszego podwieczorku, który czekał na nią w plecaku, nagle zobaczyła jego. Był ogromny, miał nastroszoną sierść oraz długie i ostre pazury. Uśmiechnęła się do niego i pozdrowiła go. Niestety, nie odwzajemnił tych serdeczności. Gabrysia wiedziała już, że to był kot. Nigdy wcześniej nie widziała kota na własne oczy, ale wiedziała już, że nie wszystkie istoty są jej przychylne i nie wszystkie są do niej przyjaźnie nastawione.

    Tu moja prośba do dorosłych. Wróćcie proszę do fragmentu, w którym Gabrysia napotkała w lesie różne zwierzęta i wytłumaczcie dzieciom różnicę. Jestem pewien, że dacie radę…

    Gabrysia nie wiedziała teraz, co robić. Uciekać nie mogła, bo plecak jej to uniemożliwiał, schować się nie było gdzie, a rozmowa z kotem na niewiele w tej sytuacji by się zdała. Gabrysia uznała, że stanie do walki, że nie przestraszy się i podejmie próbę obrony zdobytego w pocie czoła podwieczorku. Naprężyła się, wyprostowała, a słońce w tym momencie zaświeciło ze zdwojoną siłą. Cień, który Gabrysia rzuciła, był przeogromny. Był tak duży, że kot tylko podwinął ogon, spuścił głowę i miaucząc uciekł co sił tam, gdzie pieprz rośnie. Gabrysia wiedziała już, że jeśli znajdzie się w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze, to znajdzie w sobie moc, żeby nawet góry przenosić i nic nie będzie jej straszne. W ten sposób Gabrysia pokonała jeszcze jedną granicę.

    Dorośli, wiecie, co macie robić…

    Gabrysia ruszyła z powrotem do domu. Droga przebiegła bez komplikacji, tylko za oknem zrobiło się już ciemno. Mając na uwadze wszystkie przeżycia z dzisiejszego dnia i zdobyte nowe doświadczenia, Gabrysia odważnie kroczyła naprzód. Wiedziała, że jeśli czegoś bardzo pragnie, jest w stanie to osiągnąć, a w dodatku cały świat, łącznie ze słońcem, będzie jej w tym sprzyjać. W domu wszyscy Gabrysi pogratulowali i powiedzieli, że jest bardzo odważna i że wierzyli, że sobie poradzi. Po zjedzeniu pysznego podwieczorku, a może bardziej kolacji Gabrysia położyła się do swojego wygodnego łóżka i usnęła. Zasnęła po raz pierwszy w życiu przy zgaszonej lampce nocnej, stojącej obok jej łóżka. Pokonała w ten sposób jeszcze jedną, ostatnią już granicę tego wyjątkowego dnia.

    Dorośli, wy wiecie…

    Serdecznie pozdrawiam i wszystkiego dobrego…pewnie za jakichś czas znowu się odezwę 🙂

    Bajkotata Adam
    bajotata.blogspot.com
    na fb – Bajkotata Adam

  10. Bardzo ciekawa historia, wciągająca. Do tego posługujesz się piękną polszczyzną, dzięki czemu czytanie było prawdziwą przyjemnością.:)

  11. Na ogromnym plastrze tłustego bekonu leciała Czarownica. Od śniadania upłynęło już kilka godzin dlatego brzuch burczał jej głośniej niż stado niedźwiedzi. Zbliżyła się bliżej słońca aby bekonowy dywan szybciej się usmażył po czym uradowana schrupała przekąskę. Nie minęło kilka sekund i Baba Jaga wyczarowała kolejny plasterek ulubionej potrawy. Najedzona pogłaskała się po brzuchu i ucięła sobie małą drzemkę. Była tak okrągła, że o mało nie spadła z bekonowego łóżka obracając się jak okrągła piłka. Wreszcie przebudziła się własnym chrapaniem.
    -Czas na psoty- zachichotała- Abrakadabra, abrakadabra, niech się stanę niewidzialna.
    Po chwili jedyne co pozostało po Babie Jadze to bekonowy dywan, który z resztą po kilku minutach znikną w niewidzialnym brzuchu. Czarownica udała się do pobliskiego miasteczka. Tam mozolnie wdrapała się na dach przedszkola z zaparciem próbując przedostać się do środka przez murowany komin.
    -Ej wróbel, pomożesz?!-wrzasnęła na widok przelatującego ptaka.
    -Znowu!?- zaświerkał- przestań tyle jeść łakomczuchu, bo kiedyś utkwisz na zawsze w tych kominach!
    Wróbel wziął głęboki oddech, napuszył piórka tak, że o mało nie wyleciały i małymi nóżkami zaczął przepychać czarownicę przez komin.
    -Jeszcze trochę, już prawie!
    -Nie dam rady- świerkną resztkami sił biedny wróbel po czym zauważył przelatującą gęś.
    – Ej ty, choć no tutaj, pomóż mi przepchać Babę Jagę przez komin.
    -Znowu!? Tym razem mam lepszy sposób- oznajmiła po czym uszczypała ją ostrym dziobem w pupę.
    -Aaauuu- wrzasnęła czarownica i już po kilku sekundach znalazła się na przedszkolnym korytarzu. Cichutko przedostała się do klasy gdzie dzieci pisały sprawdzian i jak gdyby nigdy nic zaczęła puszczać bąki. Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem rozglądając się wokół siebie. Po chwili zrobił się taki rozgardiasz, że pani nauczycielka musiała przerwać lekcje. Zdenerwowana udała się do dyrekcji tylko po to by zastać zawstydzonego dyrektora przy otwartym oknie. Czarownica zanosiła się od śmiechu. Nie musiała uciekać już kominem, bo wszystkie okna w szkole były pootwierane. Ciągle rechocząc opuściła miasteczko i udała się w kierunku zachodzącego słońca na bekonowym dywanie. Księżyc dopiero co się obudził z całodniowego snu. Ziewnął kilka razy, porozciągał chudziutkie rączki i wyszczerzył bezzębną buzię na widok zbliżającego się gościa.
    -Jakiś ty chudziutki Księżycu.
    -Ten czas miesiąca moja kochaniutka, miło cię widzieć.
    -Nigdy nie zgadniesz gdzie dzisiaj byłam!
    -W tysiąc sto dwudziestym przedszkolu. Biedne dzieci!
    -Nie bądź taki poważny, świat byłby o wiele nudniejszy bez żartów. A może chciałbyś zobaczyć ziemię co?
    -Jak to? Ja?
    -No ty, ty. Zresztą dziś są twoje urodziny, mam coś dla ciebie- odparła i wyciągnęła z kieszeni różowy rower.
    -To dla ciebie kochany księżycu, wszystkiego najlepszego z okazji tysięcznych urodzin. Pomyślałam, że prezent jest praktyczny, bo będziesz teraz mógł ze mną wybierać się na przejażdżki. Jesteś taki stary a nigdy jeszcze nie byłeś na Ziemi. Musimy się koniecznie wybrać. Nie ma na co czekać. Jedźmy dzisiaj.
    -W sumie czemu nie, tylko jak się na tym jeździ?
    -To bardzo proste- powiedziała Baba Jaga demonstrując wszystko krok po kroku.
    Księżyc ostrożnie usiadł na siedzeniu. Chudziutkie nóżki położył na pedałach i małymi rączkami oparł się o kierownicę.
    -Ale frajda!
    -A nie mówiłam, a teraz udaj się za mną, na pewno ci się spodoba.
    – No ale tak od razu?
    – A po co mamy marnować czas. Wsiadaj na rower i jazda.
    Zanim się obejrzeli wylądowali już przy ulubionym jeziorze czarownicy.

  12. „Szkolenia Mrówkolenia” (fragment)

    …… Ty jesteś mrowką, ród Twój z pracy słynie, w sklepie i w fabryce, w polu, w lesie w młynie, gdy na
    horyzoncie jeszcze ziewa słońce, wszędzie można zobaczyć mrówki pracujące.
    -A Ty co? Fuj… Chańbę rodzinie przynosisz… Oczekuje, że się zmienisz i wszystkich przeprosisz, weź
    się za naukę, szanuj pracę cudzą, doceń jak Twoi bliscy dla Ciebie się trudzą…mów „proszę” ,
    „dziękuję” , to nie boli wcale i pomagaj mamie a będzie wspaniale .. Lecz jeśli nie zmienisz swego
    zachowania,będę musiała użyć złego czarowania… W kamień Cię zamienię i choć byś mnie wzywał to
    już zawsze jako kamień będziesz odpoczywał.. To kara dla lenia,nauka zarazem albo będziesz dobrym
    mrówkiem albo zwykłym głazem.
    Mrówek zrobił się blady, później granatowy choć na codzień przecież zawsze był brązowy, kiwnął
    tylko głową, poruszył ustami a oczy leniucha zalały się łzami.A teraz trzy dni spędzisz w lesie w
    ramach małego szkolenia, chcę zobaczyć czy jeszcze pokanasz w sobie lenia!!
    Zaświstał wiatr, i Biadolek ze strachu oniemiały znalazł się pośród drzew które złowrogo szumiały
    Na próżno wolał wróżkę i choć nie chciał w to wierzyć, został sam w ciemnym lesie i musiał się z tym
    zmierzyć.
    -Głodny jestem – wyszeptał – i zimno mnie dotyka…nie mam wody, kanapek nie ma nawet kocyka.. Co
    ja pocznę? Co zrobię tak daleko od domu? Nie mam nawet w tym lesie pożalić się komu..
    Nagle usłyszał trzask, zarośla się poruszyły, spod gęstych krzewów jagody, dwie nogi się wyłoniły.
    Dreszcz przebiegł po mrówczym grzbiecie,strach mu powiększył oczy – Ach żegnaj piękny świecie,
    zaraz śmierć mnie zaskoczy..
    -Zaraz pożre mnie jakiś mrowkożerca szalony, ja nie chcę być pożarty – pomyślał przerażony.
    W jagodzinach jednak ciągle coś szeleściło i z dwóch nóg wystających aż osiem się zrobilo.. – Cala
    armia na mnie idzie!! – syknął pełen trwogi, a z gąszczu się wyłaniały wciąż kolejne nogi..
    Mruknęło coś w ciemności, i mrówek dojrzał wroga, właścicielem nóg wszystkich był Bazyl stonoga.
    -Cześć Młody – zachrypiał – Coś tak wystraszony? Szukam swego buta.. gdzieś tu jest
    zgubiony..pantofel przepiękny, przecudnej urody, z trawy cytrynowej.. najnowszy trend mody, gdzieś
    tu mi się zsunął z pięćdziesiątej nogi i muszę go znaleźć.. Pomóż chłopcze drogi..
    -A w ogóle co tu robisz sam w tym ciemnym lesie? Zbłądziłeś czy w przygodę gdzieś Cię licho niesie?
    Ja mam na imię Bazyl, aktor operetek i gwiazda reklamy „sto leśnych skarpetek”
    – A ja jestem Biadolek, mam pobyć w tym lesie dni parę, wróżka mnie tu wysłała mówiąc, że to za
    karę
    Spojrzał na mrówka Bazyl – :to nie źle narozrabiałeś skoro odrazu od wróżki taką karę dostałeś.. Masz
    tu kanapkę z poziomką i trochę porannej rosy i pomóż mi znaleźć buta bo widzisz, że chodzę bosy.
    Śmiesznie to trochę zabrzmiało bo butów miał dużo stonoga, bosa była jedynie ta pięćdziesiąta noga.
    Szukali w trawach i krzakach, biegał Biadolek aż miło, spojrzał na liść akacji a tam pod liściem coś
    lśniło..
    Uchylił rąbek listowia :-,Buuuut…. Huuurraa…znalazłem -wykrzyczal jak szalony, był dumny ze
    właśnie przez niego został odnaleziony

  13. Nazywam się Stefan.
    Tak mnie nazwała moja pani.
    Nie pamiętam kiedy się urodziłem, ale podobno jestem młody. Wyglądam przeciętnie, choć jest jeden szczegół, który mnie wyróżnia. Mam 3 łapki a nie cztery. Tak, nie mam jednej łapki. Nie pytajcie dlaczego, bo nikt tego nie wie. Koloru jestem czarnego. Podobno czarne koty to nieszczęście, ale moja pani mówi, że ona w to nie wierzy i kocha mnie najmocniej na świecie. Pani chyba lubi czarne koty, bo w mojej bandzie jest jeszcze Misia. Ona też jest czarna. Misia jest starsza ode mnie i ma 4 łapki. Jest jeszcze Mały. To też kot, najstarszy i najgroźniejszy, ale ja się go nie boję i myślę, że on tak tylko udaje. Śmieszna sprawa z tym imieniem, bo Mały jest wielki jak …. jak… sam nie wiem, ale jest duuuuży. No i jest jeszcze Sziba. Ona nie jest kotem, ona jest psem, dużym psem. Bardzo ją lubię i ona mnie też bardzo lubi. A i zapominałam o Koko. To papużka Nimfa. Wygląda śmiesznie, bo ma żółte policzki z pomarańczowymi kółkami. Zawsze myślę, że się wstydzi. Pięknie śpiewa, a ja lubię bardzo siedzieć i się jej przyglądać.
    Siedzimy teraz w domu wszyscy razem z naszymi ludźmi, bo na dworze jest jakiś niedobry wirus. Na dwór wychodzi tylko Sziba, bo ona nie robi siku w domu tak jak my koty. Koty mieszkające w domu robią siusiu do kuwet z piaskiem. Podobno jak skończy się ten wirus będziemy mogli wychodzić na dwór na smyczy, a na razie Pani dobrze i długo myje łapki po spacerze Szibie i sobie. Wiecie, ludzie teraz jak wychodzą z domu to zakładają maseczki, w których śmiesznie wyglądają i rękawiczki. Mówią, że tak trzeba. Czekamy, kiedy wyjdziemy na dwór, ale na razie bawimy się w domu. To jest nawet miłe, bo wszyscy z naszymi ludźmi jesteśmy razem cały dzień. Czasami mnie to wkurza i nie lubię tego. Jak śpię a Pani mnie budzi, bo ma ochot na zabawę, albo ja mam ochotę na zabawę kiedy ona śpi to nie jest miłe. Nie jest łatwo, ale Pani cały czas nam powtarza, że już niedługo, że damy radę. Na szczęście mam swoje kryjówki i jak nie chcę się z nikim widzieć chowam się tam. Pani też czasami znika w pokoju za drzwiami, ale wiem, że jak odpocznie to znowu otworzy drzwi i mnie wpuści. Oprócz tego wirusa, którego nie lubię wszystko jest dobrze.

  14. Bajka edukacyjna pt. „Smog na horyzoncie” (fragment)

    Wieczór był ulubioną porą dnia Frania. Po pracowitym dniu, spędzonym na zabawie, leżał w łóżku, czekając aż mama przyjdzie opowiedzieć mu bajkę. A mama opowiadała najlepsze bajki na świecie.

    -Mamo, opowiedz mi bajkę o smoku- poprosił, jak tylko pojawiła się w drzwiach sypialni.
    -O smoku…?- mama na chwilę zawiesiła głos, po czym rozpoczęła opowieść: -Był sobie raz smok, zielony i pokryty łuską. Miał siedem głów…
    -Nieee!- sprzeciwił się zdecydowanie chłopiec- Nieprawda! Smoki są czarne, czarniusieńkie! Wyłażą z kominów i rosną, rosną, a jak urosną są takie ogromne, że przysłaniają całe niebo! I wiesz co one robią?- szepnął konspiracyjnie- Duszą dzieci! Wszystko dlatego, że są bardzo silne, bo się najadły plastikowych butelek i innych śmieci. Ich największym przysmakiem są opony!
    – Franiu, co ty mówisz?- zdziwiła się mama. Aaa! Już wiem- dodała po namyśle- Pomyliłeś smoKa ze smoGiem.
    – SmoGiem? Mamo opowiedz mi…albo nie, nie opowiadaj bo ja się tego smoga zacząłem trochę bać… A właściwie, to kogo powinienem się bardziej bać- smoka czy smoga?- zapytał niepewnie.
    – Smogu- poprawiła mama i dodała- Ale skąd ty właściwie wiesz, że smog dusi dzieci?
    – Mój brat mi mówił.
    – Tadziu co ty mu naopowiadałeś?- zawołała mama w stronę dużego pokoju, gdzie nad komputerem pochylał się starszy brat Franka.
    – No jak to co? Najczystszą prawdę! Albo raczej najbrudniejszą prawdę. Mam na jutro prezentację o smogu w szkole, więc na kimś musiałem poćwiczyć. Widocznie niezbyt dobrze mu to wszystko wyjaśniłem, skoro poplątał smog ze smokiem. Ale w zasadzie- zamyślił się Tadzio- to jest świetnym pomysł! Dodam do prezentacji slajd: co ma wspólnego smok ze smogiem, czym się różnią i kogo należy się bardziej bać!
    – No właśnie, kogo, kogo, bo mi nie odpowiedziałaś?- Co jak co, ale ciekawski Franio pilnował, żeby żadne z jego pytań nie pozostało bez odpowiedzi. I najwyraźniej zapomniał już o swoim strachu.
    – Hmmm…- zamyśliła się mama- Odpowiedź jest niestety prosta. To smutne, ale kiedyś dzieci bały się zielonych smoków, a dziś powinny bać się czarnego smogu. A właściwie szarego, szaroburego, brudnożółtego. Jak Ci to wyjaśnić…Smog Franiu, to taka mgła w połączeniu z dymem…
    – Dokładnie! W Wikipedii przeczytałem, że to słowo powstało z połączenia dwóch angielskich słów „smoke” czyli dym oraz „fog” czyli mgła- wtrącił pouczającym głosem Tadzio.
    – Kiedy jest mglista pogoda, nie ma wiatru a w powietrzu fruwają zanieczyszczenia, powstaje smog- wyjaśniła mama. Jest bardzo groźny dla naszego zdrowia.
    – I dusi dzieci!- Franio zacisnął zęby i pięści,
    – Cóż… można tak to ująć. Smog może powodować lub zaostrzać wiele chorób związanych między innymi z układem oddechowym, na przykład astmę, przewlekłe zapalenie oskrzeli, choroby płuc.
    – A ja bym tego smoga pociachał mieczem! Ciach! Ciach!-maluch wystrzelił jak torpeda do stojącej w rogu pokoju skrzyni z zabawkami, wyjął z niej plastikowy miecz, hełm i tarczę i po chwili stanął w pełnym rynsztunku gotowy do walki ze strasznym potworem smogiem.
    – Jesteś dzidziuś!- Tadzio zaczął się śmiać.
    – A gdyby tak go przestać karmić, tego smoga, to on by zginął z głodu?- zapytał niezrażony Franio.
    – Faktycznie, gdyby ludzie przestali “karmić smoga”, czyli gdyby nie palili w piecach śmieciami i węglem kiepskiej jakości, to smog by zniknął, a przynajmniej byłby znacznie słabszy. Bo w Polsce główną przyczyną smogu jest tak zwana niska emisja…
    – Tak, czytam właśnie o tym- przerwał Mamie Tadzio- Ale nie rozumiem o co chodzi…“Niska emisja to emisja produktów spalania paliw stałych, ciekłych i gazowych do atmosfery ze źródeł emisji (emiterów) znajdujących się na wysokości nie większej niż 40 m”. Co to są te emitory?
    – Emitorem może być piec w domu, albo samochód, które emitują, czyli wydzielają szkodliwe substancje w powietrze .
    -Aha! Jedną z tych substancji jest, zdaje się dwutlenek siarki. Czyli, co wspólnego mają smok i smog?- Tadzio zawiesił głos.
    – No co takiego?- mama udawała, że nie rozumie, nie chcąc odbierać starszemu synowi radości z wymyślonego porównania.
    – Oboje mają w brzuchu siarkę!! Przecież Dratewka nafaszerował owcę, którą zaserwował Smokowi siarką!

  15. KARIOKA – zamieszczony poniżej tekst jest fragmentem napisanej wierszem bajki pt ,,Leśne opowieści”

    TĘCZA

    Piękny ranek , słonko świeci,
    na polanie leśne dzieci
    bawią się dziś w chowanego.
    Widzę, widzę Cię kolego
    – tak zawołał mały Dzik
    do Susła co w krzakach znikł.

    Słonko im pozazdrościło
    i za chmurę też się skryło,
    wkrótce jednak znów wyjrzało,
    promykami zamrugało.

    I nagle się rozpadało,
    z małej chmury duży deszcz
    – Kap, kap, kap – woła mały Jeż
    – Ciap, ciap, ciap – Dzik woła też.

    Misie się pod sosną skryły,
    bo deszczu nie lubiły,
    za to Bobry zachwycone
    machały do nich ogonem.

    Prysznic z nieba, prysznic z nieba,
    więcej nam nic nie potrzeba
    – szary Zając podskakiwał
    i wesoło podśpiewywał .

    I tak jakoś dziwnie było,
    deszcz padał i słońce świeciło.
    Co to się na niebie stało?
    – zawołał zdumiony Zając.
    Wszyscy popatrzyli w górę,
    zobaczyli mała chmurę,
    z której ciągle padał deszcz
    lecz na niebie było też,
    coś nowego, nieznanego,
    jednym słowem coś dziwnego.

    Czy wy wiecie co to jest?
    – zapytał się mały Jeż.
    Lecz nikt mu nie odpowiedział,
    bo nikt z nich tego nie wiedział.

    Ktoś nam niebo pomalował,
    a sam się za lasem schował
    – powiedziała to Wiewiórka.
    Siedząca na bzie Przepiórka
    otrzepała swoje piórka,
    włączyła się do rozmowy
    – Chodźmy wszyscy wraz do Sowy.
    Ona nam na pewno powie,
    jak się To na niebie zowie.

    Super pomysł – krzyknął Zając,
    na nikogo nie czekając
    szybko pobiegł do dąbrowy
    gdzie się mieścił domek Sowy.
    Za nim inni się udali,
    po drodze się naradzali,
    kto zapyta o to Sowę
    i kto zacznie z nią rozmowę.

    Pani Sowo, przepraszamy,
    że Ci spokój zakłócamy.
    Ale chcemy spytać Ciebie,
    coś dziwnego jest na niebie.
    Ty na pewno znasz odpowiedź,
    więc nam tutaj proszę powiedz
    – tak się grzecznie Jeleń zwrócił.
    A Borsuk jeszcze dorzucił –
    Wuj Hilary nam powiedział,
    że gdyby ktoś czegoś nie wiedział
    to ma szukać wiadomości
    u Sowy w ,,Księgach Mądrości”.

    I ma wuj Hilary rację,
    bo ja gdy już zjem kolację
    to te mądre księgi czytam
    i wręcz wiedzę z nich połykam.
    Obowiązki zaniedbuję
    ale księgi wciąż studiuję.
    – tak odrzekła dzieciom Sowa.
    Bardzo cieszy mnie rozmowa
    z tak ciekawą leśną dziatwą,
    a wyjaśnię Wam to łatwo.
    Jeszcze tylko coś zobaczę
    i wam wszystko wytłumaczę.

    Sowa szybko coś sprawdziła,
    wkrótce już gotowa była.
    Jak przystało więc na Sowę
    rozpoczęła swą przemowę.

    Dla Was rzecz zupełnie nowa,
    to jest tęcza – rzekła Sowa –
    taka piękna kolorowa.
    I powstaje Drogie Dzieci
    gdy deszcz pada i słońce świeci,
    równocześnie tak jak dziś.

    Odezwał się mały Miś
    – i zostanie już na niebie?
    Ależ jaki głuptas z Ciebie
    – słyszałeś co mówiła Sowa
    czy powtórzyć mam od nowa
    – to Zorka obrugała Gucia.
    Ty mnie Zorka nie pouczaj
    – awantura już gotowa.

    Szybko się wtrąciła Sowa
    – spokój, spokój już dzieciaki
    Guciu Drogi, powiedz jaki
    masz dylemat. Mam pytanie
    – Czy ta tęcza już zostanie?
    – głośno Gucio to powiedział.
    Widzisz Gucio, żebyś wiedział,
    aby mogła powstać tęcza
    musi każdy promyk słońca
    przejść przez małą kroplę wody.
    Ta dodaje mu urody
    i gdy z kropli już wychodzi
    to po niebie się rozchodzi
    piękna kolorowa tęcza.
    Zawsze tak jest – Wam zaręczam.
    A gdy deszcz przestanie padać
    to ta tęcza zniknie zaraz.

    Och, to szkoda, taka ładna
    – rzekła zawiedziona Sarna.
    Jeszcze nie raz zobaczycie,
    a kolory – policzycie?
    Sowa dzieci zachęciła,
    sama z nimi też liczyła:
    czerwony, pomarańczowy,
    potem żółty i zielony,
    niebieski i granatowy
    a na końcu fioletowy.

    Tęcza barw ma zawsze siedem,
    za to kształt ma tylko jeden,
    łuk na horyzoncie tworzy
    łącząc dwa krańce przestworzy.

  16. Hej. Natrafiłem na stronkę szukając różnych informacji o pisaniu dla dzieciaków :). Przebywam na chwilę obecną niestety daleko od moich skarbów i chyba po części dla tego zacząłem pisać o nich / dla nich 🙂 . Skoro już znalazłem takie miłe miejsce pełne pozytywnych ludzi to może i sam wrzucę próbkę mojej pisaniny. Gatunek Kids Fantasy bardzo chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.

    Dla tych którzy wolą słuchać wersja czytana
    https://soundcloud.com/daniel-kasprzykowski/wrota-artura-git

    „Wrota Artura”

    Leśną ścieżką w słoneczny letni poranek, Artur wraz ze swoją młodszą siostrą Natalką, wesoło spacerowali, jak to mieli w codziennym zwyczaju. Las o poranku był, jak zwykle o tej porze rześki i dawał idealne schronienie przed wstającym słoneczkiem.

    – Uwielbiam nasze poranne przechadzki. Tu jest tak spokojnie i cichutko – rzekła Natalka wesoło podskakując i radośnie bujając rączkami.

    Artur nie odpowiedział…
    Natalka wskoczyła na leżącą na poboczu ścieżki obaloną brzozę. Próbując dorównać kroku bratu, pilnie skupiona była na utrzymaniu równowagi. Wpatrzona w stópki szybko stawiała jedną za drugą i z rozpostartymi rękoma mknęłą leciutko wzdłuż przeszkody.

    – Czemu jesteś taki zamyślony dziś Alturku? Wycedziła przez zęby dziewczynka.

    Słuchając siostry jednym uchem, drugim nasłuchiwał spokojnie szumiącego dookoła lasu.

    – No Altuuul… – dziewczynka zeskoczyła na ścieżkę, stając przed idącym Arturem
    – Nie wkuzaj mnie! – kontynuowała, próbując wyciągnąć coś więcej z tego tajemniczego zachowania.

    Dreptali tak chwilę w ciszy, aż wzdrygnął się oderwany od swych rozmyślań i w końcu odpowiedział.
    Coś mi tu nie pasuje… coś się zmieniło. – powiedział zatroskany starając się ustalić co go tak niepokoi.
    Dlaczego? Przecież uwielbiasz spacery po lesie. Ciszę, spokój, śpiew ptaków.
    W tej chwili postawa Artura zdradziła momentalne wyostrzenie zmysłów.
    Słyszysz w ogóle ptaki? – rzekł niepewnie Artur, rozglądając się badawczo dookoła.
    Nacia dotychczas skupiona na dobrej zabawie podczas spaceru, zdziwiona skupiła się na wysłuchiwaniu odgłosów lasu. Doszukując się dźwięków ptaków, które zawsze towarzyszyły im podczas spacerów spotkała się jedynie z szumem liści, które wprawiał w ruch delikatny wiatr. Drobiąc nóżkami i obracając się powoli dookoła nadstawiała uszu w kierunku drzew, gdzie jej zdaniem powinny urzędować leśni mieszkańcy.

    – Nikt nie śpiewa – stwierdziła ze zdziwieniem.
    – Masz rację Artur – potwierdziła jeszcze raz

    Ptaszki powinny już dawno wstać i wesoło podśpiewywać swoje poranne melodie.
    Oboje wędrowców stało w miejscu skupiając się teraz wyłącznie na nasłuchiwaniu otoczenia. Oboje zastanawiali się co mogło sprawić, że nie słychać ich leśnych towarzyszy spacerów.
    W trakcie badania tego dziwnego zjawiska, w szum lasu wkradły się nowe dźwięki. Nieopodal poza ścieżką, za gęstym skupiskiem drzew,usłyszeli coś…
    tak jakby…
    chrumkanie???

    – Cóż to, tam za drzewami, słyszysz to? – Powiedział wręcz podekscytowany Artur pokazując jednocześnie palcem kierunek z którego dobiegł odgłos.
    – Niewiem Altulku… ale się boję… – potwierdziła Natalka, która nie podzielała raczej entuzjazmu Artura, a w jej głosie można było słyszeć lekkie zaniepokojenie. – Może wracajmy do miasteczka, nie wiem czy to dobry pomysł iść dalej.

    Nacia jeszcze nie wiedziała, że Arturowi ani przez myśl nie przeszło wracać. Ciekawość nigdy nie pozwalała mu przejść obojętnie obok takich wydarzeń… co zazwyczaj kończyło się niemałymi tarapatami, o czym mądra siostrzyczka bardzo dobrze wiedziała.
    Idę to sprawdzić – stwierdził Artur.
    Uśmiechnął się i zacierając ręce, dał znać o swej eksyctacji, po czym dodał.

    – Zaczekaj tu i stój cichutko.
    Natala przytupnęła nóżką. Pomysł Artura, że zostawi ją samą, wręcz ją zirytował.

    – Nigdzie nie zostanę, idę z Tobą! – Zaprotestowała stanowczo ani myśląc zostać teraz samej.
    – To chodź. Tylko pamiętaj skradamy się i musimy być cicho jak myszki.
    – Myszka się boi Altulku… – szepnęła Natalka łapiąc braciszka za rączkę.

    Po tej krótkiej naradzie, dzielni śmiałkowie skierowali się poza wydeptaną leśną ścieżkę w kierunku zagadkowych odgłosów, które ich zwabiły. Powoli, stawiając krok po kroku cały czas rozglądali się dookoła nasłuchując kolejnych niewyjaśnionych dźwięków. Przycupnęli w zaroślach. Teraz już dobrze słyszeli, że ktoś lub coś szwęda się nieopodal nich. Szum rozgarnianych liści zaczął się przeplatać z odgłosami – teraz już byli tego pewni – chrumkających świnek.
    Artur z Nacią spojrzeli na siebie słysząc chrumkanie i parsknęli śmiechem.

    – Świnki w lesie? powiedziała ze zdziwieniem dziewczynka
    Chyba, że to dziki i tylko udają świnki – rzekł Artur, głównie chcąc przestraszyć Nacię i nie czekając wstał i zaczął żwawo iść w kierunku, jak mu się wydawało niegroźnych zwierzątek. Stanęli nieruchomo obok siebie widząc już sprawców niepokojącej sytuacji. W odległości ok 10 metrów zobaczyli 3 świnkopodobne dziwne istoty. Małe, człekokształtne, bladoróżowe stworki mogły sięgać Arturowi co najwyżej do pępka, czyli były wzrostu Natalki. Krzątając się niezgrabnie na dwóch spasionych nóżkach, sunęły swoimi raciczkami do przodu. Odziane były w bordowe skórzane ubłocone kurtki, a chodziły bez gaci, normalnie z gołymi tyłkami. Każda z postaci niosła na plecach dość pokaźną jak na ich rozmiary drewnianą klatkę przyczepioną szelkami. Zmierzali w kierunku dębowej platformy na kołach na której najwyraźniej składowali pakunki, gdyż na samym wozie można było z łatwością naliczyć ich co najmniej z tuzin. Niestety z tej odległości nie mogli zobaczyć co mogło się w nich znajdować.

    – Arturku co to za dziwne stworki – to jakieś… nie wiem… świnio-krasnale?
    – To ŚWINIOKI. Leśne psotniki. Czytałem o nich ostatnio w zamkowej bibliotece. Ale dziwne, że są tak blisko naszego miasteczka. Podobno nie zapuszczają się w okolice gdzie mogą spotkać człowieka

    Zdumieni oraz podekscytowani spotkaniem zupełnie przestali przejmować się ukrywaniem. Nie trudno było teraz świniokom zauważyć bacznie się im przyglądającym dwóm parom ciekawskich oczu.
    Pierwszy potworek idący na czele drużyny odwrócił swój ryjek w kierunku małych poszukiwaczy. Zmarszczył nos, który wyglądał jakby ktoś go wepchnął do środka tej różowej mordki i zaczął pochrumkiwać nerwowo do pozostałych.
    chrum! chrum, chruuum, chrum
    Zachrumczał ostrzegawczo!

    – chrum,,chrum, chruuuum!
    Przytakneli świniokowi towarzysze
    W jednej chwili wszystkie sino-różowe stworki popatrzyły w kierunku dzieciaków, a szum lasu zamienił się w odgłos stada rozochoconego chlewiku. Świnioki zaczęły niezdarnie zdjemować swoje plecako-klatki i ruszyły żwawo w kierunku dzieci.

    – O nie! Zauważyły nas Arturku. Uciekajmy! Szybko! – zareagowała bystro Natalka
    – Uciekać przed takimi pierdami? Zaraz ich przegonimy. – rzekł Artur przygotowany już na spotkanie ze świniokami.

    Stadko świnioków ruszyło w chaotycznym pędzie w stronę dzieci. Szybko przebierając tłustymi raciczkami, zaczęli wzbijać w powietrze liście, kawałki ziemi oraz łamane pękające pod nimi wyschnięte gałęzie. W ferworze bitewnego ruszenia jeden z szarżujących oprawców nagle wygrzmocił się prosto na ryjek nie zauważając kamienia skrytego w mchu, który zatrzymał jego szaleńczy pościg. Cała sytuacja wyglądała na tyle komicznie, że Artur z Natalą z pozycji bojowej przeszli w pozycję śmiechową, zaczynając chichotać rozluźniając spięte przed walką pośladki. Niestety nie zatrzymało to pozostałych i nadal świnkopodobne istoty pędziły do ataku. W momencie gdy Artur miał już stanąć do walki ryjek w ryjek z pierwszym świniokiem, ten zupełnie nieoczekiwanie został uderzony szyszką w głowę. Zdezorientowany sytuacją agresor nie zdążył długo się zastanowić nad tym co go spotkało jak za chwilę kolejne szyszki zaczęły celnie lądować na pokrytej delikatną szczecinką łysej głowie. Trzeci świniok widząc swoich towarzyszy w tarapatach, zaprzestał pogoni i bez większego namysłu zaczął uciekać w przeciwnym kierunku, a po chwili za nim cała niezdarna drużyna.

    – Hehe, dobry cel Nacia! – powiedział Artur przekonany o wyjątkowych zdolnościach rzucania szyszkami siostry.
    – Ale, to nie ja rzucałam.

    Ciemny korytarz oświetlony jedynie blaskiem kilku świec wypełnił się echem stukających kopytek. W niezgrabnym biegu, przebierając pofałdowałdkowanymi nóżkami podążał nim jeden z przedstawicieli świnioków. Falujący od pędu niewyraźnie oświetlony fioletowy płaszcz postaci wprawiał w taniec spokojnie palące się płomienie. Dobiegając do drzwi kończących korytarz nachylił swój wklęsły ryjek i przygotował się do ich staranowania. Nie zatrzymując się uderzając w nie czołem wpadł z hukiem do wyłożonej kamiennymi cegłami komanty.

    – Co robi, chrum chrum, gamoń!

    Odezwała się tajemnicza postać siedząca przy wielkim stole całym zastawionym jedzeniem.

    – Chrum chrum, chrum, chrumm! – Wychrumkał świniok próbując złapać oddech, kręcąc i wijąc się jak robaczek na ziemi, starając się wstać po upadku.
    – Jak to, chrum, odkryci!

    Postać siedząca przy stole wstała żwawo, wypełniając salę nieprzyjemnym zgrzytem odsuwanego drewnianego krzesła. Podszedł do leżącego wieprzka ukazując swoje oblicze. Był to wysoki jak na swoją rasę i przesadnie tłuściutki przedstawiciel świnioków. Ubrany zaś elegancko w czerwony, materiałowy płaszcz ze złotymi wykończeniami. W jednej ręce trzymał nadgryzione jabłko, którego część jeszcze przeżuwał, kręcąc krzywą żuchwą. Dziamgająca twarz, a właściwie to świniakowy ryjek, miał ubrudzony pozostałościami jedzenia, które zapewne niejedno już zdążyły zobaczyć, bawiąc już pewien czas na obliczu właściciela.

    – Mów! Co się stało! – gruby świniok zaczął dopytywać nerwowo trącając prawą raciczką leżącego posłańca.

    Rozpoczęły się wyjaśnienia w przepraszającym tonie. Chrumkanie było tak szybkie i niejasne, że ciężko było zrozumieć co dokładnie się wydarzyło. Stojący świniok zmarszczył brwi nerwowo, dziąbiąc kolejną porcję jabłka. Resztki kęsa, upadły na ziemię nie mieszcząc się jeszcze po poprzednio nie połkniętym gryzie.

    – Spokój głupi świniok! – Kolejne kuksańce dosięgnęły biedaczka, który powoli zaczął się uspokajać i mówić z większym sensem
    Mina wielkiego świnioka jednoznacznie pokazywała, że nie takich informacji się spodziewał. Odchrząknął głośno jednocześnie wysuwając dolną wargę jeszcze ociekającą sokiem z jabłka.
    – Przynieśli klatki? – Zapytał stanowczo i tak szybko, aż kolejne kawałki owocu wypadły mu z krzywych ust.
    Mały świniok popatrzył na zdenerwowaną postać wybierając milczenie jako odpowiedź w nadziei, że da mu to chociaż dodatkową sekundę spokoju przed najgorszym.
    – Gdzie są klatki! – Zdenerwowany świniok, domyślając się totalnej porażki zadania, kopnął swojego gościa, tak mocno że ten niczym piłka poturlał się z powrotem do korytarza przez drzwi, które przed chwilą przekroczył.
    – Gdzie są moje klatki! – Wrzasnął jeszcze raz rzucając niedojedzonym jabłkiem o ścianę rozkwaszając je zaraz obok wielkiego obrazu ze swoją podobizną. Stanął przed nim patrząc na swoje wielkie spasione lico z tymże na obrazie twarz była czysta, czego nie dało się zaobserwować w rzeczywistości. Zadarł ryjek patrząc w górę, gdyż obraz sięgał samego sufitu. Na szczycie malowidła widniała dumnie uniesiona głowa, w która wpatrywał się przez chwilę.

    W jednej chwili ruszył korytarzem w poszukiwaniu kopniętego świnioka. Złapał go za ogonek i podniósł wysoko przystawiając do swojej twarzy.

    – Zebrać wszystkie klatki!
    – Przyprowadzić, chrum, ludzkie dzieci!
    – Natychmiast! Nie mogą wrócić do domu.

    Nie czekając na odpowiedź znerwicowany tyran zamachnął się kilka razy trzymając małego świnioka i wypuścił go niczym z procy w dalszą część korytarza, z której przybiegł.

  17. Pewnego dnia burzowe chmury przykryły niebo nad osiedlem, a gęsto padający deszcz uniemożliwił pszczołom latanie. Trzaskom i błyskom nie było końca, a zatroskane pszczoły obserwowały niebo. Gdy po pewnym czasie burza przeszła i ustał deszcz, nad pszczele osiedle wyszło słońce – na horyzoncie pojawiła się ogromna tęcza, najpiękniejsza jaką pszczółki do tej pory widziały. Wszystkie pszczoły, duże i małe, wyleciały, by podziwiać to niecodzienne zjawisko. Ponieważ był to dzień wolny od pracy Mania i Mati postanowili skorzystać ze sprzyjającej pogody i wybrali się na romantyczny spacer. Zwiedzali okolice, śmiali się i rozmawiali o swoich planach na przyszłość. Zmęczeni wędrówką usiedli na pobliskim słoneczniku, z którego nadal mogli podziwiać okolicę. Zajadali pyszne smakołyki i popijali słodki miód, nadal śmiejąc się i rozmawiając.

    W pewnym momencie usłyszeli cichy dziecięcy płacz i zaczęli nasłuchiwać skąd dochodzi. Gdy zaczęli nasłuchiwać źródła płaczu, pod jednym z liści słonecznika odnaleźli małą pszczółkę, która trzęsła się z zimna. Po krótkiej rozmowie wyjaśniło się, że ma na imię Mimi i że uciekła z Domu Małego Owada, gdyż chciała odnaleźć swoich rodziców. Mati otulił malutką swoim swetrem, a Mania wzięła na ręce i przytuliła ją do siebie, żeby się choć trochę uspokoiła. Malutka Mimi ze zmęczenia zasnęła w jej ramionach. Oboje byli zauroczeni maleńką buzią, która od czasu do czasu, uśmiechała się przez sen i bardzo chcieli zabrać ją do swojego domu. Pomyśleli jednak, że nie mają wyjścia – muszą odprowadzić pszczółkę do Domu Małego Owada, bo pewnie wszyscy bardzo martwili się o nią.

  18. „ Hania poznaje świat” Fragment

    O tak dużo chcę się nauczyć! Tak bardzo wszystko chcę poznać, zobaczyć, dotknąć! Jakie to wszystko jest wspaniałe. Wiele rzeczy jest dla mnie nowych i nieznanych. Część już znam, ale cały czas się uczę i poznaję. Mama mówi, że mogę poznawać i uczyć się cały czas! Bardzo mi się to podoba! Mam na imię Hania i uwielbiam moje otoczenie, w którym żyję! Chętnie Ci opowiem, jak ja widzę świat. Jednak jestem bardzo ciekawa, jak Ty go postrzegasz. Możesz rysować, pisać albo jeszcze co innego! Po prostu, możesz tworzyć!

    Planeta Ziemia
    Pory roku

    Zima
    Był bezszelestny poranek. W czapce, kurtce, szaliku i zimowych butach przemierzałam drogę, tuż obok mojego domku. Wraz z rodzicami podążam, powolnym krokiem w kierunku zimowego lasu. Słońce mocno świeci, a zimne powietrze mrozi mój nosek. Wybieramy się na popołudniowy spacerek. Będąc w pobliskim lesie, widzę że jest zupełnie inaczej. Na drzewkach nie ma liści, owady nie latają, a ziemia jest bardzo zamarznięta. Po chwili z nieba zaczynają lecieć, delikatnie płatki śniegu. Coraz mocniej i więcej. Patrzę się do góry i czuję się tak bardzo szczęśliwa. Zaczynam się powoli kręcić w kółko, ale nie za długo, ponieważ zaczyna mi wirować w głowie. Jak wspaniale, jakbym przeniosła się do magicznego lasu, w którym uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

  19. Dawno temu
    za górami i rzekami
    mieszkał troll Gaga
    ze swoimi Rodzicami.

    Troll był niegrzeczny,
    nie słuchał mamusi.
    Uciekał do lasu
    i robił dużo hałasu!

    Każdy zadawał pytanie:
    Dlaczego troll jest smutny?
    Nigdy nie jest uśmiechnięty
    Zawsze chodzi nadęty!

    On mówił, iż mama
    bardzo się zmieniła.
    Inaczej wygląda…
    a jego odtrąca!…..

  20. WAKACJE BIEDRONKA DWUKROPKA (- krótki początkowy fragmencik bajki)
    1,) Poznajemy Dwukropka.
    Ta ciekawa opowieść o miłym Dwukropku
    była mi przyjemnością w pisarskim dorobku.
    Czy zaczynał się bowiem, czy kończył już dzionek,
    to witał nas uśmiechem ten chłopiec – Biedronek.
    Patrząc na rosnący w mym ogródku krzaczek
    zawsze widzę ten jego czerwony kubraczek.
    I wesoło błyskają mi w ciekawskim oku
    dwie czarne kropeczki w każdym z jego boków.
    Jak mi mama mówiła, to nie lada gratka
    – bo dwie kropki oznacza, że miał już dwa latka.
    A gdy tylko on rankiem otwierał swe oczki,
    to już wcinał śniadanko i pił świeże soczki.
    Dbał o Biedronka Tata, dbała jego Mama,
    uwielbiała go Ciocia, a była z niej dama.
    Cieszyli się go widząc na krzaczku sąsiedzi
    i prym wiódł wśród kolegów radosnej gawiedzi.
    „Hej Biedronek!” – wołały Mrówki i Motyle
    wiedząc, że dziś spędzą z nim przemiłe chwile.
    „Cześć chłopczyku!” – mówiły Stonki, Żuki, Pszczółki
    do Dwukropka szybciutko odwracając czułki.
    Każdy dzień miał Biedronek pełen nowych przygód.
    W nauce i w zabawie nie szukał on wygód.
    Miły był, pracowity, dbał zawsze o zdrowie
    i każdy, kto go poznał na pewno tak powie.
    Z Mrówką, Wijem i Żuczkiem ćwiczyli wspinaczkę
    bawiąc się, że są w górach, a nie pod swym krzaczkiem.
    Pasikonik zapraszał go w dzień do biegania,
    aż zziajany Biedronek na nogach się słaniał.
    Aby nikt się zeń nie śmiał, że on to się „miga”
    to i Świerszcz też brał udział w tych pieszych wyścigach.
    Biedronka ma skrzydełka nie dla dekoracji,
    więc Dwukropek wymyślił nowy „hit wakacji”.
    Wpadł na to, aby kto chciał, czy stary, czy młody
    mógł podziwiać też fajne „powietrzne zawody”.
    Owady ze skrzydłami mogły więc, w przebraniu
    startować w kostiumowych wyścigach w lataniu.
    Przyleciała tam Mucha przebrana za Stonkę,
    wraz z nią przybył Pan Osa udając …Biedronkę.
    Pani Ważka znad rzeki przebrana za Trzmiela,
    Bąk udawał Komara, swego przyjaciela.
    A Dwukropek przyodział kostium nietypowy
    Duże rogi przykleił wprost do swojej głowy,
    swój czerwony kubraczek, ten z dwiema kropkami
    przykrył on brunatnymi, obłymi płytkami.
    Widząc go w tym przebraniu myślał każdy owad,
    że to Chrząszcz Jelonek chce dziś wystartować.
    Ślimak – sędzia główny krzyknął: „START!” i w tej chwili
    w górę, w lot ci przebrani lotnicy ruszyli.
    Dolecieli wieczorem, gdy widzów bez liku
    powitało zwycięzców przy blasku Świetlików.
    Najszybszy był Szerszeń (w przebraniu Pająka).
    Drugie miejsce: Ważka, no a trzecie – Stonka.
    A mimo że Biedronek nie zdobył medalu,
    to i tak, po zawodach został Królem Balu.
    – Balu Maskowego. Tam na pożegnanie
    dostał pierwszą nagrodę, za swoje przebranie.
    Cieszył się więc Dwukropek wiedząc w każdej chwili,
    że na jego konkursie wszyscy się bawili.
    Miły był z niego chłopczyk, uczynny i skromny.
    Fakt, że mogłam go poznać, to zaszczyt ogromny.
    2.) Wizyta lekarza.
    Trwały już cały miesiąc Dwukropka wakacje.
    Zwiedzał więc nowe miejsca: wierzba, dąb, akacje.
    Owocówka-Jabłkówka w gości czasem wpadła
    i snuła wciąż opowieść, jak jabłko by zjadła.
    Do rodziców, na soczek wpadała Stonoga
    i żaliła się zawsze „jaka dłuuuga droga!…”
    Pszczoła-Robotnica często przychodziła
    i Biedronkom się zawsze na Trutnie żaliła.
    Biedronkowie też często wyruszali w gości,
    by wizytą swą innym dać trochę radości.
    Kiedyś z drogi wracając bardzo się zmęczyli,
    gdy z wizytą u Mrówki aż pod lasem byli.
    Lądując na krzaczku potknął się Biedronek
    no i lewe skrzydełko zostało zranione.
    Jęczał z bólu Dwukropek, szybko się położył.
    Rodziców tym zranieniem bardzo syn zatrwożył.
    „- Nie ma na co czekać, lecę do doktora!
    Bo to źle bowiem! Bardzo! Gdy Biedronka chora!”
    – To, co Tata powiedział – szybko w czyn wprowadził.
    Dwukropkowi pić ziółka tymczasem poradził.
    Pod kamieniem, przy drodze doktor Skorek mieszkał,
    co udzielić pomocy chłopcu nie omieszkał.
    „- Sprowadziłem już pomoc!” – krzyknął dumnie Tata
    „- by Dwukropek, mój synek mógł korzystać z lata”.
    „- Boję się Mamo, Tato! Czy będzie bolało?”
    – i się z oczek Biedronka kilka łez polało.
    Już o bólu skrzydełka zapomniał z wrażenia.
    Doktor szybko opatrzył chłopca obrażenia.
    Tak szybko, że Dwukropek ledwie zauważył.
    I przepisał lekarstwo, by chłopiec je zażył.
    ……………..

  21. „Ślimaczek wędrowniczek”

    Ślimaczek mały obudził się rankiem
    Ziewnął, różki wyciągnął, wyszedł na polankę
    Dzień był prześliczny, jak na lato przystało
    Mgła już opadła i słoneczko wstało
    I taka myśl mu przyszła znienacka
    To idealny dzień na przechadzkę!

    Wstąpił na dróżkę od rosy wilgotną
    Po czym rozpoczął wędrówkę samotną
    Gdy szedł tak śpiewem ptaków urzeczony
    Wpadł na niego żuczek roztargniony
    „Przepraszam najmocniej, biegnę na spotkanie
    A teczkę zostawiłem w tym bałaganie”
    I nim ślimak pomoc zaoferować zdążył
    Żuczek się odwrócił i swą drogą podążył

    Kawałek dalej biedronka w fartuszku w groszki
    Wieszała na gałązce czerwone śpioszki
    Kiedy skończyła, w kociołku zamieszała
    I obiad swemu maleństwu podała

    Nagle winniczkowi w brzuszku zaburczało
    Więc w stronę polanki wyruszył śmiało
    Gdzie w gospodzie „U przyjaciół królików”
    Zjadł pyszną sałatkę ze świeżych mleczyków
    Po sutym posiłku spać mu się zachciało
    I zdrzemnął się chwilkę pod brzózką małą

    Mały ślimaczek piękny miał sen
    Lecz gdy się zbudził, kończył się dzień
    „Czas wracać do domu”- ziewając powiedział
    Lecz którą iść drogą? Tego nie wiedział
    Zapytał żabkę, myszkę, rodzinę biedronek
    Gdzie może znajdować się jego domek
    Minkę miał smutną, bo szczerze się martwił
    Że żadne z nich pomóc mu nie potrafi

    Siadł na kamyczku, na księżyc spojrzał
    I ucieszył się wielce, bo sowę dojrzał
    A w całym lesie mówiono wszak
    Że sowa to bardzo mądry ptak
    „Sowo kochana, pokaż mi drogę
    Bo swego domku znaleźć nie mogę”
    Sowa zaśmiała się – „a to ci heca!
    Przecież swój domek nosisz na plecach!”

  22. Witam, poniżej fragment wierszowanej bajki (szesnastozgłoskowiec) „Tajemnica szczęścia”. Bajka była wysłana na konkurs „Biedronki” dwa lata temu i znalazła się wśród 100 wybranych ostatecznie tekstów. Rodzeństwo wyprawia się do tajemniczego zamku, o którym krążą legendy, że wszyscy, którzy tam poszli, już nigdy nie wrócili, ponieważ zamek jest zaczarowany przez maga. Starsza z rodzeństwa – Alicja, racjonalistka i wielbicielka nauki, chce udowodnić, że żadnych czarów nie ma i wszystko można logicznie wyjaśnić.

    Istotnie, tam, gdzie korytarz kończył się szarawą ścianą,
    zobaczyli wprost do muru drabinkę przymocowaną.
    – Popatrz! Nad ostatnim stopniem jest otwór! Stąd ta poświata!
    – Widzę, – odparł Mikołajek, – ale w tej dziurze jest krata.
    – Ano właśnie. I co teraz? Przyszliśmy tu nadaremnie?
    – Może nie. Mam pewien pomysł. Tylko ty się nie śmiej ze mnie.
    – Obiecuję, że nie będę. Ja pomysłu nie mam wcale.
    – Ten zamek od dawna stoi, krata jest solidna, ale
    może gdzieś tam przerdzewiała, albo mur się gdzieś ukruszył?
    Jakbym wyszedł tam na górę i tak mocno nią poruszył,
    to może by gdzieś puściła?
    – Bracie, ja cię nie poznaję.
    – A miałaś się nie wyśmiewać!
    – Nie wyśmiewam! Słowo daję!
    Po prostu myślisz logicznie, no i tak prawie naukowo
    podszedłeś do kwestii kraty, a to bardzo nietypowo
    jak na ciebie. Więc przyznaję – jestem bardzo zaskoczona,
    bo to bardzo dobry pomysł. Fakt, krata jest osadzona
    w bardzo, bardzo starym murze i sama też nie jest nowa,
    więc może się udać bracie! Gratulacje! Tęga głowa!
    – No to wchodzę.
    – Nie, zaczekaj, chyba lepiej ja to zrobię.
    – Pomysł mój! Więc wykonanie także pozostawiam sobie.
    Poza tym, choć jestem młodszy, mam od ciebie więcej siły.
    – Zgadza się, siły masz więcej ale też braciszku miły,
    masz silny lęk wysokości. Czy na pewno chcesz próbować
    stać wysoko na drabinie i z tą kratą się siłować?
    – Gdybyś to ty ją otwarła, i tak musiałbym się wspinać,
    zresztą, nie jest tak wysoko. No dobra, pora zaczynać.
    Mówiąc to Mikołaj ruszył, zrobił kilka kroków w górę,
    poczuł, że mu nogi miękną oraz że ma gęsią skórę,
    ale nie pozwolił na to, by strach go sparaliżował.
    – Daj radę, Miki, daj radę, bo byś się skompromitował.
    Tak pod nosem sobie mruczał, wspinając się jednocześnie,
    nagle krzyknął, uderzając głową w strop – bardzo boleśnie.
    – Co się stało? – zakrzyknęła z dołu Ala w strachu cała.
    – Nie, nic! Nie zauważyłem, że nade mną już powała.
    – Czyli masz przed sobą kratę?
    – Owszem, właśnie na nią patrzę.
    – No i co?
    – Z tej „perspektywy” wygląda jakoś inaczej.
    – Inaczej? Co masz na myśli?
    – Nie jest prosta, tylko krzywa.
    – Krzywa? Może od starości? Z metalem tak czasem bywa.
    – Ale ty mnie nie rozumiesz! Ona przypomina siatkę.
    Ma takie jak gdyby łuki i rusza się na dokładkę!
    – Bracie, wszystko z tobą dobrze? Bo coś jak w gorączce bredzisz.
    – Nie bredzę! Mówię, co widzę! Ty, jak tam na dole siedzisz,
    to nie możesz tego dostrzec, że one jakby zwisają.
    – Ale co?
    – Te oczka kraty i że się tak wyginają.
    – Miki, złaź tu zaraz na dół, bo ty chyba masz omamy.
    – To ty chyba masz to coś tam! Nie, tak się nie dogadamy.
    Dobra, łapię za tę kratę, może mocno się nie trzyma?
    Łee…, a co to? Fuj! Paskudztwo!
    – Co się dzieje?
    – Kraty… nie ma…
    – Jak to nie ma? Ja zwariuję! Rozpłynęła się? Rozwiała?
    – Nie złapałem za nią, ale…, ale w ręce mi została.
    – Miki, co ty opowiadasz? Ta krata się pokruszyła?
    – No nie! Raczej rozmazała. Dłoń mi całą oblepiła.
    – Krata mu się rozmazała! Miki zejdź już, proszę bracie.
    – Czekaj! Muszę się oczyścić z resztek po tej głupiej kracie.
    A one się tak trzymają, jakby były przyklejone.
    – Zaraz, jaki mają kolor? Są szare, czy są zielone?
    – Nie, są raczej takie szare i pozbyć się ich nie mogę.
    Co to jest?
    – Zaraz ci powiem, ale zejdź już na podłogę.
    – A czemu nie powiesz teraz?
    – Bo nie chcę widzieć, jak spadasz!
    – Nie zejdę, póki nie powiesz! Będę tu tkwił, albo gadasz!
    – Gdyby to było zielone, to mogłaby być roślina,
    ale, skoro to jest szare, to pewnie jest pajęczyna.
    – Aaa…, fuj, koszmar, obrzydlistwo! Nie mogłaś wcześniej powiedzieć?
    Czekałaś aż tego dotknę?
    – Miki, skąd ja mogłam wiedzieć,
    że to coś, cośmy tu z dołu oboje za kratę wzięli,
    to nie metalowe pręty, tylko coś w stylu kądzieli,
    czyli takie całe wiązki posplatanej pajęczyny,
    z której pająk swą sieć utkał.
    – Czyli, że to z własnej winy
    upaprałem się tym cały?
    – Miki sam tam chciałeś włazić!
    – Super! Jeszcze mi dogaduj. Powinienem się obrazić!

  23. OCEAN UŚPIONYCH NUT (fragment)
    I.
    Nic nie zapowiadało, aby tego dnia Lenę miało spotkać coś niezwykłego. Choć powitał ją pochmurny poranek, następnie chłodna pobudka, potem nudna szkoła oraz takie tam zwykłe sprawy, to wkrótce przekonać się miała, iż ten dzień zakończy się zupełnie inaczej.
    W istocie szykowało się coś naprawdę niesamowitego. Ale wróćmy do początku, a raczej do… deszczowego popołudnia.
    Dom przy ul. Dobrego humoru 12, wręcz dudnił od głośnej muzyki. Rudowłosa dziewczyna, bawiła się w najlepsze. Jej długie, lokowane włosy falowały w rytm muzyki. Gdy już sobie potańczyła i pośpiewała, uznała, że fajnie byłoby pograć z koleżankami w grę. Zatem usiadła przy dużym biurku i uruchomiła swój laptop. Choć musiała napisać naprawdę ważne wypracowanie, postanowiła to odłożyć na potem. Już logowała się do systemu, gdy niespodzianie jej nowiutki komputer zawiesił się. Potrzebowała pomocy.
    – Tatooo! – pieguska zawołała ze swego pokoju. – Możesz tu przyjść?
    Tata zajęty obieraniem ziemniaków i jednoczesnym smażeniem kotletów, krzyknął tylko z kuchni:
    – Lena, daj mi chwilę!
    – Trudno. Sama to naprawię. – dziewczynka niecierpliwie mruknęła pod nosem i zaczęła jednocześnie naciskać, chyba wszystkie klawisze na klawiaturze.
    Komputer tylko dziwnie i niepokojąco syknął.
    – O nie! Chyba coś zmajstrowałam… – Lena urwała w pół słowa, gdyż… znikła.

    W jednej sekundzie, kompletnie zaskoczona dziewczynka wznosiła się jak kosmonauta w stanie nieważkości.
    – O, mamo, gdzie ja jestem?! – wołała przerażona.
    Wokół panowała kompletna cisza, ciemność i pustka.
    – Co się stało? Ratuuunku! – Lena w panice zawołała głośniej, lecz zamiast odpowiedzi poczuła gwałtowne szarpnięcie.
    – Tato Pomocy! – teraz wrzeszczała już na całe gardło.
    Problem polegał na tym, że była całkiem sama, a im głośniej krzyczała, tym szybciej zaczynała wirować. W dodatku unosiła się w górę i w dół, jak na zwariowanej kolejce. Raptem niewidzialna moc przejęła nad nią kontrolę i… Lena gwałtownie wyhamowała. Lot w nieznane zakończył się tak szybko, jak się rozpoczął. Przestrzeń dokoła dziewczynki stała się biała niczym kartka papieru. Lena poczuła grunt pod nogami i chwilowy zawrót głowy.
    I może to on spowodował, iż jej twarz zazwyczaj pokryta rumieńcem pobladła, a może stało się to za sprawą dziwnego „Czegoś”, dzięki któremu tak niespodziewanie się zatrzymała. Zmiennokształtne „Coś” na widok niewątpliwie szoku, jaki wywołało u dziewczynki, rozpoczęło natychmiastowe przeobrażanie. W ułamku sekundy przybrało chyba setą postać, aż w końcu Lena nie wytrzymała i…
    – Cha, cha, cha! – parsknęła śmiechem.
    Stał oto przed nią wielki, błękitny glut i przewracał wyłupiastymi żółtymi oczyma.
    – Wtargnięcie! Ogłaszam wtargnięcie! – meldowało to „Coś” w maziowatą łapkę, po czym zarechotało. – Hej! Skąd się tutaj wzięłaś?!
    Dziewczyna osłupiała. Najśmieszniejsze stworzenie, jakie w życiu widziała, mówiło do niej, a co dziwniejsze, ona je rozumiała. Nastąpiła chwila grobowej ciszy, w końcu Lena wydusiła z siebie.
    – Eee… Gdzie ja jestem?… Glucie?
    – Jaki Glucie?! Wypraszam sobie! Jestem najprawdziwszą wróżką! – żachnęła się gluto – wróżka.
    – Jasne?! A ja jestem Królewna Śnieżka! – złośliwie stwierdziła Lena.
    – Oj, każdy ma taką wróżkę, na jaką sobie zasłużył. – gluto – wróżce było odrobinę przykro, że jej postać nie przypadła do gustu dziewczynce. – Twój śmiech uaktywnił mnie właśnie w takiej postaci. Jestem Erina.
    – Niech ci będzie. – pojednawczo odpowiedziała dziewczynka. – Mnie wołają Lena. – przedstawiła się, po czym ponownie zapytała:
    – Ale gdzie ja jestem?
    – To Kraina Losu. – wyjaśniła Erina. – Nasz system właśnie sprawdza, co poszło nie tak i dlaczego się tu znalazłaś.
    – Byle szybko! Rodzice będą się martwić! – rzuciła niezadowolona Lena.
    – Dobrze. Ustalmy, zatem fakty. – przeszła do konkretów gluto – wróżka. – Co robiłaś przed pojawieniem się tutaj?
    – Yyy… trochę śpiewałam… trochę tańczyłam… – wyjaśniła dziewczynka.
    – A może masz czarodziejskie przedmioty lub mega turbiny czasowe? – wypytywała dalej Erina.
    Wtedy Lenę olśniło. Przypomniała sobie ostatnią czynność, jaką wykonała tuż przed niezwykłą teleportacją.
    – To komputer… – wyszeptała.
    Gluto – wróżka nie czekała na dalsze wyjaśnienia.
    – Nasz Wydział Kontroli Jakości (w skrócie WKJ-ot) musi to natychmiast sprawdzić. – stwierdziła, po czym po prostu znikła.
    Najprawdopodobniej, (bo WKJ-ot ciągle to sprawdzał) Lena przez całkowity przypadek, znalazła się w miejscu, które było krańcem, a zarazem początkiem wszystkich światów. Także jej świata. Była to, jak dotąd, przez nikogo niezbadana, Kraina Losu, a Erina w rzeczy samej, była najprawdziwszą wróżką życzeń.
    W końcu, po dłuższej chwili, lub krótszej, bo Lena właściwie nie wiedziała ile czasu spędziła sama, wróżka pojawiła się ponownie. Ucinając wszelkie pytania dziewczynki rozpoczęła oficjalną przemowę.
    – WKJ-ot w związku z zaistniałymi niedogodnościami chciałby zaproponować tobie możliwość ukończenia kursu pt.” Jak być dobrym przyjacielem?”
    – Ale jak to? – Lena nie kryła zaskoczenia. – Skąd znacie tytuł mojego wypracowania?!
    – Ma się te znajomości! – zarechotała gluto – wróżka i kontynuowała – To, co? Wchodzisz w to?
    Cóż, w takich okolicznościach, nie pozostawało nic innego, jak przystać na tę niezwykłą propozycję, dlatego Lena spojrzała w stronę gluto – wróżki i odważnie oświadczyła:
    – Zgoda. Wchodzę w to.
    – Wspaniale, nie pożałujesz! – zarechotała Erina. – Gwarantuję ekstra zabawę! Rodzicami też się nie martw, nawet nie zauważą twojej nieobecności. Nasz tajny zespół Anty-Stres poleciał zamrozić ich w czasie – dodała.
    – To znaczy… jak wrócę do domu? – zauważyła zaniepokojona Lena.
    – Pracujemy nad tym. – przekonywała Erina. – Sądzimy, że gdy ukończysz szkolenie, nastąpi teleportacja, ale… – dodała po chwili – pewności jeszcze nie mamy.
    Po tych wyjaśnieniach glut-wróżka wypuściła z ciałka galaretowatą substancję, która w tajemniczy sposób oplotła rękę Leny.
    – To talizman? Na szczęście? – nabijała się dziewczynka z wątpliwej urody bransolety.
    – To lokalizator. – obruszyła się Erina. – Dzięki niemu będziemy wiedzieli gdzie jesteś. Nauczymy cię troszkę tego i owego… – dodała przy tym tajemniczo.
    Gluto – wróżka nie byłaby wróżką, gdyby nie dała dziewczynce jeszcze czegoś. Lena, choć nie była tego świadoma, wraz z bransoletą otrzymała możliwość spełnienia jednego życzenia. Jak wiadomo, standardowa procedura zalecała przyznanie trzech życzeń, lecz Erinę nie zachwyciło powitalne zachowanie Leny. Niemniej jednak, rudowłosa mogła wypowiedzieć życzenie w każdym momencie, i to nie koniecznie na głos. A, że Erina była bardzo wyrozumiałą wróżką, to dodatkowo, tak jakby w pakiecie, obdarowała dziewczynkę, niepowtarzalną szansą zwiedzenia nieskończonej ilości obcych krain.

    II.
    Wystarczyło, że Lena zrobiła tylko jeden mały krok, a uzyskała dostęp do tajnego przejścia między światami. Biel, która dotąd ją otaczała, przeistoczyła się w nasyconą niebywałymi barwami puszczę.
    Zaskoczona kolejną, nagłą teleportacją, zaczęła powoli przedzierać się przez gąszcz ogromnych krzaków.
    – Erina, ładna mi wróżka. – dziewczynka mruczała ze złością pod nosem. – Właściwie nie wiem co mam dalej robić.
    Jednak z każdym kolejnym krokiem jej wątpliwości odchodziły w niepamięć, coraz bardziej pochłaniał ją ten świat. Odkrywała bajecznie kolorowe i dziwaczne rośliny. Malutkie i osobliwe robaczki. Nie znała ich nazw, widziała je pierwszy raz w życiu. Napotkane rośliny miały wielobarwno-jaskrawe kolory. Z niektórych wyrastały włochate, grube i poskręcane liście, a jeszcze inne miały zachwycające kształty. Do tego bajecznie pachniały. Jednak ta przedziwna puszcza, niosła za sobą nie tylko kolory i zapachy. Im dalej szła Lena, tym puszcza stawała się ciemniejsza, a odgłosy z zewsząd dobiegające jakby bardziej nieprzyjazne i ponure. Pomimo wszystko dziewczynka dzielnie maszerowała dalej. Czekała przecież na nią – jak to ujęła Erina – ekstra zabawa.
    Więc Lena szła, szła i szła, lecz wokół nie było żywego ducha. To znaczy, nie pojawił się żaden gadający glut zapewniający ekstra zabawę, właściwie, zaczynało się robić nudno. Do tego zapadał zmierzch.
    – No nie! Ładna mi przygoda! – dziewczynka westchnęła zrezygnowana, gdy w końcu przedarła się przez gęstą puszczę i wyszła wprost na wejście do ogromnej pieczary.
    Lena, do tej pory mocno zaaferowana całą tą niezwykłą teleportacją, naraz poczuła niesamowite zmęczenie. Zrezygnowana usiadła tuż obok wejścia do jaskini. Oszołomiona wydarzeniami, zmęczona długą wędrówką, skuliła się i prawie natychmiast zasnęła.

    Nastał nowy dzień. Dziewczynka jeszcze smacznie pochrapywała, gdy z głębi ciemnej pieczary wydobył się groźny pomruk.
    – Wrry… Wrry…
    Mimo to, Lena dalej spała jak suseł, obróciła się jedynie na drugi bok.
    – Wrry… Wrry… – złowieszczy odgłos narastał.
    Kiedy dziewczynka poczuła delikatne szturchnięcie, tylko westchnęła przez sen:
    – Jeszcze chwilkę i wstaję… obiecuję…
    Jednakże natrętny pomruk stał się już tak nieznośny, iż w końcu, acz niechętnie, otworzyła oczy. Z niedowierzania zamrugała nimi kilkukrotnie. Wpatrywały się w nią niesamowite, zielone ślepia. Niewiarygodne. Tuż przed nią stał potężny, naprawdę przerażający… smok. Lena dosłownie w sekundę oprzytomniała, skoczyła na równe nogi i wystraszona zaczęła gnać przed siebie.
    – Aaa! Ratunku! – krzyczała przy tym przeraźliwie.
    A smok? Oczywiście natychmiast ruszył w pościg za nią. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział.
    – Mała zaczekaj! Nie uciekaj! – wołał zafascynowany, ale Lena słyszała jedynie groźne i straszne ryczenie.
    – Wrry… Grry!
    Rudowłosa dziewczyna biegła szybko jak torpeda. Przeskakiwała przeszkody jak lekkoatletka, sprawnie omijała skały, które pojawiały się na jej drodze, lecz bestia była szybsza. Z łatwością na wielkich łapach podążała za uciekinierem.
    – Ratunku! Pomocy! – pieguska wydzierała się, słysząc tuż za sobą dyszenie zwierza.
    Wkrótce gonitwa doprowadziła ją do miejsca, z którego nie było już odwrotu. Skalna ściana, wysoka i stroma nagle wyrosła przed nią i skutecznie uniemożliwiła jej dalszą drogę ucieczki. Znalazła się w pułapce!
    Straszliwie sapiąca i wypuszczająca z paszczy siarczany oddech bestia była tuż, tuż. Wreszcie wielkie i ostre zębiska smoka znalazły się na wysokości wzroku Leny. Przerażona dziewczynka skuliła się, zamknęła oczy i wyszeptała:
    – Zje mnie…
    Jakby na potwierdzenie swych słów usłyszała złowieszczy ryk.
    – Wrry… Wrry…!
    – Tak bardzo chciałabym go rozumieć… – rozpaczliwie zapragnęła i wtem… rozległ się przedziwny trzask, coś błysnęło, po czym hukło i dosłyszała słowa:
    – Mała, dlaczego przede mną uciekasz?
    Lena oniemiała. Chyba się przesłyszała? Nieśmiało otworzyła oczy. Przed nią wciąż stał ten sam stwór. Wglądał jak pradawny tyranozaur, z tą tylko różnicą, że jego cielsko pokrywała czerwona łuska, miał skrzydła i ogon zwieńczony lśniącym ostrym kolcem. Co dziwniejsze bestia nadal jej nie zjadła, tylko się uważnie przyglądała.
    – Nie bój się. Nie zrobię Ci krzywdy. – smok starał się uspokoić tę istotkę, gdyż zrozumiał, że na śmierć ją przestraszył.
    – Nie zjesz mnie? Naprawdę? – dziewczynka wciąż nie mogła wyjść z szoku.
    – Ciebie? – zdziwiła się bestia. – Ja piję tylko Smoczą Wodę i jadam owoce Kaniuni!
    – Ja… Cię… Rozumiem… – Lena nerwowo zachichotała, bo w końcu dotarło do niej, że rozmawia ze smokiem.
    – A co w tym takiego dziwnego? My smoki rozumiemy wszystko i wszystkich. – przechwalał się gigantyczny zwierz.
    Lena nawet nie przypuszczała, że nieświadomie wypowiedziała podarowane życzenie. Wprawdzie sprawił to splot nieoczekiwanych wydarzeń, ale jedno było pewne. Dziewczyna nabyła jakże pożyteczną w tym świecie umiejętność. Dzięki gluto – wróżce Erinie, od teraz i już na zawsze, będzie rozumieć wszystkie smoki.
    Lena aż usiadła z wrażenia. Tego było za wiele. Nie wiedziała gdzie jest i dokąd ma pójść. Erina obiecała jej świetną zabawę, a jak do tej pory najadła się tylko strachu. Na dodatek siedział obok niej ten wielki stwór.
    Zapadła niezręczna cisza.
    – Wołają na mnie Dosiek. – wykrztusił wreszcie smok.
    – Ja jestem Lena. – dziewczyna posłała mu nieśmiały uśmiech.
    – Na smoczy pazur! A co cię tu przywiało?
    – WKJ-ot zaproponował mi udział w kursie, „Jak być dobrym przyjacielem?”
    Dosiek, nic z tego nie zrozumiał, ale jednego był pewny:
    – Uuu… Musiałaś pomylić drogę. Smoki lądowe nie biorą udziału w żadnych szkoleniach.
    – No to pięknie… – burknęła dziewczyna i w tym właśnie momencie nadleciał… kolejny olbrzym.
    Tęczowy, ślepawy i trochę już głuchawy nestor smoczego rodu wylądował tuż obok Leny.
    Z uwagą obszedł i obwąchał małą, przestraszoną istotę, po czym rzucił zdumiony:
    – Człowiek? Tu?
    – Na Wielki Ogień Heronie! – Dosiek zwrócił się do przybyłego smoka. – Ona się chyba zgubiła?!
    Heron wysłuchał w skupieniu opowieści smoka, po czym, bez słowa odleciał,
    w sobie tylko znanym kierunku. To było dziwne zachowanie. Dosiek po Heronie spodziewał się zgoła innego postępowania, wszak był to wiekowy, dobrze wychowany smok. Ponownie został sam z dziewczyną. Musiał coś wymyśleć, a że z pustym brzuchem trudno się skupić, postanowił nowo poznaną istotę zabrać na krótką, kulinarną wycieczkę.
    Dosiek wstał i bez uprzedzenia rozpostarł swe ogromne, jak płachty żagli, skrzydła. Niesamowity podmuch powietrza, jaki temu towarzyszył prawie zwalił zaskoczoną Lenę z nóg, a widok krwistoczerwonej łuski smoka, która w słońcu mieniła się niczym płonące ognie, wręcz zaparł jej dech. Dosiu zaprezentował się w pełnej krasie. Był piękny.
    – Jeju! Wymiatasz! – krzyknęła zachwycona.
    – Wskakuj Mała! – smok zaryczał. – Lecimy coś wszamać!

    Dziewczyna jeszcze do końca nie mogła w to uwierzyć. Leciała na grzbiecie najprawdziwszego smoka! Mimo początkowych obaw przed podróżą, tym nietypowym środkiem lokomocji, teraz bawiła się fantastycznie. Szybowali wysoko, lecz czuła się naprawdę bezpiecznie.
    W dodatku z grzbietu Dosia mogła w pełni podziwiać tę cudowną i tak odmienną od jej świata krainę. Szybko też odkryła, że jak sama nazwa wskazuje, Smoczy Jar zamieszkiwały miliony małych, dużych i ogromnych smoków.
    Dosiek wykonał dosłownie parę machnięć skrzydłami, a już lądowali na bajecznie pachnącej i niebywale zielonej łące.
    – To było super! Ale lot! – Lena aż podskoczyła z wrażenia.
    – Polecam się na przyszłość! – smok mrugnął porozumiewawczo ślepiem.
    – To gdzie to jedzonko? – dopytywała dziewczynka, bo jej też już strasznie burczało w brzuchu.
    – Już się robi! Smocza Woda, siły doda! – zaryczał smok i uderzył ogonem w stojący na środku polany gong.
    Jednak nic się nie wydarzyło. Nikt się też nie pojawił. Stali tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu zniecierpliwiony Dosiek zamruczał pod nosem.
    – To dzine. Bardzo dziwne… – i ponownie uderzył w gong.
    I w tym momencie rozległo się głośne dudnienie. Ziemia zadrżała, zaszeleściły liście a zza ogromnych krzaków dało się słyszeć:
    – I… Hoop, I… Hoop! – i tuż przed nimi wyłonił się pokraczny stwór z małymi skrzydełkami i łuską, która wyglądała niczym futro.
    – Na Wielki Ogień Dosiu! – skakał na długich czteropalczastych łapach złoto-brązowy smok.
    – Na Wielki Ogień Florek! – powitał go zdumiony Dosiek. – Przecież nie ciebie wzywałem!
    – Stała się tragedia! – ryczał zazwyczaj spokojny Florek. – Tilala zaginęła!!!
    Sprawa była poważna. Kulinarna mistrzyni, zielona smoczyca Tilala, jako jedyna z rodu smoków posiadła tajemną moc przyrządzania najpyszniejszej Smoczej Wody. Jej restauracja „Zielona Łąka” posiadała aż pięć Złotych Kłów. Jej zaginięcie to istny koszmar dla wszystkich smoków.
    Prawie każdy mieszkaniec Smoczego Jaru pełnił w nim jakąś ważną funkcję. Np. Dosiek był wartownikiem kniei, Heron smoczym mędrcem, zaś Florek był ogrodnikiem i głównym dostawcą kwiatów i owoców Kaniunii używanych przez Tilalę. I to właśnie on, jako pierwszy, zauważył jej nagłą nieobecność.
    – Na smoczy pazur! – zawołał zszokowany Dosiek. – Jak ja mogłem tego nie zauważyć?!
    Jednak Florek zignorował jego słowa.
    – Grozi nam katastrofa! — ryknął zrozpaczony, po czym ze stresu zrobił PUF, PUF, i przybrał postać wielkiego pompona.
    – Cha, cha, cha! – Lena, która do tej pory przyglądała się całej tej sytuacji w kompletnej ciszy, nie wytrzymała i wybuchła głośnym śmiechem.
    Mimo powagi sytuacji Florek wyglądał komicznie. Smoczy ogrodnik wytrzeszczył ślepia, w końcu dostrzegł stojącą w gąszczu małą istotę. Dosiu chciał, nie chciał, musiał mu streścić, kogo zapragnął poczęstować Smoczą Wodą.

  24. (Nie)zwykła kura Luiza i jej Ko Ko Świat
    Zapowiadał się kolejny nudny dzień. Luiza otworzyła jedno oko ko ko.
    Ehh… – westchnęła.
    Spojrzała na swoje zmierzwione piórka i poprawiła je pospiesznie. Cały kurnik jeszcze spał. Wszystkie 200 kur spało na swoich grzędach. O ile kury jeszcze można zrozumieć, o tyle Luiza nie rozumiała koguta Karola. Była już 5 rano… a on znów spał. Nawet nie dawał oznak, że ma zamiar zaraz obudzić całe gospodarstwo. Pewnie znów ganiał za jaszczurkami i zaskrońcami długo po zachodzie słońca.

    Hmm…He ..hm. To może ja się najpierw przedstawię. – Luiza stanęła na baczność.
    Mam na imię Luiza. W kurniku różnie na mnie mówią, Liza, Lizus, Lizak. Jestem młodą kurą, mieszkam tutaj od niedawna. Przybyłam tutaj dzięki Panu Antoniemu, który przywiózł mnie z targu. – przedstawiła się pokrótce Luiza.
    Nie powiem, że od razu mi się tutaj spodobało, bo pewnie wiecie, a jak nie wiecie to powiem Wam, że młode kury mają trochę ciężko w kurniku. Chodzi o to, że te starsze rangą dziewczyny uważają się za ważniejsze, że im się więcej jedzenia należy, lepsza grzęda itd. Itp.
    Ogólnie od momentu kiedy się tutaj pojawiłam, straciłam kilka piór, parę razy zrzucili mnie z grzędy i w końcu dałam za wygraną.
    Nasz dzień zazwyczaj wygląda tak samo, wstajemy rano, chodzimy sobie po podwórzu dziobiąc trawkę i wciągając przepyszne, sycące dżdżownice i inne mrówcze smakołyki. Później idziemy do kurnika i masz….

  25. NIEDŹWIADEK PIKO: W POSZUKIWANIU LODOWEJ GWIAZDKI

    W pewnym miasteczku, gdzieś na dalekiej północy, żył sobie mały niedźwiadek o imieniu Piko. Miał bardzo jasną sierść, nawet bielszą od samiutkiego śniegu, a jego błyszczące oczy połyskiwały radośnie znad ciekawskiego nosa. Musicie wiedzieć, że taki nos bardzo się przydaje, zwłaszcza podczas różnych zabaw w przedszkolu. Tam to dopiero trzeba się naniuchać ! Przyjaciele naszego niedźwiadka dobrze o tym wiedzą, a szczególnie Mila – jego najlepsza przyjaciółka.
    Pewnego dnia, podczas układania razem puzzli, Piko przypomniał sobie o jednej, bardzo ważnej rzeczy.
    – Ojej ! – wykrzyknął, złapawszy się za puchatą głowę.
    Mila spojrzała na niego ze zdziwieniem.
    – Co się stało ? – szepnęła. – Upadł ci kawałek układanki ?
    – Nie, nie. Po prostu przypomniałem sobie, że jutro jest święto Lodowej Gwiazdki ! – powiedział z przejęciem.
    Niedźwiedziczka zrobiła okrągłe oczy.
    – No tak ! – ożywiła się. – Nasz ulubiony dzień ! Ciekawe, czy znowu zbudują Niebieską Zjeżdżalnię ?
    Piko podrapał się w zamyśleniu po nosie. Tak, to było zdecydowanie dobre pytanie.
    – Nie wiem – dodał po chwili – ale mama mówi, że to burmistrz Mrozołapek dba o wszystko w miasteczku, więc może znajdzie dla nas jakąś zjeżdżalnię, co nie ?
    – Och, bardzo bym chciała… – Mila poprawiła sobie czerwoną kokardę, dumnie zdobiącą jej mądrą głowę. – Bardzo.
    Ja też, pomyślał Piko, wsypując puzzle z powrotem do pudełka. Rodzice na pewno wiedzą, jak będzie wyglądać tegoroczny festiwal. Ostatni był naprawdę fajny – turniej łyżwiarski, rysowanie zabawnych portretów na lodzie, występ sławnej w całej Zimolandii grupy ,,Foki z zatoki”…. Można by tak wymieniać i wymieniać.
    – Mama i tata są najmądrzejsi na świecie – dumał nad spakowaną układanką. – Muszą znać jakieś szczegóły.
    Przecież inaczej być nie może, prawda ?
    Kiedy tylko nadszedł czas powrotu do domu, Piko stanął przy drzwiach do sali, wprost nie mogąc się doczekać mamy i zadania jej kilku pytań. Nie, nie kilku. Tysiąca ! Przecież jest tyle do posłuchania !
    – Witaj kochanie – powiedziała mama, zjawiwszy się wkrótce w przedszkolu. – Jak ci minął dzień ?
    – Było super ! – Piko uśmiechnął się szeroko. – Sadziliśmy z panią krzewy mroźnej jagody, a potem układałem z Milą puzzle.
    – Przez całe popołudnie ? – zdziwiła się.
    Niedźwiadek pokręcił głową,
    – Nie, wcześniej było jeszcze śniadanie, obiad i podwieczorek !
    – Oczywiście synku, oczywiście.
    Piko nie za bardzo wiedział, o co chodzi z tym ,,oczywiście”, ale domyślił się, że mama również uwielbia smaczne posiłki, a już zwłaszcza kanapki z miodem i malinowy kisiel. Pychota !
    – Pamiętasz może, jakie jutro jest święto ? – zapytała podczas spaceru.
    – Lodowa Gwiazdka ! – oznajmił z radością. – I festiwal na Placu Lodowców !
    – Brawo – pochwaliła go mama. – Pewnie nie możesz się już doczekać, prawda ?
    – Tak – przytaknął Piko. – Tylko…
    – Tylko co, skarbie ?
    – Myślisz… że będą zjeżdżalnie ? Czy lodowa wata ?
    Mama pogłaskała go po głowie.
    – I to cię martwi, tak ?
    Piko zrobił smutną minę.
    – No trochę…
    – Nie martw się – pocieszyła go. – Na pewno burmistrz Mrozołapek nie zapomni o placu zabaw.
    – Naprawdę ? – rozpromienił się niedźwiadek.
    – Naprawdę – przytaknęła, otwierając drzwi do domu. – Dorośli zawsze myślą o dzieciach, wiesz ?
    To prawda, zgodził się po cichu Piko. Rodzice, pani nauczycielka, sąsiedzi… Każdy jest miły i uprzejmy, a to poprawia humor. Bez dwóch zdań !
    – Nie mogę się doczekać jutra ! – powiedział, zanurzając łyżkę w ciepłej zupie.
    – Przyjdzie szybciej niż myślisz– zapewnił go tata, wszedłszy do kuchni z siatką pełną kawałków drewna.
    – Ach, gdyby to jutro wsiadło na jakieś sanki czy coś – Piko zerknął w stronę okna. Zapadał już zmrok, a srebrny księżyc uśmiechał się leniwie do całego miasteczka. – Byłoby dużo lepiej.
    – Trzeba być cierpliwym, synku – pouczyła go mama. – Nie wszystko przychodzi wtedy, kiedy tego chcemy.
    To się zgadza, przyznał zajadając zupę. Noc jest bardzo uparta, oj bardzo.
    Leżąc już w łóżku wraz ze swoją ulubioną zabawką, pingwinem Luckiem, słuchał jak mama śpiewa mu kołysankę – i to nie byle jaką ! Taką specjalną i na dodatek sprawiającą, że gwiazdki tańczą na niebie, a księżyc przygrywa im na gitarze utkanej z chmur. Doprawdy, co za czary !

    Gdy lód pokrywa niebieski płaszcz
    A ty, nim zaśniesz, baw się i tańcz
    Pląsaj po górach, morza też przejdź
    by wraz ze słońcem nad chmury wzejść
    Ach, słodki księżycu przybądź i ty
    Maluj na złoto, srebrno me sny
    I płyń szeroko, na świata kres
    gdzie cudów wszelakich zbiór cały jest
    Zbiór cały jest…

  26. Łatek wyjątkowy

    Witajcie! Nazywam się Łatek, jestem niewielkim… hmmm… ktoś powiedziałby, że kundelkiem, ale ja wolę, kiedy mówi się o mnie PIES WIELORASOWY. Prawda, że brzmi to znacznie lepiej? Chciałbym opowiedzieć Wam historię mojego niezbyt długiego życia. Zacznijmy więc od początku.

    Urodziłem się w pewną grudniową noc w bardzo przyjemnym, cieplutkim domu. Moja mam mówiła, ze jej właściciele to dobrzy ludzie i będzie nam razem wspaniale. Miałem troje rodzeństwa: dwie siostry i brata. Szybko nadano nam imiona. Mój brat został nazwany Ciastusiem, ponieważ kolor jego sierści przypominał biszkopty. Jedna z sióstr zyskała imię Czarnulka, a druga Bezusia. Sprawa mojego imienia od początku wydawała się oczywista ze względu na łaty zdobiące mój brzuszek. Jak się pewnie domyślacie, właśnie od nich pochodzi Łatek. Od początku czułem się wyjątkowy. Najpierw ze względu na umaszczenie, bo łączyły się w nim wszystkie cechy mojego rodzeństwa. Byłem trochę biszkoptowy, trochę czarny i trochę biały. Sami przyznacie, że to wspaniała mieszanka! Potem okazało się, że jestem wielorasowy. Mogło to oznaczać tylko jedno: łączą się we mnie wszystkie cechy najlepszych ras. No dobrze, macie rację, być może nie jestem zbyt skromny, ale czy to aż taka wielka wada?!
    Od urodzenia byłem tez wyjątkowo traktowany przez swoich bliskich. Moja mama… Ach, co to za wspaniała postać! Piękna, elegancka i poważna, a jednocześnie zawsze gotowa do zabawy ze swoimi dziećmi. To ona nauczyła mnie wierności i oddania, a poza tym kochała mnie nad życie!
    Moi Państwo mieli dwoje dzieci, przez które byłem uwielbiany. To właśnie ja ciągle się z nimi bawiłem, wychodziłem na spacery i byłem przez nie bardzo kochany. To byli moi pierwsi prawdziwi przyjaciele. Byłem szczęśliwy!
    Jednak – jak wiadomo – wszystko co dobre szybko się kończy. Kiedy minęły trzy miesiące, moi Państwo uznali, że pora się ze mną rozstać! Moje rodzeństwo i ja rośliśmy jak na drożdżach i w domu już brakowało dla nas miejsca. Było nam bardzo przykro, bo przyzwyczailiśmy się do siebie i pokochaliśmy Zosię i Pawełka. Nie mogliśmy nic zrobić! Każde z nas miało trafić do innego domu. Jak tu poradzić sobie w takiej samotności??? Nie mogłem sobie tego wyobrazić, choć moi Państwo twierdzili, że znaleźli nam dobre domy i nowych właścicieli, którzy będą nas bardzo kochali.
    Dzień rozstania w końcu nadszedł. Byłem bardzo zdenerwowany. Dzieci od rana płakały i prosiły rodziców, aby zostawili w domu choć jednego szczeniaka. Byli nieugięci, rozumiałem ich, ale również było mi bardzo przykro. Mama była smutna. Nie chciałem jej martwić jeszcze bardziej, więc udawałem, że się cieszę. Starałem się być dzielny, ale tak naprawdę byłem przerażony! Zastanawiałem się, kim będą moi nowi Państwo? Czy będę kochany tak jak dawniej? Możecie mi wierzyć, dla takiego małego psa to bardzo trudne przeżycia.
    W końcu przyjechali. Wyglądali całkiem dobrze, ale mój węch mówił mi coś zupełnie innego. Nie rozumiałem, co to może oznaczać. Są mili, dobrze wyglądają, ale ten zapach… O co tu chodzi? Zostałem wsadzony do dużego, czarnego samochodu i w ten sposób opuściłem mój pierwszy, ukochany dom. Popiskiwałem całą drogę, leżąc na tylnym siedzeniu. Nowi Państwo co chwilę coś do mnie mówili, jednak byłem tak pogrążony w rozpaczy, że nie słyszałem żadnego słowa. Dojechaliśmy na miejsce. Pani włożyła mnie do kojca i zamknęła drzwi. Zostałem zupełnie sam i nie wiedziałem, co mam robić. Nikt nie reagował na moje piski, więc pomyślałem, że spróbuję zasnąć. Łudziłem się, że po przebudzeniu wszystko będzie tak jak dawniej. Spałem i śniłem o Zosi i Pawełku. Obudziły mnie dziwne hałasy, jakieś piski i krzyki dzieci. Przez chwile myślałem, że ciągle śnię, jednak nagle otworzyły się drzwi i stanęło w nich troje dzieci. Podeszły do mnie i zaczęły głaskać. To było miłe, nawet ucieszyłem się, że będę miał towarzystwo, ale ciągle nie dawał mi spokoju ten dziwny zapach…

  27. fragment bajki „Kamienny posąg”
    Z oddali dobiegły go podniesione głosy poddanych. Zaniepokojony, ruszył w ich stronę. Stali w gromadzie na niewielkiej polanie, żywo gestykulując. Nie wiedział dlaczego, poczuł się nieswojo. Jego wzrok przykuł kamienny posąg, dziwnie kontrastujący z otoczeniem. Zsiadł z konia i podszedł bliżej. Nogi się pod nim ugięły, gdy zrozumiał, że oto odnalazł syna. Wzniósł ręce do nieba i zapłakał nad jego losem.
    Posąg przeniesiono i ustawiono pośrodku królewskiego ogrodu. Latem było to miejsce tętniące życiem i radością. Przyjemnie było spacerować wzdłuż nieskończenie długich rabat kwiatowych, zadziwiających swą obfitością i różnorodnością. Unoszące się nad nimi owady, flirtowały z kwiatami, bzycząc oryginalne serenady, w podziękowaniu za słodki nektar. Wdzięczne rośliny, w pełni świadome swego piękna, z lekkością tryskały zapachem wokół.
    Udając się do bardziej zacienionej części ogrodu, pośród wysokich drzew dających przyjemny chłód w upalny dzień, kto chciał, mógł przysłuchiwać się ptasim zawodom na najpiękniejszą melodię. Wytrwałe ptaszki, wypinając dumnie pierś do przodu, wyśpiewywały swoje ulubione kompozycje, aż do zachodu słońca.
    Gdy w ogrodzie rozgościła się pani Jesień, dzień postanowił szybciej udawać się na spoczynek. Drzewa i krzewy ze smutkiem gubiły swe efektowne zielone sukienki. Rozczarowane kwiaty usychały z tęsknoty za pieszczotliwymi promieniami słońca, które pozbawione swej mocy, częściej chowało się za puszystymi chmurami odpoczywającymi na nieskończonym nieboskłonie.
    Częste ulewne deszcze zalewające ogród, nie zachęcały do spacerów. Wiatry, zwinne hultaje, odstraszały swą siłą, bezkarnie zaczepiając każdego, kto się pojawił. Zziębnięty Karol, stojąc samotnie w strugach deszczu, wspominał nieduży kominek w salonie rodziców, a w nim skrzące się drwa, dające przyjemne ciepło. Niemal czuł jak zatapia się w wygodnym fotelu i pije gorącą czekoladę, a jego zmarznięte dłonie rozgrzewają się.
    Mijały dni, tygodnie, miesiące. Karol niecierpliwie oczekiwał wiosny. I przyszła w pięknym płaszczu z koszem pełnym nadziei. Ogród oczarowany jej urodą, oddychał świeżością jej zapachu. Pod jej życzliwym okiem przyroda odradzała się szybko, zapominając o zimowym śnie. Drzewa z ulgą porzucały odrętwienie, radośnie okrywając się wspaniałym zielonym listowiem. Kwiaty siłą woli wybijały się ku górze, chcąc jak najdłużej cieszyć się ciepłem promieni słonecznych. Niebo już nie chmurzyło tak groźnie czoła. Z ciekawością przyglądając się harmonii panującej w ogrodzie, oddawało się marzeniom.
    Gadatliwe ptaszki siadające na kamiennym ramieniu królewicza, opowiadały mu wszystkie zasłyszane plotki. Karol z rozbawieniem obserwował jak kłócąc o to, który ma rację, potrafią uparcie obstawać przy swoim, a chwilami są nawet gotowe do bójki. Dla rozładowania napięcia, wiatr wieczny podróżny zachęcał wszystkich, aby razem śpiewali ballady, które chętnie unosił ze sobą w siną dal.

  28. Fragment bajki „Najdziwniejsza Wyspa na Świecie”

    Po długiej wycieczce Leosia i Żyrafa Zwyczajna Baśka, dotarły do Tęczowego Parku. Rosły tam drzewa Balonowe, Cukrowe i Drzewa Wiedzy oraz przepływał Potok Dobrych Myśli. Nagle Baśka pogalopowała przed siebie, oczywiście ciągle się potykając, i zostawiła Leosię pod Drzewem Wiedzy.
    – Życie tutaj, to jedna, wielka, ciągła zabawa! To wspaniałe! – pomyślała Leosia, mocząc nogi w Potoku Dobrych Myśli.
    Kiedy tylko jej stopy dotknęły wody, usłyszała jakby tysiące głosów wokół siebie, które szeptały:
    – Jesteś wspaniała! Jesteś piękna! Jesteś cudem! Świat jest przepięknym miejscem! Czeka cię wiele wspaniałych przygód!
    Poczuła się bardzo odprężona, więc położyła się na trawie pod Drzewem Wiedzy. Trawa była mięciutka i pachnąca. Pachniała malinami! A nigdzie nie rosły maliny! Leosi wydawało się, że trawa co chwilę zmienia kolory. Nie chciała wierzyć własnym oczom. Przyglądając się temu wszystkiemu zasnęła. Spała prawdopodobnie jakiś czas, aż obudziło ją jakieś dziwne chrząkanie.
    – Ekhem! Ekhehehehem! Młoda Damo! Młoda Damo!!!
    – Co? Jak? Gdzie? Ja?! – Leosia wystraszona poderwała się na równe nogi.
    – Leżałaś mi na konarze! To boli! Jest mi wystarczająco ciężko od tych wszystkich myśli, które mam na swojej koronie! Nie potrzebuję dodatkowych atrakcji, w postaci małej dziewczynki na moim konarze! Ekhem! Zapraszam cię niniejszym do powstania! – Bardzo spokojnym, ale również pełnym urazy głosem, przemówiło do niej Drzewo Wiedzy.
    – Ale, ale… ten… no ja już dawno wstałam! Właśnie stoję! Bardzo przepraszam! Nie wiedziałam, że leżę na… pani… panu… drzewie… – powiedziała zdezorientowana Leosia.
    – Młoda damo, widzę, że wstałaś, ale nadal bezczelnie naciskasz mi na konar! Dziecko! – krzyknęło coraz bardziej zdenerwowane Drzewo Wiedzy.
    – Ach! Ojej! Przepraszam! Bardzo przepraszam panią, panie… pana… drzewie! – Leosia zeskoczyła szybciutko z konaru.
    – Wreszcie zrozumiałaś! Wybaczam! Drzewo Wiedzy jestem. Witam. Miło mi. Powiedzmy. – przedstawiło się Drzewo, podając Leosi jedną ze swoich gałęzi.
    Dzień dobry. Przepraszam. Jestem Leokadia. – bardzo grzecznie dygnęła Leokadia.
    – Dobrze już! Dobrze. Ja też przepraszam. Nie powinnam być taka obcesowa. To przez te ciągłe bóle w koronie. Magazynuję w niej całą wiedzę świata. To boli. Dlatego szybko się denerwuję i bywam niemiła. Niniejszym bardzo przepraszam. – Powiedziało Drzewo.
    – Nie szkodzi! Wie Pani Drzewo, co? Żyrafa Zwyczajna powiedziała mi, że każdy jest piękny i dobry taki, jaki jest! Pani na pewno też! – powiedziała troszeczkę nieśmiało Leosia.
    – No tak. Żyrafa Zwyczajna. One są takie… tfu… kolorowe! Dostaję oczopląsów, jak na nie patrzę! Chciałoby się nimi potrząsnąć i krzyknąć – „Trochę ogłady! Trochę spokoju! I nie bądźcie takie kolorowe!” Ach! Moja korona! Bardzo mnie dzisiaj boli!
    – Ale Pani Drzewie… Pani Drzewo, każdy jest piękny taki, jaki jest! Myślę, że Baśka miała rację! – Leosia była trochę wystraszona, ale postanowiła bronić swojej nowej koleżanki – Żyrafy.
    – Ech… Masz rację Młoda Damo. Oczywiście – masz rację! Mam na ten temat w mojej koronie całą prelekcję i pokaz slajdów. Przez ten straszny Ciężar Wiedzy czasami o tym zapominam.
    – A jakby tak ściągnąć te wszystkie pre… pre… prelekcje z pani korony, nie byłoby pani lżej? – zapytała zaniepokojona Leokadia.
    – Ach dziecko! Każdy jest na tym świecie po coś. Ja jestem po to, żeby nieść oświaty kaganek! Oświetlać poplątane losy stworzeń świata ! Tak! Tak! Tak! – powiedziało z nieukrywaną dumą Drzewo.
    – Acha kaganek… mhhhhmmm… Ale jeśli Pani jest przy tym nieszczęśliwa? I co to jest, ten kaganek? To bardzo śmieszne słowo! Hahaha! – roześmiała się Leosia.
    – Kaganek Oświaty to mądrość! – Drzewo Wiedzy zaczęło przemawiać bardzo podniosłym tonem i był to bardzo długi wykład, z którego Leosia niewiele rozumiała. Bardzo szybko zaczęła się nudzić. Kiedy zauważyła, że Drzewo wcale na nią nie patrzy i bardziej jest zainteresowane samym wykładem, niż nią – Leosią, po cichutku, na paluszkach, zaczęła uciekać. Można powiedzieć, że zniknęła prawie jak Znikająca Wyspa!
    Kiedy tylko straciła Drzewo z oczu, a ono ją, zaczeła biec przed siebie, bardzo ciekawa, jakie jeszcze przygody czekają ją na Szalonej Wyspie.

  29. Ranek przywitał wszystkich mocnym słońcem, które nie ubłagalnie zaglądało przez małe okna. Wujek Irek wstał pierwszy, zrobił waniliową kawę z mlekiem dla siebie i kakao dla siostrzeńca i wyszedł za zewnątrz, jak to miał w zwyczaju. Uwielbiał pić poranną kawę przed swoją przyczepą siedząc na niedużym stopniu. Chwilkę później przebudził się chłopiec, szybciutko włożył na siebie swój niebieski dres i wyszedł do wujka.
    – Cześć wujku. Ale ty chrapiesz!
    – Witaj zuchu. – uśmiechnął się wujek i podał chłopcu pękaty, szaro czerwony kubek z ciepłym kakaem.
    – Dziękuję. Kiedy idziemy do stajni? – zapytał Tymek.
    – Wypij kakao i pójdziemy.
    W tym momencie podbiegł do nich Cyryl, który już od dłuższej chwili buszował po mokrej od rosy trawie. Miał mokry pyszczek i łapki, ale to nie przeszkadzało mu, aby wdrapać się na kolana chłopca. Tymuś skrobał go za uchem i patrzył przed siebie dłuższą chwilę.
    – Wujku? Dlaczego pracujesz w cyrku? – przerwał ciszę.
    – Dlaczego? – zamyślił się wujek. – Kocham cyrk. Czuję się tu bardzo dobrze. Jestem szczęśliwy. Poznaję wielu wspaniałych ludzi. Zawsze chciałem być bohaterem z jakiejś bajki, a teraz jestem bohaterem bajki o cyrku. – uśmiechnął się wujek i objął chłopca.
    Tymek nic nie odpowiedział. Na razie wystarczyło mu to, co usłyszał. Dopił swój ciepły jeszcze napój i zaniósł kubek do małej kuchenki.
    W stajni była już Matylda i Sabina. Obie szykowały pokarm dla koni i osiołka. Jakiś trzech pracowników, odpowiedzialnych też za opiekę nad zwierzętami, zaczynało sprzątać boksy koni. Gdy Tymuś pojawił się w drzwiach, osiołek zaryczał donośnie, jakby chciał mu powiedzieć „Dzień dobry”. Chłopiec szybko przywitał się z wszystkimi i podbiegł do osiołka, a za nim przydreptał też jego mniejszy przyjaciel, Cyryl.
    – Witaj Cynamon! – wykrzyczał radośnie chłopiec.
    Osiołek parsknął wymownie i tupnął swoim kopytem o podłogę. Czuć było z daleka, że między nimi rodzi się przyjaźń, i to taka jedyna w swoim rodzaju, taka, która może zdarzyć się tylko między człowiekiem a zwierzęciem. Tymuś zajął się oporządzaniem osiołka. Uparł się, że zrobi to sam, ale wujek jednak nadzorował pracę siostrzeńca, tak na wszelki wypadek. Już po chwili osiołek i konie zostały wyprowadzone na zewnątrz. Miały tam przygotowany specjalny wybieg. Był on co prawda ogrodzony, ale jego powierzchnia była ogromna i co ważne, było tam mnóstwo świeżutkiej trawy, jeszcze wilgotnej od rosy. Tymek usiadł na łące i patrzył chwilkę na zwierzaki. U jego boku położył się Cyryl i zaskomlał donośnie przewracając się jednocześnie na plecy i prostując wszystkie cztery łapy. Był to znak dla chłopca, że przyszedł czas na smyranie kudłatego przyjaciela. Tymek uśmiechnął się do psiaka i wedle jego życzenia zaczął go skrobać po małym, nieco kudłatym już brzuszku.
    – Musimy iść do fryzjera. – powiedział chłopiec.
    Piesek na te słowa uniósł lekko łepek, postawił uszy i przyglądał się uważnie chłopcu mając chyba nadzieje, że on żartuje z niego. Cyryl wprost nie znosił wizyt u fryzjera, mimo iż zawsze strzygła go bardzo miła pani Alina, która wprost uwielbiała wszystkich swoich czteronożnych klientów.
    – Nie patrz tak na mnie. Jesteś już bardzo kudłaty.

    Piesek cichutko zaskomlał i położył łepek z rezygnacją na kolanie Tymka. Ten się uśmiechnął i sięgnął do kieszeni po pychotkę dla pieska. Zawsze nosił w spodniach coś dobrego dla swojego przyjaciela. Mama się o to złościła, bo nie raz już wyprała spodnie syna z psimi ciastkami, które potem musiała wydłubywać z pralki.
    Gdy tak sobie siedzieli na łące patrząc na konie i osiołka podszedł do nich Karol, rudzielec, który potrafił wyczyniać istne cuda na swoim niedużym zielono fioletowym rowerze. Kucnął obok chłopca, uśmiechnął się serdecznie i zaczął skrobać Cyryla za uchem. Tymek chwilkę mu się przyglądał, aż w końcu zapytał:
    – Jak długo jeździ pan na swoim rowerze w cyrku?
    Niestety Karol nic mu nie odpowiedział, tylko dalej smyrał psa. Chłopcu zrobiło się przykro, że on zignorował jego pytanie. Postanowił spróbować jeszcze raz.
    – Dlaczego pracuje pan w cyrku?
    I znowu nic. Cisza. Żadnej reakcji. Tymek tym razem się zdenerwował, podniósł się z ziemi, wziął psa na ręce i odszedł szybkim krokiem w kierunku kempingu wujka nie mówiąc nawet „do widzenia”. Karol równie szybko wstał i bardzo zdziwionym wzrokiem patrzył za małym chłopcem. Nie rozumiał zupełnie co się stało, że on tak dziwnie zareagował na jego obecność. Tymek wszedł do kempingu jak rozszalała burza, położył psa na ziemi i poszedł do łazienki umyć ręce. Wujek, bardzo zaskoczony zachowaniem siostrzeńca, odłożył nóż, którym właśnie kroił cebulę i podszedł do drzwi łazienki.
    – Mogę wiedzieć, co się stało, że prawie rozwalasz mój dom?
    – Ten twój rudy kolega jest niewychowany! – prawie krzyknął.
    – Po pierwsze, nie rudy. Tak się nie mówi, bo można kogoś zranić. To jest tylko kolor włosów. Ty masz brązowe, ja mam blond, ktoś inny ma czarne, a jeszcze ktoś inny rudy. I tyle. A po drugie, dlaczego tak mówisz, że jest niewychowany? – tym razem wujek się nieco zdenerwował.
    – Usiadł obok mnie, zaczął smyrać Cyryla, a kiedy zadałem mu pytanie nie odpowiedział. Potem zadałem drugie i też nic nie powiedział.
    – Ehhh…. – wujek westchnął, chwycił chłopca za rękę, posadził na krześle, sam przykucnął obok i powiedział; – Nie odpowiedział, bo Karol cię nie słyszał. Jest głuchoniemy.
    Tymek, choć miał dopiero 7 lat, dobrze wiedział co to oznacza. Zrobił wielkie oczy, nie wiadomo tylko czy z wrażenia, czy z niedowierzania, spuścił wzrok na kolana i zapytał cicho:
    – To dlaczego pracuje w cyrku?
    – A dlaczego nie? – zapytał wujek.
    Tymek popatrzył przelotnie na wujka i ponownie wbił wzrok w swoje nogi. Zaczął nerwowo kręcić małym dzyndzlem, który urobił z materiału swoich dresów. Panowała niemiła cisza. Wujek nadal kucał przy krześle i nie spuszczał wzroku z chłopca. Nic nie mówił, tylko czekał na kolejny ruch siedmiolatka. Cisza z kilku sekund przerodziła się w kilkanaście sekund, potem w kilkadziesiąt.
    – Przecież on nie słyszy……a wczoraj robił sztuczki na rowerze przy muzyce….
    – Zgadza się. I co cię tak dziwi? – wujek usiadł na ziemi i oparł się plecami o małą szafkę na buty.
    – Że on nie słyszy, a występował na arenie i jeździł na tym swoim rowerze, no, wiesz, no tak do muzyki.
    – Tymek – zawahał się wujek – są ludzie, którzy mają chore uszy, ale słyszą sercem. Maja tak piękne dusze, że uszy są im niepotrzebne. Karol nie słyszy od urodzenia, ale potrafi wyobrazić sobie dźwięk. My tego nie zrozumiemy, ale sam widziałeś, jak piękny był jego występ.
    – Wujku, ……. chyba muszę go przeprosić.
    – Chyba tak – złagodniał wujek. Wyciągnął ręce przed siebie, a chłopiec doskoczył do niego i zatopił się w jego silnych ramionach. Choć kochał swojego wujka bardzo, marzył w tym momencie, aby przytulić się do swojej mamusi, która była teraz gdzieś daleko i, dokładnie w tym momencie przeglądała zdjęcia synka w telefonie, a ekran coraz bardziej moknął od jej łez. Ale tego Tymek nie mógł wiedzieć, będąc niemal 600 km od mamy.

  30. Skrawka
    Skrawka była sama od dawna, nie wiadomo dlaczego. Właściwie była sama odkąd sięgała pamięcią.
    Może, dlatego, że była mała, zbyt mała, aby daleko wędrować i poznawać innych ludzi? A może, dlatego, że ludzie wokół byli zbyt zajęci, aby zauważać małą Skrawkę?
    Skrawka nawet nie bardzo cierpiała z tego powodu. Przyzwyczaiła się już dawno.
    Jeśli ktoś długo jest sam, to się w końcu do tego przyzwyczaja i nie czuje bólu.
    Chodziła na spacery, obserwowała ptaki i wiewiórki w parku, dbała o kwiaty i krzewy w ogródku. Nigdy nie zapominała o okruchach dla zimujących ptaków. Każdy następny dzień był podobny do poprzedniego. Miesiące upływały powoli, zmieniały się pory roku. Tylko Skrawka wciąż była taka sama, uśmiechała się pogodnie do świata, krzątała się wokół swego małego domku, podlewała grządki lub zamiatała ganek.
    Tylko czasami nocą, gdy nie mogła spać, otwierała okno i spoglądała na księżyc i gwiazdy.
    I wtedy wydawało jej się, że słyszy jakąś piękną melodię. Nie rozumiała wcale skąd bierze się ta melodia, ani dlaczego powodowała ona ( a może księżyc i gwiazdy), ze po policzkach Skrawki spływały cichutko dwie maleńkie łzy.
    W taką noc Skrawka czuła się bardzo samotna.
    Ale wstawało słońce, rozlegał się śpiew ptaków i Skrawka wracała do swych codziennych zajęć, z tym swoim pogodnym uśmiechem.
    Aż pewnego dnia zdarzyło się coś, co sprawić miało, że życie Skrawki zmieniło się całkowicie. Pewnego letniego popołudnia Skrawka wybrała się do parku, aby poczęstować mieszkające tam wiewiórki świeżutkimi, przepysznymi orzechami. Wiewiórki, jak wiadomo uwielbiają orzechy.
    Gdy szła ścieżką, zobaczyła nagle na ławeczce, tuż przy starym wiązie Dziadka. Dziadek siedział z zamkniętymi oczami, grzejąc się w ostatnich promieniach letniego słońca, które przemykały się powoli między listkami potężnych, parkowych drzew.
    Skrawka nie wie do dziś, co sprawiło, że zatrzymała się wtedy i zamiast iść do wiewiórek, stała i przyglądała się Dziadkowi. Czuła jakby znała go od stu lat i właśnie ponownie spotkała po długim, długim niewidzeniu.

  31. Mimi, siostra wiatrem otulona.

    Mysia była zła. Nawet bardzo, ale to bardzo, zła! Kiedy wracała ze szkoły do domu cała aż drżała ze złości. Małe stópki dreptały szybciutko, nosek i wąski Mysi energicznie poruszały się w górę i w dół…
    – Bez…sen…su…- przez zaciśnięte zęby wylatywały słowa wściekłej myszki- to nie może być prawdą!..- krzyknęła Mysia i aż sama przystanęła na dźwięk swoich słów, lecz już po chwili zgarbiona i wściekła podążała przed siebie. W główce tej małej istotki myśli kłębiły się jak szare i ponure chmury na niebie.
    -Buuu…-rozmyślania Mysi przerwał głośny okrzyk i przed myszką stanęła na ścieżce drobna postać, która nagle wyskoczyła zza drzewa. Była to jej młodsza siostrzyczka- Mała Mimi.
    -Mysiu, nareszcie jesteś! Gdzie byłaś? … Mama już nie może się doczekać twojego powrotu do domu!- z ust małej myszki wypływał potok słów. Mała Mimi zawsze miała w sobie dużo energii. Była wesołą, rozbrykaną myszką, która uwielbiała biegać i dokazywać.
    -No chodź szybciej!-zniecierpliwiona złapała starszą siostrę za rękę, która naburmuszona i zła stała w miejscu. Lecz Mysia była taka zła! Taka zła! …że wyszarpnęła ze złością swoją łapkę z łapki Małej Mimi, aż ta upadła na ziemię i zaczęła płakać.
    -Odczep się!- krzyknęła Mysia do płaczącej siostrzyczki i nie oglądając się za siebie pobiegła szybko w stronę domu. Nie czuła skruchy, że była tak zła na młodsza siostrę, oraz że jej nie pomogła wstać i jej nie przeprosiła… Czuła tylko narastająca wściekłość. A przecież miał to być jej dzień, dzień jej ósmych urodzin. Czekała na ten dzień cały rok! A wszystko przez to, że jej najlepsza koleżanka Jeżynka powiedziała Mysi dzisiaj w szkole, że… że…
    Mysia na samo wspomnienie tamtej chwili aż zagryzła wargi. Z jej oczu popłynęły łzy, które myszka szybko otarła łapką szepcząc przy tym do siebie- Po co płaczesz?… co ci to da?
    Przed jej oczami pojawił się domek , na którego progu czekała mama z ogromnym uśmiechem na pyszczku.-Kochanie, nareszcie jesteś…- mama chciała przytulić córeczkę, lecz ta ją odepchnęła i wbiegła do domku krzycząc:
    -Dajcie mi spokój! Nie chcę urodzin! Nic nie chcę! Chcę zniknąć!!!!
    Krzykom Mysi towarzyszył huk zamykanych do jej pokoju drzwi.
    Mama w pierwszej chwili aż zaniemówiła. To było niepodobne do jej córeczki. Mysia miała swoje gorsze dni i kaprysy, ale nigdy nie zachowała się tak okropnie. Kiedy już miała iść do pokoju córki, żądając przeprosin i wyjaśnienia co się stało i skąd tyle w niej zła, do domku wbiegła Mimi. Zapłakana i brudna wtuliła się mocno mamę.
    -Ma..mu..siu..-szlochała myszka-My…sia mnie… odepchnęła, ona jest… nie… nie ..niedobra!- krzyknęła i jeszcze mocniej zaczęła płakać. Długo mama uspokajała Mimi, która zmęczona płaczem w końcu usnęła w jej ramionach. Kiedy mama położyła maleństwo do łóżka, czule całując ją w czoło, rozejrzała się po pokoju. Tort stał na stole, balony nadmuchane z pomocą Małej Mimi leniwie bujały się pod sufitem. Wymarzona hulajnoga Mysi, ozdobiona wielokolorową kokardą stała oparta o ścianę. Mama smutno spuściła głowę i cichutko westchnęła. Wiedziała, że czeka ją poważna rozmowa z Mysią i to w dzień jej ósmych urodzin. Wiedziała też, że nie mogła zostawić rozmowy na kolejny dzień, zachowanie jej starszej córki było naganne i niestety musiała ponieść konsekwencje swojego zachowania, nawet w tak wyczekiwanym dniu.
    Zapukała do drzwi pokoju Mysi. Odpowiedziała jej cisza. Nie chcąc zaostrzać i tak napiętej atmosfery, mama wzięła głęboki oddech i starając się mówić jak najspokojniej, powiedziała:
    – Mysiu, proszę otworzyć drzwi, musimy porozmawiać.
    Łapka mamy zacisnęła się na klamce a drzwi cichutko się otworzyły. -Mysiu, słyszysz co do ciebie mówię?-Oczom mamy ukazał się pusty pokój myszki. Mysi nie było. Wpierw mama pomyślała, że Mysia śpi, że zmęczona złością usnęła, lecz kiedy podeszła bliżej łózka, jej najgorsze obawy się potwierdziły- myszki nie było w pokoju! Plecak leżał rzucony niedbale na środku pokoju, rzeczy były poprzewracane , ale myszki nie było.
    Mama Mysi poczuła ukłucie w sercu, świat nagle zaczął wirować jej przed oczami. Usiadła na skraju łózka i po chwili ze zdziwieniem zaczęła rozglądać się wokół siebie.
    – Co ja miałam zrobić?… Coś miałam powiedzieć, tylko komu?…- szeptała do siebie mama Mysi nerwowo poruszając wąsikami.
    Stało się coś dziwnego, mama Mysi zapomniała! Zapomniała Mysię… Jak to możliwe?
    Żeby zrozumieć, co się wydarzyło, musimy cofnąć się do momentu, w którym Mysia wbiegła do swojego pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. To właśnie wtedy mała myszka przesiąknięta wściekłością i gniewem wykrzyczała słowa „Chcę zniknąć”… Mysia zapomniała, że słowa wypowiedziane w dniu swoich urodzin, traktowane są jako Marzenia Do Spełnienia. W ten jeden magiczny dzień roku, wróżki urodzinowe cichutko wlatują do kieszonek, do plecaków i czekają na magiczne zdanie, które zaczyna się od „Chcę…”. Tutaj, zazwyczaj bohaterowie i bohaterki Urodzinowego Dnia, mówią co chcą dostać tego wyjątkowego dnia w roku, dnia, w którym to oni są najważniejsi. Ale nie chodzi tutaj o prezenty materialne, nie! Chodzi o najskrytsze pragnienia. Np. chcę być lubiana, chcę mieć dobry dzień, chcę żeby moi rodzice mieli dzisiaj dla mnie czas….Tyle że Mysia chciała zniknąć i nim wróżka Chichotka dostrzegła swój błąd…Mysia stała się powietrzem. Zniknęła ze wspomnień wszystkich, którzy ją znali. Mama Mysi czuła, że coś jest inaczej, że czegoś jej brakuje, ale nie wiedziała czego. Nagle koleżanki i koledzy zapomnieli o małej nadąsanej myszce, która pokłóciła się zę swoją najlepszą koleżanką Jeżynką . Według Mysi była to zdrada i to taka NIE DO WYBACZENIA! Wyobraźcie sobie, że Jeżynka nie chciała być w parze z Mysią, ani usiąść z nią w ławce, bo Mysia była niemiła dla ich koleżanki Sówki…

  32. Inka i pająk

    Przyszła wiosna do ogrodu,

    Można bawić się na trawie,

    I już nie ma śniegu, lodu,

    Wtem przeszkadza mi w zabawie…

    Pająk czarny, pająk duży!

    Wchodzi już na buty moje!

    Cofam, wpadłam do kałuży,

    Bo okropnie się go boję!

    I pomocy głośno wzywam,

    Tata biegnie przerażony,

    Ja nogami mocno kiwam,

    Pająk został już zrzucony,

    Tata pyta co się dzieje,

    Bo ja tylko w wodzie brodzę,

    Czarny zwierzak w trawę wieje,

    Buta nie mam na swej nodze,

    Tatuś bierze mnie z kałuży,

    Mówię „Pająk po mnie łaził!

    Był ogromny, taaki duży!”

    „Chyba bardzo Cię przeraził.”,

    Tak rzekł w odpowiedzi do mnie,

    „Też się bał, bo tak uciekał.”,

    Buty mokre, mokre spodnie,

    Pełno wody po mnie ścieka,

    Lecz spokojna teraz jestem,

    Ja pająka wystraszyłam,

    Tylko jednym moim gestem,

    To ja w jego domu byłam,

    Gdy się będę znowu bawić,

    To rozglądnę się dokoła,

    By mu strachu już nie sprawić,

    I tak głośno tam nie wołać.

  33. Zanosiło się na burzę, ale koniec dnia w osadzie przebiegał jak zawsze
    spokojnie i niespiesznie. Wszyscy oczekiwali na godzinę medytacji. Przed
    zachodem słońca otoczeniem targnął dość głośny huk, a w powietrzu
    zaznaczył się wyraźny i drażniący zapach zepsutych jaj. Smok jak to
    zawsze miał w zwyczaju, wypuścił gazy, co przyniosło mu dużą ulgę. Każdy
    gdzie był i co robił, poszedł i zostawił to, co właśnie zaczynał, albo kończył
    robić i poszedł w kierunku skalnej groty, gdzie od miesiąca leżał smok.
    Smok mieszkał w grocie, ale od pamiętnego dnia tylko leżał i puszczał
    gazy przez zachodem słońca. Cała społeczność dbała o niego jak o własne dziecko, jak czynili to ich dziadowie i ojcowie, i pewnie wcześniej też ktoś o smoka dbał, ale nikt już nie pamiętał od kiedy smok mieszkał z nimi.
    Teraz jednak smok był poważnie chory. Złamana noga nie mogła się zrosnąć, a brak ruchu powodował coraz większe odleżyny na prawym boku zwierzęcia. Z każdym dniem był coraz słabszy i słabszy. Problemy smoka zaczęły się od
    nieudanego podejścia do lądowania w taki jak dziś burzowy wieczór. Nikt nie
    mógł zrozumieć dlaczego smok przyleciał od wschodu, czyli od strony
    Wiecznych Piasków. Jak do tej pory zawsze przybywał od strony specjalnie dla niego przekopanego Wzgórza Przodków. Miesiąc temu jednak jego lot był
    zdecydowanie szybszy i bardziej zarzucało mu tylne nogi. Pech chciał, że przy tym nieudanym lądowaniu smok zawadził jedną nogą o krawędź góry i
    niefortunnie ją złamał. Po tym fakcie jakoś doczłapał się do groty, z której do tej pory nie wyszedł. Dzisiaj w atmosferze jajecznej woni każdy osadnik usiadł
    przy grocie i pogrążył się w zamyśleniu. Nie wszyscy jednak odurzeni, myśleli podobnie i zresztą nie mogło tak być. Płaskogłowi tylko siedzieli i patrzyli
    w ziemię, ich myślenie było nijakie i w sumie sprowadzało się do tematu
    kolacji. Kobiety myślały bardziej konkretnie, ale też o jedzeniu z tym, że wybiegały bardziej w przyszłość. Dzieci nie myślały i rysowały patykami dziwne rysunki na piasku. Tylko najstarszy mężczyzna był bardzo zamyślony i pewnie od jego miny ten czas nazwano godziną medytacji. Był to nie kto inny jak Wapan.
    Jesteście ciekawi o czym myślał ten człowiek ?. Nie były to czyste myśli, widać
    było, że nie są to też proste myśli, było to wręcz myślowe łamanie głowy i to
    głowy nie płaskiej, a normalnej jak u kobiet i dzieci. Starzec rozstrzygał jak co dzień główny problem jego plemienia, co się stanie gdy zabraknie smoka. Była to
    myśl tak straszna, że momentami nawet smocza woń nie była w stanie jej zagłuszyć. Tymczasem od strony bagien dawał się słyszeć cierpki głos jedynego
    mieszkającego poza osadą, plemiennika, Balanda. Był to krzyk zarzynanej świni,
    mimo, że takiej w osadzie nie było od dawien dawna. Oczywiście nikt na to
    nie zwrócił uwagi, a jedynie płaskogłowi przestali myśleć o kolacji i zaczęli w skupieniu obgryzać paznokcie. Baland od dzieciństwa był bardzo nieśmiały z powodu swoich dziwnych upodobań i dlatego z własnej woli mieszkał na bagnach, ale o tym opowiem wam później. Wapan popatrzył na zachodzące
    właśnie słońce, zmrużył oczy, zmarszczył czoło i rzekł : Stało się ?. Wszyscy obecni popatrzyli na niego, potem na siebie i zrozumieli, że stracili właśnie to, co najbardziej kochali, smoka Araka. Stało się jasne, że właśnie dzisiaj skończyła się pewna era. Wapan wiedział, że nie jest to dobra wiadomość dla tej społeczności.
    Według starych zasad, to plemię, które straciło smoka musi udać się w
    poszukiwaniu nowego, młodego smoczka za równinę Wiecznych Piasków, aby sprowadzić go do osady i podtrzymać tradycję. Z opowiadań swojego dziadka
    Wapan wiedział, że będzie to bardzo trudna i niebezpieczna wyprawa, z której niewielu powróci, a ci którzy powrócą będą zapewne płaskogłowi. Rozpoczęło się więc nieporadne formowanie drużyny Lśniących. Czas naglił.

  34. Chłopczyk wpatrywał się swoimi niebieskimi oczami w Panią Gitarę jak zaczarowany i słuchał uważnie.
    – Na powitaniu podczas muzyki, było wciąż słychać śmiechy i chichy. Nagle zagrałam piosenkę wesołą i od razu dzieci zrobiły wielkie koło – kontynuowała opowiadanie nowa znajoma chłopczyka.
    – Pani Gitaro, ale Ty śmiesznie mówisz – zauważył Franek.
    – Czasem nie czuję, kiedy rymuję – uśmiechnęła się i mówiła dalej – Szesnaście dzieci było w tej klasie, chłopców piętnaście, dziewczynka jedna. Taka mała, śliczna królewna.
    – Królewna? A król też będzie i smoki? – zapytał chłopczyk.
    – Takie historie już ktoś opowiadał, można przeczytać je w różnych książkach. A tą, którą ja Ci opowiem jeszcze nie słyszał nikt – odrzekła Pani Gitara.
    – Nikt? Jak to nikt? Nikt na całym świecie? – otworzył buzię ze zdziwienia mały Franek.
    – Jesteś pierwszy, który ją usłyszy. Mam nadzieję, że nie ostatni – puściła oczko do chłopca Pani Gitara i opowiadała dalej.
    – A więc tamtego ranka pękła mi struna od tego granka. Pewien chłopczyk, a był to Rysio szarpnął za mocno i ją urwał nieco – wspominała ze smutkiem Pani Gitara.
    – I co dalej? I co dalej? – dopytywał zaintrygowany Franio.
    – Smutek mnie wtedy ogarnął okropny. Musiałam strunę szybko naprawić, ale nie chciałam dzieci bez muzyki zostawić.
    – A gdzie taki doktor, co struny naprawia? – zapytał zaciekawiony Franek.
    – I właśnie tu zaczyna się cała przygoda, mój drogi. Gdyż, wtedy też nie wiedziałam i bardzo długo go szukałam. Opowiem Ci teraz, gdzie byłam, co zwiedziłam i kogo poznałam.
    – Ojej, ale jestem ciekawy– odrzekł Franek.
    Pani Gitara usiadła wygodnie na dywanie obok łóżka chłopca i opowiadała dalej.
    – Ruszyłam przed siebie, by myśli pozbierać. Zastanawiałam się od czego zacząć i gdzie się wybierać. Czy do Paryża, czy do Kanady. Trudno mi było kierunek podróży ustalić. Zaczęłam najbliżej, od Polski, wiadomo. Spotkałam orzełka białego i zapytałam jego, czy mi pomoże znaleźć od strun doktora, bo czeka na mnie cała dzieci szkoła.
    – Orzeł? – wtrącił z zainteresowaniem Franek
    – Tak, można go u nas spotkać.To symbol naszego kraju. Tak jak czerwono- biała flaga – odrzekła Pani Gitara.
    – A tak, ja znam taki wierszyk: ,,Kto ty jesteś Polak mały, jaki znak Twój orzeł biały..’’- recytował chłopczyk.
    – No proszę, rewelacja – odrzekła z dumą Pani Gitara.
    – Ale gdzie ten doktor od strun? – pytał niecierpliwy Franek.
    – ,,Na północ się udaj, tam ktoś będzie wiedział’’ – orzełek mi wtedy tak odpowiedział, skrzydła wyprostował i nagle odleciał.
    – I czym pojechałaś na tą północ? – dopytywał chłopiec.
    – By się przemieścić z miejsca do miejsca używam pewnego magicznego zaklęcia. A brzmi ono tak: ,,Pani Gitara brzdęk, bęc, tararara’’. Kiedy wymawiam te słowa, znajduję się tam, gdzie chce moja głowa.
    – Łał, ja też chcę, ja też chcę. Pani Gitara bęc, tryk, lala? – podskakiwał na łóżku rozradowany chłopczyk.
    – Słuchaj uważnie: ,,Pani Gitara, brzdęk, bęc, tararara’’- powtórzyła
    – Teraz już wiem – odrzekł i powtórzył magiczne zaklęcie już bez pomyłki.
    – Północ odległa mi się wydała i wtedy Wielka Brytania przed oczami mi się ukazała. Dźwięk dzwonów było słychać z dala i nazwa Big Ben mi się pokazała – ciągnęła Pani Gitara.
    – Big Ben? A co to, to jest? – pytał zaciekawiony Franciszek.
    – To taka słynna, ogromna wieża z zegarem i dzwonem, która znajduje się w Londynie, właśnie w Wielkiej Brytanii. A niedaleko mieszka królowa Elżbieta – opowiadała Pani Gitara
    – O znowu królowa, ona na pewno wie, gdzie Twoje struny naprawić – stwierdził chłopiec.
    – Niestety mój drogi, ona też nie wiedziała, gdzie mam się udać nie powiedziała. Bawarki tam się tylko napiłam, śniadanie obfite zjadłam, fasolkę, bekon, a do tego jajka. Nabrałam sił i ruszyłam dalej, by swego wybawcę jak najszybciej odnaleźć.
    – Bawarkę? A co to, to jest? – zapytał Franek.
    – To taka herbatka z mlekiem, bardzo pyszna i uwielbiana w Anglii i Wielkiej Brytanii.
    – O fuj, ble, to obrzydliwe– zachichotał chłopczyk.
    Pani Gitara uśmiechnęła się do chłopca serdecznie i zaczęła opowiadać dalej o swoich poszukiwaniach kogoś, kto naprawi jej strunę.
    – Wypowiesz ze mną zaklęcie jakie muszę mówić, żeby się przenieść do innego kraju? – zapytała
    -,,Pani Gitara brzdęk, bęc, tararara, Pani Gitara brzdęk, bęc, tararara – powtarzał rozradowany chłopczyk.
    – Wypowiadając te magiczne słowa, nagle od nadmiaru zapachów rozbolała mnie głowa. Tak się znalazłam w przepięknej Holandii…..

  35. Nagle Ciapek zaczął zanosić się od śmiechu.
    Hi hi ha ha .
    Co się dzieje?-zapytał zdziwiony Nati .
    To łaskoczę hi hi – chichotał .
    No tak tyle tu kabelków więc cię łaskoczą – przytaknął mały mechanik.
    Zniosę wszystko …oprócz złotego jajka.
    Roześmiali się w głos oboje . No to jedziemy w drogę.. Cała drużyna : Gazik, Biała Łapka, Nati i oczywiście Ciapek wyruszyli na zawody.

    Pierwsza konkurencja polegała na wyciągnięciu zakopanego auta z błota. I tutaj Ciapek nie miał sobie równych. Brum-szum-pum i auto już wyciągnięte! Widownia pokochała od razu czerwonego traktorka.
    Kolejna konkurencja to uciągnięcie czterech pełnych przyczep z ziarnem pod górkę. Inne traktory również nie dają za wygraną. Sprężają się ,gazują co sił w silniku. Zeti pierwszy błyskawicznie wystartował zużywając cały zapas sił równie błyskawicznie. Nie dał rady. Massi dobrze wystartował lecz w połowie zadusił mu się silnik . Fendi podzielił los Massiego.

    Coś nie prawdopodobnego!
    Tylko Ciapek dobrze rozłożył siły od samego startu aż po metę.
    Wiedział że ma bardzo ciężki ładunek i musi rozłożyć siły na cała trasę. Dzięki temu silnik wytrzymał.

  36. Ciepły dzień i słońce świeci,
    więc na spacer wyszły dzieci.
    Jeżdżą, chodzą i biegają,
    mnóstwo rzeczy dziś poznają.

    Tomek z Bartkiem na rowerkach,
    Romek z Antkiem w dziuplę zerka.
    Zuzia z Adą spacerują
    i przyrodę obserwują.

    Tosia wręcz krzyknęła prawie,
    bo dostrzegła jeża w trawie.
    Ale Tosia mądra głowa,
    – Niech się maluch szybko schowa.
    Choć ciekawi Tosię zwierzę,
    wie jak płochliwe bywają jeże.
    Dobrze wiedzą nasze brzdące,
    jak zachować się na łące.

    Na rowerku tylko ścieżką
    jeździć można lub iść pieszo.
    Gniazda, norki, dziuple, domki,
    to mieszkanka przyjaciół z łąki.

    Tosia cicho omija jeżyka,
    patrzy jak szybko pod krzaczek umyka.
    Tomek schodzi wtem z rowerka
    i wysoko w niebo zerka.

    Woła Bartka szeptem prawie,
    – Zobacz co tu leży w trawie!
    Bartek patrzy ze zdziwieniem,
    – Cóż tu leży za stworzenie?

    Wtem przybiegła Zuzia z Adą,
    poratować chłopców radą.
    – To wiewiórka!- mówi Zuzia,
    – Ruda kitka, ruda buzia.

    Chłopcy się zastanowili,
    jak zachować się w tej chwili.
    Lecz niedługo troska trwała,
    bo mamusia przykicała.

    Wzięła malca w ząbki swoje,
    i zniknęli wnet oboje.

    – Jakie szczęście! – Ada woła,
    bo wyraźnie jest wesoła.
    Wspólnie z Tosią się radują,
    – Mamy zawsze uratują!

    A za drzewem z drugiej strony,
    stoi Antek zasmucony.
    Pyta Romka – Co to znaczy?,
    bo przykrego coś zobaczył.

    – Gniazdko spadło ptasie chyba,
    tutaj leży obok grzyba.
    Piórka się też rozsypały,
    lecz je dzieci pozbierały.

    Jajko się gdzieś poturlało,
    jakby tego było mało.
    Ada już je trzyma w rękach,
    Zuzia zaś nad gniazdkiem klęka.

    Trzeba pierze zebrać szybko
    i ułożyć w gniazdku gibko.
    Jajko zaś ułożyć w środku
    i umieścić w dziupli spodku.

    Bo ptaszyna jest zbyt mała,
    żeby gniazdko ratowała.
    Tutaj pomoc nie zaszkodzi,
    więc pomogli ludzie młodzi.

    Tyle przygód, tyle zdarzeń,
    jeszcze więcej w głowach marzeń.
    Chcą pomagać i ratować,
    wiedzą gdzie, jak się zachować.
    I największą prawdę znają,
    młodszym braciom pomagają.

    Taki spacer fajna sprawa
    i nauka i zabawa.
    Daje przykład człowiek młody
    o swej trosce dla przyrody.

    Zuzia, Ada, Tomek z Bartkiem,
    Tosia no i Romek z Antkiem.
    Dzielna grupa zuchów małych,
    tak odważnych i wspaniałych.

    Wieczór się powoli zbliża,
    bo słoneczko się już zniża.
    Dzieci muszą wracać już powoli,
    co niektórych zadowoli.

    Kiedy po dniu noc nastała,
    wnet ożyła łąka cała.
    Jeżyk noskiem kręci tu i tam,
    sprawdza cicho czy jest sam.

    Coś tam wierci się za krzaczkiem,
    to coś chyba jest zwierzaczkiem.
    To kolczaste małe stworki,
    wyszły z mamą ze swej norki.

    I spod krzaczka aż za drzewo,
    drepczą spoglądając w niebo.
    Tam wysoko coś się dzieje,
    ktoś rozrabia i szaleje.

    Wtem skorupka z nieba spada,
    chyba jeżyk na sąsiada.
    To wiewiórka oczywiście,
    nura daje prosto w liście.

    I na drzewo zaraz zmyka,
    bo pilnuje swego smyka.
    Fika, bryka po gałęziach,
    w ząbkach trzyma zaś żołędzia.

    Przepłoszyła się znienacka,
    usłyszawszy w liściach gacka.
    To stworzenie bardzo małe
    i w dodatku czarne całe.

    Lata szybko jak rakieta,
    albo nawet jak kometa.
    Kiedy ściemni się na dworze,
    wisi tam, gdzie tylko może.

    Głową na dół mówię szczerze,
    tak jak wszystkie nietoperze.
    A w oddali obok sosny,
    wartę trzyma ptaszek nocny.

    To nie ptaszek się tam chowa,
    to jest wielka mądra sowa.
    Wielkie oczy wytężyła,
    bo się łączka wyciszyła.

    Nogi swoje lekko zniża,
    gdyż z daleka kto się zbliża.
    Kot odważny jest, nie tchórzy,
    chociaż sowa to ptak duży.

    I tak sowa w liściach siedzi,
    a kot inne zwierzę śledzi.
    Patrzy, kopczyk się buduje,
    może kreta upoluje.

    Ale krecik sprytne zwierzę,
    tak jak małe nietoperze.
    Chociaż widzieć mu nie dane,
    wszystko ma opanowane.

    Noskiem kręci w prawo, lewo,
    nie uderzy nigdy w drzewo.
    No bo widzieć im nie trzeba,
    by omijać sprytnie drzewa.

    Kreci nosek się wynurzył,
    czuje wszystko, choć nieduży.
    Został by tu jeszcze moment,
    lecz się zająć musi domem.

    Ważne przecież to zadanie,
    on uwielbia swe kopanie.
    Więc zawrócił szybko z drogi,
    w tunel prosto no i w nogi.

    Nocka w pełni już na łące,
    gdy zjawiły się zające.
    Przyszły skubać smaczną trawę,
    i wszystkiego są ciekawe.

    Ten zagląda w każdy kącik,
    tamten wszystko noskiem trąci.
    Jeden w lewo, drugi w prawo,
    bo to dla nich jest zabawą.

    Uszy nagle nastroszyły,
    bo się cienia wystraszyły.
    A to tylko kuna była
    i zające wystraszyła.

    Strasznie szybka, a i zwinna,
    no bo taka być powinna.
    Musi wciskać się w szczeliny,
    robią przy tym śmieszne miny.

    Lubi sobie cicho pisnąć,
    kiedy ciężko się przecisnąć.
    I przez łąkę w mig przemknęła,
    zapiszczała i zniknęła.

    Ciemna noc prawie,
    a tu znowu gość na trawie.
    Idzie wolnym kroczkiem sobie,
    ciemną plamkę ma na głowie.

    I na łapce i na brzuszku,
    jeszcze jedną ma na uszku.
    Aaa! To piesek. Nie do wiary!
    Czyżby był już bardzo stary?

    Smutny jest i wystraszony,
    a do tego też zmęczony.
    O co chodzi, co się stało,
    że aż tutaj go przywiało.

    Nie wiadomo, dziwna sprawa,
    że nie w głowie mu zabawa.
    Znalazł gęsty, mały krzaczek,
    i tam zasnął w mig biedaczek.

    A na łące życie trwa,
    bo znów idą stworki dwa.
    Oj, to chyba są nicponie,
    mają małe ludzkie dłonie.

    Bardzo sprytne, zwinne łapki,
    tak zwinne jak u małpki.
    Księżyc jaśniej wtem zaświecił.
    Wysypują z kosza śmieci!

    Leci papier i butelka,
    jeden na drugiego zerka.
    Rozsypały śmieci wkoło,
    bawiąc przy tym się wesoło.

    Z ponurą miną siedzą,
    bo myślały że coś zjedzą.
    Nie wzruszone bałaganem,
    w mig zniknęły tuż nad ranem.

    Już powoli nocka mija,
    gdy na łąkę pełznie żmija.
    Czyżby w śmieciach się chowała?!
    Ona chyba w koszu spała.

    I dwa szopy ją spłoszyły,
    w nocy przyszły i broiły.
    Żmijka zwinnie wtem fiknęła,
    zasyczała i zniknęła.

    Słońce promyczkami drapie
    kota, który smacznie chrapie.
    Wstaje kotek mruży oczka.
    Eh, skończyła się już nocka.

    Sowa dawno odleciała,
    chociaż chętnie by pospała.
    Już na innym drzewie siedzi,
    wielkim okiem myszki śledzi.

    Ale myszki zwinne stworki,
    w mig uciekną do swej norki.
    Budzi się już nasza łąka,
    Tu motylek, tam biedronka.

    Wkoło słychać ptasie trele,
    to są nasi przyjaciele.
    Rozśpiewuje się słowiczek,
    obserwuje go winniczek.

    Bardzo wolnym krokiem sunie,
    nim słowiczek mu odfrunie.
    Cicho robi się na łące,
    już zniknęły dwa zające.

    Sowy nie ma i krecika,
    wszelkie życie tu zanika.
    Ale tak się tylko zdaje,
    takie tutaj są zwyczaje.

    Każde zwierzę zrozumiało,
    kiedy można chodzić śmiało.
    I chodź tchórzem nie jest żadne,
    życie wiodą tu gromadne.

    Każdy wie, że w swoim domu
    nie narazi się nikomu.
    Słońce łąkę już ogrzewa,
    trawkę, krzaczki, oraz drzewa.

    Promykami budzi życie,
    aby czuć się znakomicie.
    A motylki w blasku słońca,
    mogą latać tak bez końca.

    Piękny widok rankiem budzi,
    tak zwierzęta jak i ludzi.
    Ranek minął, już południe,
    dzień na łące mija cudnie.

    Nudy jednak krótko trwają,
    bo już dzieci podążają.
    Już nie mogły się doczekać,
    by móc znowu razem biegać.

    Nagle stają i zdziwione
    patrzą wszystkie w jedną stronę.
    – Ojej! Ojej! Krzyczą dzieci.
    – Skąd się wzięło tyle śmieci?!

    Przecież wczoraj czysto było,
    mnóstwo dzieci się bawiło.
    Lecz kulturę wszystkie mają,
    w koszu śmieci zostawiają.

    Tomka już ciekawość zżera,
    Bartek z Antkiem śmieci zbiera.
    Kto to zrobił? Zbrudził wszystko!
    To nie przecież wysypisko.

    Romek woła do chłopaków,
    – Coś wystaje tam spod krzaków!
    Pozbierali szybko śmieci,
    bo tak robią grzeczne dzieci.

    I już idą w stronę Romka,
    Antek z Bartkiem obok Tomka.
    Tosia też już z dziewczynkami
    widzi postać pod krzakami.

    Nagle łepek się wynurza,
    smutna mordka i nie duża.
    Oh! – To piesek! – Krzyczy Ada.
    Zuzia się do niego skrada.

    Powolutku i ostrożnie,
    chociaż nie wygląda groźnie.
    Strasznie smutne robi minki,
    lecz już tulą go dziewczynki.

    A on do nich się przytula
    i ogonek swój podkula.
    Tosia już na pomysł wpadła,
    wzięła pieska i usiadła.

    – Ja nie oddam go nikomu!
    – Chociaż mam już pieska w domu.
    – Ja zabiorę go do siebie,
    będzie życie miał jak w niebie.

    – Tak nie wolno! – krzyczy Tomek.
    – On na pewno ma swój domek.
    Sytuacja dzieci dziwi
    i chcą pieska uszczęśliwić.

    Trzeba Pana znaleźć pieska,
    by dowiedzieć się gdzie mieszka.
    sami tego nie zrobimy,
    lecz dorosłych poprosimy.

    Tomek woła – Ja to zrobię!
    – Mieszkam przecież tuż za rogiem.
    Biegnie Tomuś płacząc prawie
    opowiedzieć to tej sprawie.

    Wraca zaraz z tatą swoim,
    reszta dzieci z pieskiem stoi.
    Tata Tomka mu pomoże,
    spojrzał zaraz na obrożę.

    I ucieszył się bo piesek
    ma zawieszkę z swym adresem.
    Jak to dobrze że tak można,
    kiedy psinka nie ostrożna

    i się zgubi poza domem
    to ma adres z telefonem.
    Dzięki temu nasz towarzysz,
    będzie miał to, o czym marzy.

    ciepły domek swego Pana
    i pieszczoty na kolanach.
    Dzieciom smutno się zrobiło,
    że ich zwierzę opuściło.

    Nagle Zuzia woła z ławki,
    – Chodźcie, wzięłam dziś zabawki.
    – Pobawimy się klockami,
    albo sobie w coś pogramy.

    A więc dzieci w krąg siadają
    i już gry się rozkładają.
    Eh! Ciekawie jest na łące,
    nawet gdy już zajdzie słońce!

  37. „Trzy małe świnki”

    Trzy świnki małe,
    które są bardzo zuchwałe
    z złego wilka się śmiały
    i niczego nie podejrzewały.
    W tym czasie świetnie się bawiły,
    dopóki nie postanowiły,
    że każda dom sobie zbuduje
    taki jak jej pasuje.
    Pierwsza świnka z lenistwa znana,
    postawiła domek z samego siana.
    Z drugiej świnki jest stolarz znany,
    zbudowała domek drewniany.
    Ostatni braciszek bardzo pracowity,
    postawił murowany domek wyśmienity.
    Podziwiały świnki swoje domki,
    jedząc przy tym jabłka i poziomki.

  38. „O Brzuchaczu Pierwszym Wielkim i krainie Cukrolandii”

    Dawno, dawno temu za dwiema mlecznymi rzekami i górami z cukrowej waty mieszkał król. Jego poddani nie bez powodu nadali mu tytuł Brzuchacz Pierwszy Wielki. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało o tak arcytęgim Jegomościu. Królowa, małżonka Brzuchacza, aż zmarła ze zgryzoty próbując serwować mężowi zdrowe posiłki. Koktajle warzywne? Brokuły na parze? To nie były dania dla tak wszechmocnego króla jak on. Siłę i krzepę kojarzył z ociekającym tłuszczem faworkiem i pączusiem. Tak sobie powtarzał, przeglądając się codziennie w lustrze: -Och! Ach! Jaki ja jestem piękny! A jaki silny! Ten brzuszek i kręcone loki. Mogę tylko świecić wyglądem. Zachwycony samym sobą król wychowywał dwie córki: Kruszynkę Landrynkę i Wielką Bezę. Jednak słuch po nich szybko zaginął jak tylko dorosły i wyszły za mąż. Kto nadał dziewczynkom tak dziwaczne imiona? Oczywiście sam Brzuchacz, chcąc w ten sposób uczcić swoją miłość do słodyczy. Kruszynka Landrynka poślubiła księcia z bogatej Bakłażanii. Chłopcy z owych stron wyrastali na silnych i wysportowanych mężczyzn. Mimo że owa kraina pełna warzyw była głównym wrogiem Brzuchacza Pierwszego Wielkiego, to król dał za wygraną i pozwolił córce na wybór tamtejszego księcia. Wielką Bezę zaś, której figurka idealnie pasowała do imienia, uwiodła wizja codziennej dostawy kilograma marcepanowych cukierków i ruszyła za miłością życia w daleką Marcepanie. O hucznych weselach dziewczęta mogły jedynie pomarzyć. Po skromnych zaślubinach córki króla łasucha wnet rzuciły się w wir królewskich obowiązków. To tatuś, słynący ze swojej miłości do słodkości, poskąpił młodym kobietkom wesela. Dziewczęta długo nie mogły mu wybaczyć, że nie wyprawił im uroczystości na tysiąc par. Niestety miał on wówczas dużo ważniejsze dla niego sprawy na głowie. Wraz z najlepszymi ciastkarzami z Cukrolandii pracował nad przepisem na pierniki z nutą goździków i pomarańczy. Zwyczajne cynamonowe pierniczki były zbyt proste dla Brzuchacza, ani się nimi nie najadał, ani nie zachwycały go smakiem. -Nie to nie to. Smakują okropnie! Co za katastrofa!-komentował król ze skrzywioną miną. Dla największego w dziejach Cukrolandii smakosza ciasteczek najważniejsze było ciekawe, pyszne i nieskromne nadzienie, na które przeznaczano większą część monet ze skarbca. Wszyscy doradcy króla wiedzieli jak trudno mu dogodzić i rwali sobie włosy z głów, gdy musieli stale zaglądać ile monet jeszcze zostało na królewskie zachcianki. Pewnego dnia sami poddani Brzuchacza mieli dość jego panowania w Cukrolandii. Królewski skarbiec zmniejszył się do tego stopnia, że supertajny służący króla, Roladiusz z rozkazu Jego Królewskiej Mości zaczął zabierać mieszkańcom Cukrolandii to, czego królowi brakowało. Bogaci Słodyczożercy nie mieli za złe królowi, że ubyło im dwa opakowania pralinek z kokosowym i orzechowym wypełnieniem, bo w swoich posiadłościach posiadali po pięć komnat podobnych czekoladek, oprócz żelek owocowych i rurek śmietankowych. Ubożsi zaś niechętnie pozbywali się czekoladowych serduszek otulających truskawkową piankę. Gdy Roladiusz domagał się od państwa Toffików kruchych ciasteczek z karmelową polewą, to pan Toffik zerwał się na równe nogi i odrzekł: -Za skarby wszelkie, zamki wielkie karmelowych ciasteczek nie oddamy. To nasze zapasy i jedyny poczęstunek dla gości. Kruche ciasteczka przecież nie są godne Królewskiej Mości.

  39. Przez ulicę miasta toczył się tłum. Z przodu kroczyły dzieci. Były w przebraniach. Miały plastikowe głowy kotów, wilków, psów i koni. Niektóre założyły futrzane kombinezony. Trzymały się za ręce i skandowały: „Głos dla zwierząt! Głos dla zwierząt!”. Niosły transparenty: „Zwierzę to też człowiek”, „Dzieci zwierzętom”, „Podaj im łapę”.
    W górze fruwały balony i wiatraki. Strzelało konfetti. Opiekunowie podzielili się na grupy. Każda ochraniała część pochodu. Organizatorami byli uczniowie, lecz do marszu dołączyło wielu dorosłych. W powietrzu czuć było zapał, radość i zjednoczenie.
    Dzieci zatrzymały się na głównym placu. Przez tłum przedzierała się nauczycielka. Ciągnęła za rękę dziewczynkę. Miała ona na imię Alicja. Ubrała się jak zawsze wygodnie: w leginsy i luźną kurtkę. Nosiła też wysokie converse’y. Przez ramię przewiesiła torebkę z masą naszywek. Na jednej napisano „Kumpel”.
    W oczach, jak zielona planeta, odbijały się promienie słońca. Dziewczynka próbowała trzymać równowagę, chociaż nogi jej drżały. Była odważna, lecz nigdy nie występowała przed tak szeroką publicznością.
    Nauczycielka z uczennicą stanęły na drewnianym podeście. Niski i silny głos pani Gizeli uciszył wrzawę:
    − Drodzy państwo, dzieci, mamy czwartego października. Na całym świecie obchodzimy światowy dzień zwierząt. Z tej okazji zorganizowaliśmy marsz ulicami miasta. Był to pomysł naszej uczennicy i koleżanki Alicji. Dlatego teraz oddaję jej głos.
    − Dzień dobry – zaczęła nieśmiało. – Odczytam list uczniów ze szkoły podstawowej w Nieborkowie. Uwaga! Zaczynam:
    „Marsz ten dedykujemy zwierzętom. My, dzieci, jesteśmy wrażliwsze niż dorośli. Słyszymy, co mówią psy, koty, rybki i wszystkie inne żywe istoty. Występujemy w ich imieniu, bo one same nie mogą zabrać głosu. Człowiek je oswoił i zawsze będzie za nie odpowiedzialny. Dlatego prosimy was, dorosłych, przestańcie kupować nam drogie zabawki i słodycze. Pieniądze te wrzucajmy do skarbonki. Za rok, tego samego dnia, zanieśmy do schronisk lub towarzystw dla zwierząt. Weźmy z przytuliska czworonoga. Nie czekajmy. Uratujmy tęskniącą duszę. Nie ważne jakiej rasy. Troszczmy się o stworzenia, które mieszkają w domach, gospodarstwach i lasach. Uczmy się ich języka, żebyśmy się rozumieli i nie krzywdzili. Kochajmy zwierzęta!”
    Ludzie zaczęli bić brawo. Z radości unosić ręce. Ala, stojąc na podeście, odszukała wzrokiem mamę. Była tam, gdzie się umówiły. Podziękowała wszystkim i pobiegła pod księgarnię Świętego Alberta.
    Kobieta jedną ręką przyciągnęła do siebie córkę i mocno przytuliła. Drugą trzymała na smyczy krępą, biszkoptową suczkę. Pies miał obrożę z przypiętą blaszką. Wyryto na niej imię „Bułka”.
    – Kochanie, jestem z ciebie taka dumna – powiedziała mama ze łzami w oczach. Pocałowała dziewczynkę w czubek głowy.
    Stojąca obok Bułka zaskomlała. Pomerdała ogonem jakby na znak zgody.
    Pomysł, by zorganizować ten marsz, zasługiwał na pochwałę. Mimo to trzeba przyznać szczerze: Ala nie zawsze miała tak szlachetne serce. Kiedyś stało się coś, co ją odmieniło. Co takiego? Cofnijmy się do tamtego czasu…

  40. Witam autorów. Właśnie otrzymałem informację, że moja debiutancka bajka nie zmieściła się w finałowej „50” tegorocznego konkursu. Może jednak komuś przypadnie do gustu. Poniżej wstawiam początek. Pozdrawiam
    Bajka o Biedronce, która straciła kropeczki

    I. Poznajemy Biedronkę

    Za zakrętem rzeczki, gdzie się kończy łąka
    W rosochatej wierzbie mieszkała Biedronka.
    Miała dwa skrzydełka czerwone i lśniące,
    Sześć cieniutkich nóżek i serce gorące

    Mieszkanie na drzewie urządziła schludnie,
    Spędzała w nim chętnie każde popołudnie.
    Było tam krzesełko, stolik i łóżeczko,
    Maleńka łazienka, pokój z biblioteczką

    A w tej biblioteczce książek miała masę
    O Owadzim Księciu, co mieszkał za lasem,
    O Złym Czarodzieju i o Dobrej Wróżce,
    O chatce z piernika na koguciej nóżce

    Każdego dnia rano, jak to boże krówki,
    Wychodziła z domu na piesze wędrówki.
    Cieszyć się widokiem, krajobrazem sielskim,
    Bo miała charakter bardzo marzycielski.

    Na tych biedronkowych codziennych wycieczkach
    Lubiła rozmyślać o swoich kropeczkach.
    Kropek było siedem, wszystkie jednakowe,
    Czułym do nich zawsze zwracała się słowem:

    – Jesteście okrągłe jak rosy kropelki,
    Gładkie jak kałuża, czarne jak węgielki.
    Największą jesteście Biedronki ozdobą,
    Gdybym was straciła, nie byłabym sobą!

    I chociaż kropkami często się chwaliła,
    Brać łąkowa bardzo Biedronkę lubiła
    Za jej dobre serce i jej miłe słówka
    Kochały ją żabki i kochała mrówka.

    II. Biedronka traci swój skarb

    Jeden tylko Pająk, uważajcie, dzieci,
    Złapać chciał Biedronkę w swoje lepkie sieci.
    Wcale nie dlatego, że ostatnio pościł,
    Ale że był chciwy i kropek zazdrościł.

    Kiedyś długim marszem przez łąkę zziajana
    Usiadła na chwilę pod krzakiem bukszpana.
    – Odpocznę tu trochę, bo mnie niemoc zdjęła.
    I przymknęła oczy, i szybko zasnęła

    Nie wiedziała o tym, że właśnie w bukszpanie
    Pająk utkał swoje zbójeckie mieszkanie.
    Na widok Biedronki śmieją mu się oczy.
    – Śpi, zdaje się, twardo, łatwo ją zaskoczę

    I nie tracąc czasu niecny plan układa,
    Zdejmuje z niej kropki i do worka wkłada.
    Potem się przepasał mocnym długim sznurem,
    Worek chwycił w łapy i czmychnął na górę.

    Na górze miał skarbiec, a w nim w tajemnicy
    Przechowywał łupy z całej okolicy:
    Trzy plamy motyla, sześć butów stonogi,
    Cztery paski pszczoły i jelonka rogi.

    Ucieszył się bardzo z kolejnej zdobyczy
    I z wielkim przejęciem skarby swoje liczy.
    – Męczyłem się srodze przez kilka miesięcy,
    Lecz dziś mój majątek wart ze sto tysięcy!

    A na dole, w cieniu, gdzie żar nie doskwiera,
    Budzi się Biedronka i oczy otwiera.
    Wolno się przeciąga i prostuje stopki,
    I już chce iść dalej, …ale gdzie są kropki!?

  41. Kotka Frotka

    O tym, jak mała kotka dostała na imię Frotka.

    Przed wami, drogie dzieci, choć jeszcze o tym nie wiecie, najlepsza opowieść na świecie.
    W pewnym mieście w południowo-wschodniej części kraju mieszka Justyna, której kocie historie się trzymają. Przez wiele lat o swym futrzaku jedynie marzyła, jednak dopiero niedawno marzenie swe spełniła. I teraz pod jednym dachem można się sześciu nóg doliczyć, o ile oczywiście ktoś umie dobrze liczyć, dwóch ludzkich i czterech łap, które należą do kotki, a obie dziewczyny, jak zaraz się dowiecie, to naprawdę niezłe psotki.
    Justyna jest wesoła, ma wielu znajomych dokoła. Jest też niewysoka i szczupła. Ma jasne, kręcone, długie włosy i na co dzień, by zarobić pieniążki, pisze książki. Z kolei, bo jeszcze nie wiecie, Frotka – tak ma na imię kotka – ma futerko najładniejsze w świecie. Takie kotki to trikolorki, bo trzy barwy mają, i zwykle z tym umaszczeniem tylko kociczki bywają. Frotka jest bardzo słodka, jej kudełki wyglądają tak, jak łaciata deserowa pianka śmietankowo-karmelowo-czekoladowa. Musicie przyznać, że to pełna smaku mieszanka wystrzałowa. Frotka ma pyszczek równie uroczy i, tak jak szop pracz, zakłada ciemne futrzane okulary na oczy. Z kolei jej patrzałki są niezwykle błyszczące, duże i pięknie bursztynowe, wydaje się, że pod tym względem przypomina sowę. Nosek ma słodki i różowy, całkiem jak do całowania gotowy, pędzelki w uszach i brzuszek cały biały oraz łapki i wibrysy, podobnie jak tygrysy. Ma jeszcze małą, białą łatkę na grzbiecie, podobnie jak świnki morskie, powiecie. Teraz już mam pewność, że jeśli Justynę z Frotką spotkacie, z pewnością po tym opisie szybko je rozpoznacie.
    Najpierw jednak posłuchajcie, jak się obie panie poznały, bo żeby razem zamieszkać, wcale łatwo nie miały.
    Otóż, dnia jednego, serce mocno Justynie zabiło, gdy w Internecie pewne ogłoszenie się pojawiło. A w ogłoszeniu (macie pojęcie?!) ktoś zamieścił kota zdjęcie, na nim widniała mała, futrzana nieszczęścia kupka z oczami jak pinezki. Było w nich widać morza strachu i bardzo mokre łezki. Jak ją Justyna dojrzała, to sama już nie wiedziała: Czy to szop pracz, czy morska świnka? A może kocia, mała dziewczynka? Oooj, bardzo brudne futro ma ten stworek, trudno nawet określić, jaki jest jego kolorek, i smutne oczka nad brudnym noskiem, a pewnie – na dodatek w pakiecie – skaczące pchły pod każdym włoskiem.
    Wzięła Justyna telefon w rękę, dzwoni i pyta, trochę nieśmiało, o małą istotkę, której rozmówca zamieścił fotkę. Czemu kotka szuka domu nowego? Otóż dlatego nie chcą jej ludzie, bo w nocy biega – zamiast spać cicho, to drapie regał. Więc ogłoszenie dali na stronę, a w nim pytali: Kto zechce kłębek z puszystym ogonem?
    Zasmuciła się Justyna, bo takich biedaków czarnych i rudych, i w łatki białe, duże i małe, i pręgowanych, i… bez ogona jest cała masa, taka to strona. A każde cztery futrzane łapki pewnie noc w noc śnią o tym, że w dwie swe ręce weźmie je człowiek, by dać im serce. Długo wieczorem myślała Justyna: wszystkich zwierzaków z opresji nie wybawię, ale tej małej bez pomocy nie zostawię!
    Tak też się stało, z samego rana na w ogłoszeniu daną komórkę zadzwoniła raz jeszcze i rzekła: chcę burą kulkę. I tego dnia, już we wspólnym domu, mały kłębuszek usłyszał słowa: moja pięknotko – ty będziesz Frotką! Bo tak jak gumki z tkaniny frotte, które dziewczęce spinają kitki, tak ty, mój kotku, masz piękne futro, jak wełna w motku.
    Nazajutrz Justyna oraz w transporterze Frotka wybrały się do lecznicy, by z kocim doktorem się spotkać. On szybko przegonił pchły, że karnie w szeregu sobie poszły. Pokręcił nosem, bo kocinka chudzinka. Karmę przepisał i tak sytuację opisał: Frotka ma długą sierść po swoich przodkach, w lasach w Norwegii, dalekim kraju, żyją kocury, co takie futra mają.
    I, z tak daleka, znalazła Frotka swego człowieka. I rośnie zdrowa, coraz piękniejsza, a przy tym baaardzo dla człeka miła, bo taka właśnie w miłości siła.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *