Jak wygrać wybory? [szalona strategia dla odważnych]


 

Jak zaskoczyć konkurentów?

Jak zwrócić na siebie uwagę mediów?

Jak przekonać do siebie wyborców?

 


Z tego tekstu dowiesz się, jak zostać:

  • burmistrzem
  • radnym
  • wójtem
  • posłem
  • senatorem
  • prezydentem

Kandydat to produkt

Załóżmy, że kandydat na prezydenta, burmistrza, posła czy kogokolwiek innego jest produktem takim samym jak nowy proszek do prania. Pytanie: jak go wypromować? Czym odróżnić go od konkurencji?


Graj na swoich warunkach

Gdybym kiedykolwiek wziął udział w wyborach jako kandydat na jakieś stanowisko, zrobiłbym to zupełnie inaczej niż wszyscy. Przede wszystkim narzuciłbym konkurentom własne zasady gry.

Od początku mówiłbym na głos o… zaletach moich przeciwników. Nic o wadach. Chwaliłbym ich za to, co zasługuje na pochwałę. Bez cynicznych uwag, złośliwości. Sama szczerość.

Po takim „ciosie” mało kto zdecydowałby się mnie zaatakować. A jeśli już, to ewidentnie wyszedłby na zwykłego furiata, który szuka dziury w całym.


Ukradnij konkurentom czas antenowy

Takie podejście z pewnością ściągnęłoby uwagę mediów. Bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie podaje pomocnej dłoni swojej konkurencji, prawda?

Więc zamiast informować widzów o tym, że X znowu zarzucił Y pranie brudnych pieniędzy czy inne grzeszki, mówiono by o tym, że pochwaliłem działalność Y na rzecz lasów deszczowych itp.


Nie bój się swoich słabości

Gdyby jednak ktoś odważyłby się obnażyć moje słabe strony, nie broniłbym się. Nie udawałbym, że ich nie mam. Nie obijałbym piłeczki tekstami „a ty jesteś jeszcze gorszy”.

Wręcz przeciwnie, przyznałbym, że mój konkurent ma całkowitą rację.


W każdym człowieku jest coś dobrego

Obierając taką strategię, zyskałbym zapewne głosy tych, którzy wiedzą, że nie są doskonali, mają coś tam na sumieniu, ale w gruncie rzeczy są dobrzy. A przynajmniej starają się takimi być.

Nie pomylę się, jeśli takich ludzi w społeczeństwie jest jakieś 99 procent.


Wiem, że mało wiem, ale znam kogoś, kto wie lepiej

Równocześnie ogłosiłbym, że ponieważ nie znam się na wszystkim, po wyborach otoczę się grupą specjalistów. Ludźmi zdolniejszymi od siebie. Podałbym ich nazwiska, dorobek i zakres przyszłych obowiązków.

Pokazałbym w ten sposób, że w przyszłości nie będę forsował różnych swoich „widzimisię”, tylko najpierw skonsultuję je ze swoim sztabem. A ten ewentualnie wybije mi je z głowy.


Człowiek otwarty na współpracę i kompromis

Takim pojednawczym podejściem do konkurentów pokazałbym, że szukam porozumienia i nie zamykam się na innych. I że w przyszłości nie będę się skupiał na walce z opozycją. Chyba, że będę do tego zmuszony.


Pytanie za milion (głosów)

Czy to realne? Czy to utopia w postaci czystej? W końcu takie podejście bardzo przypomina promocję zupełnie nowego produktu na rynku:

Po pierwsze tworzę własną niszę i jestem w niej numerem jeden.

Po drugie, eksponuję konkretny zestaw charakterystycznych cech, które odróżniają mnie od konkurencji.

Po trzecie, pokazuję, że znam potrzeby mojej grupy docelowej (osób zmęczonych tradycyjnymi utarczkami polityków i całym ich „światkiem”).


Gdzie więc tkwi haczyk?

W tym, że mało kto uwierzy w taką przemianę. W to, że polityk, któremu na co dzień walczy słowem, nagle zmieni się w baranka.

Chyba, że taki kandydat będzie osobą zupełnie nową, świeżą, spoza jakichkolwiek układów, nie powiązaną absolutnie z nikim i niczym.

A takich ludzi przecież nie ma…




Zobacz też inne wpisy:

Maciej Wojtas – kandydat na prezydenta 2020

Czy bloger może być patriotą?

Hurt ci w detal, panie Marku

Jak dostać nagrodę za wychowanie dziecka?