);

O słowach powtarzanych x razy, które zmienią Twoje życie

Maciej Wojtas: copywriter i kompozytor | autor tekstów i muzyki

O słowach powtarzanych x razy, które zmienią Twoje życie

13 kwietnia 2020 Z życia wzięte 2

 


 

Życie jest przewrotne. 20 lat temu na taki tekst zareagowałbym alergicznie. 5 lat temu nie miałbym w ogóle odwagi wrzucić go na bloga. A dziś? Cóż…

 


 

Działo się to ponad 20 lat temu.

Wieczorami, kiedy było już naprawdę ciemno, wychodziłem z Collegium Minus, najstarszego budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego, w którym sufity były gotycko powyginane w łukowe wzory i kierowałem się w stronę krakowskiego dworca kolejowego.

 


 

Po przeciśnięciu się przez wąskie brukowane uliczki oplatające Rynek, trafiałem pod Sukiennice.

Dochodziły stamtąd ostre dźwięki gitary elektrycznej. Muzyk grał na niej solówki tak dobre, tak wirtuozowskie i tak niewykonalne, że aż strach. Zawsze otaczał go tłum fanów.

Idąc dalej, w okolicach bramy Floriańskiej, natykałem się na niepełnosprawnego sprzedawcę skarpet, który całym ciężarem swojego ciała oparty był na dwóch kulach.

Dzień w dzień powtarzał swoją mantrę: “Tanie-okazja-skarpety-polecam, tanie-okazja-skarpety-polecam, tanie-okazja-skarpety-polecam!”

Najrzadziej mijałem kobietę stojącą nieopodal teatru Słowackiego, która stała bez ruchu i cichym głosem od czasu do czasu powtarzała: “Odmawiajcie codziennie różaniec”.

 


 

Genialny gitarzysta budził mój szczery podziw, biedny sprzedawca skarpet wywoływał współczucie, a o kobiecie z różańcem myślałem jak o stukniętej dewotce.

 


 

Różaniec to przedziwna modlitwa.

Na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się jakimś bezsensownym “klepaniem zdrowasiek”.

Jednak to tylko pozory. To wyłącznie zewnętrzna warstwa. To rytm, w który trzeba się wprowadzić, żeby odciąć się od tego, co odwraca uwagę i dojść do sedna.

 


 

Nie wiem, czy to prawidłowa praktyka, ale zawsze, kiedy zaczynam różaniec, po chwili ląduję w sprawach, z którymi aktualnie się zmagam.
I chcąc nie chcąc, odnoszę historie sprzed 2 tysięcy lat do tego, co dzieje się tu i teraz.

Zauważam wtedy, że apostołowie, tak jak wielu z nas, naprawdę bali się wyjść do ludzi, kiedy zostali bez swojego Nauczyciela. Bali się nie tylko tego, co ludzie powiedzą, ale też co z nimi zrobią i czy to nie skończy się dotkliwą karą albo nawet śmiercią.

Rozważając na przykład Boże Narodzenie widzę, że Bóg ma konkretnie “wywalone” na wszelkie ludzkie zaszczyty czy tytuły. Żadne tego typu sprawy nie robią na nim wrażenia.

Z kolei Zwiastowanie to lekcja o tym, że warto dać Bogu zielone światło, bo Jego pomysły są naprawdę nie z tej ziemi.

 


 

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta modlitwa “rośnie” razem z osobą, która ją praktykuje.

Choć wydarzenia, które się rozważa, są stałe i niezmienne, to odniesienia do własnego życia zmieniają się praktycznie z każdym rokiem, miesiącem, a nawet dniem.

Inaczej patrzysz na to wszystko, kiedy jesteś pryszczatym singlem, a inaczej, kiedy musisz stawać na głowie, żeby utrzymać swoją rodzinę.

 


 

Do tego jeszcze te intencje, w których się modlisz.

Na początku nie wychodzisz poza czubek własnego nosa. Ale to jakoś głupio dbać tylko o swoje podwórko.

Dlatego szybko na liście spraw do przegadania z Bogiem ląduje rodzina. Najpierw ta najbliższa, potem ta dalsza. Ale i to nie załatwia sprawy.

Zaczynasz dostrzegać ogrom potrzeb, masę ludzkich dramatów, które warto dołączyć do tej niekończącej się litanii próśb, przeproszeń i podziękowań.

Już samo to zaczyna zmieniać cię jako człowieka.

 


 

Dlaczego w ogóle piszę o różańcu?

Bo od jakiegoś czasu znowu biorę udział w pewnej szalonej akcji.

Zadanie jest proste: jeśli dam z siebie dosłownie tyle, co nic, to uratuję życie dziecka, którego nie znam i najprawdopodobniej nigdy w życiu nie poznam.

Akcja polega na tym, że przez 9 miesięcy, dzień w dzień trzeba znaleźć dosłownie 5 minut na modlitwę w intencji maluszka, którego jakaś matka nosi teraz pod swoim sercem i waha się, czy dotrwa do końca.

Jest w tym coś, co kojarzy mi się z metodą kaizen. 5 minut różańca to najmniejszy wysiłek, jaki można podjąć, żeby zmienić coś w życiu drugiego człowieka.

Wysiłek wydaje się niewielki, ale w praktyce nie jest tak różowo.

Zawsze znajduje się coś innego do roboty, do obejrzenia w necie czy telewizji. W efekcie często odmawia się tę jedną dziesiątkę, leżąc już w łóżku i walcząc z napierającym snem.

 


 

Różaniec jest prosty, ale modlenie się jest trudne.

Tak czy inaczej warto się przełamać.

Warto poświęcić 5 minut stania w kolejce, jazdy tramwajem, mycia okien czy obierania ziemniaków na skierowanie swoich myśli w stronę inną niż zwykle.

Warto wejść w ten pozornie niezrozumiały świat, nawet jeśli kompletnie to nie wychodzi. Nawet jeśli dziś, teraz, w tej chwili wydaje się to bezsensowną stratą kilku cennych minut życia.

Dlaczego? Bo to nieprawdopodobnie skuteczna modlitwa. Wiem to z autopsji. Nie powiem Ci nic więcej. Przekonaj się o tym na własnej skórze.

 


 

Przez wiele lat byłem jak ten gitarzysta, o którym wspomniałem na początku: uczyłem się gry na instrumentach, a muzyka była całym moim światem.

Teraz, od jakiegoś czasu, robię to samo, co powykręcany przez chorobę sprzedawca skarpet. Piszę teksty natrętnie namawiające ludzi do kupna tego i owego.

 


 

Wszystko na to wskazuje, że kolejnym / ostatnim (?) etapem mojej działalności będzie to, czym zajmowała się ta tajemnicza kobieta.

Będę stał na wirtualnym chodniku, szepcząc od czasu do czasu internautom spieszącym się do swoich zajęć:

“Odmawiajcie codziennie różaniec.
Naprawdę warto!”

 
 
 
Mówiłem już, że życie jest przewrotne?

 


 

2 komentarze

  1. Susie pisze:

    To prawda z tym różańcem, to taka mantra, medytacja w którą człowiek się wprowadza i wie że będzie jej koniec, czasami się odmawia i na początku jest znudzenie”klepanie” ale stopniowo wchodzi się w tej trans i odnajduje człowiek sens 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copy link
Powered by Social Snap