Wystąpienia publiczne – mój prywatny koszmar

jestem copywriterem | inspiruję słowami

Wystąpienia publiczne – mój prywatny koszmar

22 lutego 2017 Z życia wzięte 63


 


 
Irracjonalny lęk przed publicznym wystąpieniem kosztował mnie w 2016 roku jakieś kilka tysięcy złotych dziennie*. Dlaczego tyle? O tym na koniec.
 


 

Poznajcie moje koszmary

Dale Carnegie powiedział kiedyś mocne słowa:

Na pytanie, czego boisz się najbardziej, ludzie odpowiadają, że śmierci, a zaraz potem, że wystąpień publicznych.

Mógłbym powiedzieć, że mam to samo. Tyle, że dokładnie na odwrót. Moje koszmary przypominają medyczny specyfik, który występuje pod wieloma różnymi nazwami handlowymi.

„Substancją czynną” za każdym razem jest nieśmiałość, a „nazwami handlowymi” – wystąpienia, prezentacje, egzaminy ustne czy rozmowy kwalifikacyjne. [porównanie efektowne, choć zupełnie bez sensu]
 


 

Przed wami Maciej Wojtas w utworze pt. „Proszę państwa, zaraz zejdę na zawał”

Jednym z moich najgorszych koszmarów były publiczne występy w szkole muzycznej. Wiecie dlaczego?

Kiedy w domu ćwiczyłem grę na skrzypcach, byłem jak Niccolo Paganini. Dla tych, którzy nie siedzą w temacie: to włoski wirtuoz, który ze swoim instrumentem wyczyniał rzeczy, o jakich producentom skrzypiec się nawet nie śniło.

Kiedy grałem w szkole na lekcji przed nauczycielem, byłem jak Henryk Wieniawski. Dla niewtajemniczonych: legendarny polski skrzypek, stopień gorszy od Paganiniego, ale i tak wymiatacz nad wymiataczami.

Kiedy jednak wychodziłem na scenę, by zagrać coś przed publicznością, zmieniałem się w Janka Muzykanta (i to tego w wersji „matulu, matulu, bierta nogi za pas i ratujta się kto może”).

Motywujące jak cholera, no nie?

Najlepsze jest to, że do 12. roku życia występy publiczne nie były dla mnie absolutnie żadnym problemem. Na scenie czułem się jak beztroskie niemowlę, które wrzucone do basenu – totalnie nic sobie nie robi z tysięcy litrów otaczającej je groźnej wody.


 


 

4 sposoby na lęk przed wystąpieniami publicznymi

Pogrzebałem w internecie i znalazłem kilka trików, które pomagają przygotować się do publicznych wystąpień oraz zminimalizować towarzyszący im lęk. Oto one:
 

1) Pytania kartezjańskie

Podobno niektórzy właśnie od zadania sobie tych czterech pytań zaczynają swoje przygotowania do publicznego wystąpienia np. z prezentacją.

  • Co się wydarzy, jeśli osiągnę swój cel?
  • Co się nie wydarzy, jeśli osiągnę swój cel?
  • Co się wydarzy, jeśli nie osiągnę swego celu?
  • Co się nie wydarzy, jeśli nie osiągnę swojego celu?

Z tego co widzę, przez wiele lat odpuszczałem sobie dwa pierwsze pytania, skupiając się raczej na dwóch ostatnich.
 

2) Wyobrażenie sobie osoby „po drugiej stronie” w różnych sytuacjach

Najczęściej chodzi o sytuacje, powiedziałbym dość intymne, domowo-łazienkowe. Ewentualnie wyobrażenie sobie np. przepytującego nas rekrutera jako małego dziecka (np. jako typowego dwulatka zasmarkanego po pas).

Sposób ten nie jest zalecany osobom z nadmiernie wybujałą wyobraźnią. Prawdopodobieństwo wystąpienia niekontrolowanego wybuchu śmiechu – jest bardzo wysokie.

Dlatego też nigdy go nie stosowałem.
 

3) Oddychanie przeponą

Podobno kilka głębokich oddechów przeponowych wykonywanych przed lub w trakcie występu pomaga obniżyć poziom stresu.

Nie wiem, nie sprawdzałem.
 

4) Perfekcyjne przygotowanie się do wystąpienia

Sprawdzałem wiele razy. Nie działa. To znaczy działa, ale mniej więcej z takim skutkiem jak tabletka apapu na urwaną nogę.
 


 

Coś optymistycznego 🙂

Mimo wszystko – nie poddaję się. Jestem nieśmiały, ale się staram 😉

 


 

*) tyle mogłem zarobić na szkoleniach z copywritingu, których prowadzenie wielokrotnie mi oferowano
 


 

 

63 komentarze

  1. isiasworld pisze:

    Nie wiem czy jest ktos kto nie boi sie wystapien ublicznych chociaz w malym stopniu, szczegolnie na poczatku. Ale praktyka czyni mistrza, ppowodzenia 🙂

  2. Goga pisze:

    Świetna opowieść! 🙂 Przyjemnie się czyta! Jest w tym coś niezwykłego, że jak wchodzi się już na scenę to człowiek nagle staje się taki mały, „ściaśnięty” w sobie 🙂 🙂 Odnośnie rekrutera zamieniającego się w małe dziecko przypomniała mi się ta reklama https://www.youtube.com/watch?v=KPRNOukx-1U (Zawsze jak leci w tv nie możemy przestać się śmiać) 😀 😀 😀 😀

    Dzięki Tobie przypomniałam sobie ten strach, kiedy na lekcji muzyki (Tu już skojarzenie: film, z Angeliną Jolie „Przerwana lekcja muzyki – znasz?) w gimnazjum grałam na flecie przed dyrektorem mojej szkoły – nikt w klasie tego nie lubił, bo facet był strasznie surowy 🙂 (To nie była szkoła muzyczna, tylko szkoła ogólnokształcąca). Nigdy nie zapomnę tego strachu! Podobnie wspominam lekcje historii, gdzie babka cierpiała na słowotok. Opowiadała nam o różnych zdarzeniach historycznych, a jak nie miałeś notatek na 10 stron z jednego wydarzenia w zeszycie to pała! Trzeba było ogarniać w tydzień np. zapisy notatek z 11 różnych wydarzeń!!! Tempo pisania kosmiczne, ale opłaciło się (podwójnie)! Nigdy nie zapomnę tych doklejanych kartek. Plusy są takie, że to była historia i nauka ręcznego pisania w jednym – nieźle się wprawiłam 🙂 🙂 Co do wystąpień publicznych – „mam tak samo jak Ty” 🙂 Nie mogłabym, bo mam zbyt bujną wyobraźnię i nawet gdybym wyobraziła sobie roznegliżowaną publiczność, nie mogłabym powiedzieć ani jednego słowa ze śmiechu. Ja często tak mam, że śmieję się w najmniej odpowiednich momentach 🙂 🙂
    „To znaczy działa, ale mniej więcej z takim skutkiem jak tabletka apapu na urwaną nogę.” 😀 😀 😀 Made my day!

  3. Motyw Kobiety pisze:

    Dobrą (i sprawdzoną przeze mnie i nie tylko) metodą jest powiedzenie publiczności, że się stresujesz/denerwujesz; zaobserwowałam ten myk na kilku przemówieniach, zastosowałam u siebie (choć nie do końca była to prawda, ale na wszelki wypadek jakbym strzeliła jakąś gafę [strzeliłam i to niejedną]) i działa!
    Uśmiałam się z Twoich porównań 🙂 Ja bym nie zniosła tylko jednego: widzieć lub słyszeć siebie na filmiku czy jakimś nagraniu; o ile do tego drugiego podczas studiów językowych zdążyłam przywyknąć (musieliśmy się nagrywać na fonetyce a „pani” nas poprawiała z wymową 🙂 ) to za Chiny Ludowe nie poprowadziłabym vloga- to zbyt obnażające! No i nie zniosłabym widoku swej mimiki! To ja już wolę występować publicznie!
    …z tym mam mały problem gdyż moim powołaniem życiowym jest od kilkunastu już lat nauczycielstwo – tak kocham to robić, że to „przemawianie” (na początku co ciekawe miałam kilkunastoosobową grupę) jakoś stało się tego częścią – ale łatwiej jest jednak nauczać niż prowadzić monolog, bo gdy nauczasz „przemawianie” powinno być częścią znikomą, a gdy prowadzisz monolog to musisz tych ludzi zainteresowac i zatrzymać. Muszą wiedzieć po co przyszli- równie dobrze moga oglądać filmiki na YT.
    Moje pierwsze przemówienie (może podniosę Cię na duchu??) które NIE było związane z moim zawodem było do….kilkuset osób. Dziś bym to może inaczej poprowadziła, bo mam większą świadomość siebie. A wiesz co może Ci pomóc? Zajęcia z aktorstwa. Spróbuj! 🙂

    • Maciej Wojtas pisze:

      Świetna rada: „Dobrą (i sprawdzoną przeze mnie i nie tylko) metodą jest powiedzenie publiczności, że się stresujesz”.
      Faktycznie od razu zmienia nastawienie publiczności.
      Co do aktorstwa – nigdy o tym nie myślałem 🙂
      Dzięki za wyczerpujący komentarz.

  4. Pogoń mi się ta gradacja wirtuozerii w opisie jakości występów;)

  5. Anna Tytkowska pisze:

    No tak, ale bez wystąpień nie da rady. Ktoś mądry powiedział, że bez publiczności absolutnie wszystko jest fikcją. Ja osobiście preferuję jednak punkt 4. Z czasem będzie bywało perfekcyjnie 🙂

  6. Marzena WM pisze:

    Najbardziej podoba mi się to „coś optymistycznego” 🙂 Trzeba się starać 😉

    • Maciej Wojtas pisze:

      Nikt nie zauważył, że na zdjęciu jest aktor Pierre Richard, który zagrał kiedyś w komedii o masakrycznie nieśmiałym facecie (film miał tytuł „Jestem nieśmiały, ale się staram” 😉

  7. Jak ja to dobrze rozumiem! To również mój koszmar. Podobno bardzo skuteczną metodą jest wyobrażenie sobie, że mówi się do tej jednej, życzliwej nam osoby. I że nikogo więcej poza nią nie ma na sali.

    • Motyw Kobiety pisze:

      To może być dobra metoda pod warunkiem, że za bardzo się nie wczujemy w rolę – stres może doprowadzić do tego, że zaczniemy naprawdę wpatrywac się w jakąś jedną osobę na sali; ta jedna poczuje się zagrożona, a reszta olana 😀
      Dla wszystkich, którzy się stresują: naprawdę polecam kilka zajęć aktorskich- niesamowicie rozwijają, uczą samoświadomości na scenie, modulacji głosu, uczą też ciekawie opowiadać przeróżne historie i co najważniejsze; uczą przede wszystkim skutecznie improwizować -to sprawia, że człowiek nie czuje się na scenie jak szara mysz, piszcząca >Boże, zabierz mnie stąd< ale czuje się osobą, która 🙂

      Jakiś czas temu miałam po raz pierwszy wystąpić na scenie – pal licho że przed dużą publicznością! – jako aktorka jednej z głównych ról. Nigdy wcześniej tego nie robiłam i zastanawiałam się, jak to będzie?! Czy w stresie nie zapomnę tekstu? Czy nie zawieszę się na kimś z widowni? Te wszystkie obawy okazały się być tylko moim wyobrażeniem:
      – tekst ćwiczyliśmy tyle tryliardów razy przez kilka mies., że mówiłam go już przez sen
      – zdarzyło się kilka niespodziewanych wpadek- ale dzięki umiejętności improwizacji wybrnęliśmy (to była scena ja i jeszcze jedna osoba, właściwie 2) z tego bez stresu.
      – Nie widziałam widowni (sala była wypełniona po brzegi) w ogóle- światła oświetlające scenę skutecznie zakrywały całą widownię- przede mną była po prostu „noc”!

    • Maciej Wojtas pisze:

      „stres może doprowadzić do tego, że zaczniemy naprawdę wpatrywac się w jakąś jedną osobę na sali; ta jedna poczuje się zagrożona” 😀

      Byłem raz na pewnym wykładzie i czułem się baaardzo dziwnie, ponieważ wykładowca wybrał chyba sobie mnie na taką „ofiarę” :)))

    • Maciej Wojtas pisze:

      Ulżyło mi, że w tym „klubie” jest aż tyle osób 🙂 [w klubie ludzi, którzy nie cierpią wystąpień publicznych]

  8. Edyta Wara-Wąsowska pisze:

    Ja słyszałam o metodzie, która jest rozwinięciem mówienia do jednej wybranej osoby. W zależności od wielkości sali i liczby uczestników wybiera się kilka osób – rozsianych losowo (ale znajdujących się w różnych, w miarę proporcjonalnie odległych miejscach sali). Wtedy można swobodnie zmieniać osobę, na którą patrzymy, kiedy np. przechodzimy do następnej kwestii. Sala nie zauważa niczego dziwnego, osoby, na które patrzą prelegent – raczej też nie, bo on sam jest w tym wariancie mniej natarczywy i bardziej naturalny. Ja sama zawsze skupiam się na kilku osobach, które wydają się życzliwie nastawione 🙂

  9. Draw Idea pisze:

    Wiem jak to jest z tymi występami w szkole muzycznej…:)

    Byłam w klasie fortepianu. Kiedyś w trakcie koncertu ostro zacięłam się podczas jednego utworu. I to tego, który na próbach wychodził mi najlepiej 😉
    Próbowałam się poprawić i grać dalej od tego momentu, jednak z każdą chwilą było mi coraz trudniej przypomnieć sobie, co ja w ogóle mam dalej zagrać.
    Przerwałam. Czułam te wszystkie spojrzenia publiczności na sobie.
    Wzięłam kilka oddechów. Zaczęłam grać cały utwór od początku…. i znowu się zacięłam. W tym samym miejscu!
    Zerwałam się z miejsca, w pośpiechu się ukłoniłam i zbiegłam ze sceny przez środek sali do wyjścia, żeby w końcu móc nabrać powietrza 🙂
    A w tle usłyszałam wielkie brawa! 😀

    Od tamtej pory – a miałam wtedy chyba 10 lat – podobna sytuacja zdarzyła mi się tylko raz.
    Zwykle działa na mnie wcześniejsze zagadanie do paru osób z sali. Tak, żeby później mieć poczucie, że wiem do kogo mówię 🙂
    Powtarzam sobie, że tak naprawdę nikt nie dostrzega oznak mojego zdenerwowania. Nawet ja sama oglądając później jakieś nagrania siebie za bardzo ich nie dostrzegam.
    Mam też tak, że jak wejdę we flow w danym temacie, czuję, że ludzie mnie naprawdę słuchają, to nic mnie nie zatrzyma 😀

    • Maciej Wojtas pisze:

      Być może publiczność uznała, że grany przez ciebie utwór jest dość awangardowy 🙂 I po prostu nie zauważyli pomyłki.
      Grałem kiedyś utwór H.M. Góreckiego (z wczesnych lat jego twórczości). Brzmiał tak, że słuchacze nie wiedzieli, czy już zacząłem grać, czy jeszcze stroję skrzypce :)))

  10. Wyrodna-Matka pisze:

    A czy to nie jest przypadkiem kwestia wprawy i przyzwyczajenia?
    Przez całe życie byłam z tych nieśmiałych, wstydliwych, cichych, nie wychylających się przed szereg. Nienawidziłam występować publicznie. Pod koniec studiów program przewidywał bardzo dużo prezentacji (między innymi na seminariach przed dyplomem).

    W tym czasie tak bardzo przyzwyczaiłam się do wystąpień, że nawet zaczęło sprawiać mi to przyjemność. Bardzo dobrze wspominam dzięki temu swoją obronę pracy mgr. Byłam skoncentrowana, pewna siebie, wiedziałam co i jak chcę powiedzieć.
    Teraz nie muszę występować publicznie i jak na podyplomówce musiałam coś pokrótce przedstawić, to zdziwiłam się jak dużym to było dla mnie stresem… Tak więc żeby polubić występy to trzeba występować 🙂

    • Maciej Wojtas pisze:

      Występowałem mnóstwo razy – i nic nie pomogło 🙂
      Może to i dobrze, bo teraz siedzę sobie w domku, klepię literki i jest fajnie 🙂
      [kariera sama się tak właśnie ułożyła]

  11. Webska pisze:

    Za miesiąc czeka mnie wystąpienie publiczne. Właśnie mi o nim przypomniałeś i znowu się zaczęłam stresować, a miałam już kilka godzin przerwy. Mój lęk zrodził się już w wieku 7 lat. Było to przedstawienie, które zakończyło się dla mnie porażką.

  12. Też to przeżyłam – stres przed prezentacjami, obroną, itd. Co mi pomogło – żadne wyznaczanie celów, tylko konieczność. Musiałam przeprowadzić spotkanie, musiałam prowadzić szkolenie. I tak za każdym podejściem szło mi lepiej. Teraz jestem trenerem 🙂

  13. Pewnie jest tak, że nie każdy do tego się nadaje – w sensie, zrobiłbyś to pewnie świetnie, ale skoro tego nie lubisz, no to słabo tak się męczyć. Przy okazji czytania tego wpisu, przyszło mi do głowy, że ciekawe jak to robią księża 🙂 Przecież muszą występować czasami przed setkami wiernych i czy oni wszyscy nie mieli takich lęków?

  14. Cenię sobie taki dystans do własnej osoby i poczucie humoru, które pokazujesz w swoich tekstach 😀 Ja na szczęście takiej tremy nie mam. Od małego uwielbiałam brać udział udział w przedstawieniach szkolnych. Głównie w jasełkach 😀 Ale nie tam żeby od razu Maryjka czy coś w tym stylu. Kreowałam postacie narratora. I tak raz byłam Stańczykiem, raz… woźną 😀 Pani katechetka nie do końca była zadowolona z moich pomysłów i w sumie sama nie wiem jakim sposobem udawało mi się te wizje przeforsować 😀

    Ja zwykle na wystąpienie mam przygotowane małe fiszki z wynotowanymi głównymi myślami. Dzięki temu nawet jak się zgubię w jakimś momencie (mam skłonność do dygresji pączkujących), to łatwo wracam do wątku. Staram się też znaleźć w tłumie 2-3 osoby, które widzę, że od razu są mi przychylne. Z nimi najczęściej nawiązuję kontakt wzrokowy podczas wystąpienia. I rzeczywiście sposób z wyobrażaniem sobie audytorium w specyficznych sytuacjach bywa pomocne. Jeśli stosuję ten sposób, to zwykle wyobrażam sobie, że wszyscy ci ludzie siedzą nie na krzesłach, ale na kiblach 😉 Od razu przestają być straszni ;)))))

  15. Świetne te pytania kartezyjskie, aż zapisałam sobie. Mi bardzo pomaga mówienie głośniej. Im głośniej mówię tym czuję się zdecydowanie pewniej. Nie wiem czemu ale w moim przypadku to działa 🙂

  16. Mi pomagało znalezienie kilku przyjaznych twarzy na których mogłem się skupić. Nie tłum a jednostki. Zmniejszało to stres. Ale jakoś nigdy nie cierpiałem aż tak mocno żeby wyobrażać sobie że przede mną są osoby siedzące na kiblu 🙂 mógłbym rzeczywiście zejść ze śmiechu

  17. Roman Sidło pisze:

    Ja również mam masę problemów z wystąpieniami publicznymi. Nie wiem, z czym to jest związane, może z nagromadzeniem kompleksów, może z naturalnymi predyspozycjami (a raczej ich brakiem). Tak czy inaczej, zdecydowanie bardziej wolę przemawiać do ludzi za pośrednictwem klawiatury 🙂

  18. Łączę się w bólu! U mnie odwrotnie jednak: w szkole i na studiach byłam totalnie nieśmiała i bałam się zgłosić do odpowiedzi, bałam się występować na oczach całej klasy, ze stresu że nauczyciel zapyta właśnie mnie miałam bóle żołądka 🙂
    Wielokrotnie anulowałam randki z powodu tego „bycia pod ostrzałem spojrzenia” drugiej strony. Anulowałam też rozmowy o pracę.
    Aż zupełnie przypadkiem trafiłam do pracy za granicę i pokochałam turystykę. Tak totalnie pokochałam, że pokonałam dla nowej pracy pilota wycieczek ten lęk. I teraz mogę iść przed 100, 200 czy 10 osób i czuję się swobodnie. Zgadzam się że pomaga punkt z przeponą i ten z myśleniem kartezjańskim. Ten z profesorem na klozecie też 😀 Mam zawsze stres, ale jakoś daję radę. Sama nie wiem jak to się udało 🙂
    Życzę żebyś nie musiał więcej tracić tych tysięcy złotych dziennie! Oj jak mnie to zabolało! 🙂

    • Maciej Wojtas pisze:

      Anulowanie randki – to już hardkor 🙂
      Niezwykła historia – od nieśmiałości do pilota wycieczek. Szczerze podziwiam i zazdroszczę 🙂

  19. Iwona pisze:

    To też jeden z moich koszmarków 😉 na szczęście nie mam często takich okazji do występów publicznych więc jakoś daję radę 🙂

  20. Ja nigdy nie miałam problemu z wystąpieniami publicznymi, gdyż od dziecka zajmuję się teatrem. Całym sercem polecam- na pewno znajdą się też takie dla dorosłych. Bardzo otwiera na świat i ludzi 😉

  21. Radek Salak pisze:

    Chyba każdy ma problem z wystąpieniami dopiero jak człowiek uświadomi sobie, że mu tak naprawdę zwisa co inni myślą o nim jest o niebo łatwiej.

  22. PathOfLove.pl pisze:

    Ciekawy wpis. I jak Ci pomagają te ćwiczenia?

  23. Ania Ulanicka pisze:

    Ha! Fajnie, że przywołujesz tu wydarzenia związane z grą na instrumencie, bo miałam podobnie. Byłam w szkole muzycznej w klasie fortepianu i pamiętam, że okropnie wstydziłam się wyjść na swój pierwszy koncert. Miałam wtedy 7 lat. Pamiętam, że grałam wtedy utwór o nazwie „Lalka Barbie”, moja pani od fortepianu musiała wyprowadzić mnie na scenę za rękę i usiąść przy mnie tak, aby zasłonić publiczność. 🙂
    „Ania, zagraj tak, jak na lekcji. Nikogo tu nie ma.” I zagrałam!
    I gdyby nie szkoła muzyczna, byłabym do dziś szarą myszką, która się wszystkiego wstydzi. 😀

    • Maciej Wojtas pisze:

      W sumie dobry trik z tym zasłonięciem 🙂
      Na pewno prostszy w wykonaniu od zasłonięcia ludzi na widowni płachtą czarnej folii 😉

      „I gdyby nie szkoła muzyczna, byłabym do dziś szarą myszką, która się wszystkiego wstydzi. :D”

      Naprawdę tak zadziałała na Ciebie szkoła muzyczna? Kurcze, zazdroszczę 🙂

    • Ania Ulanicka pisze:

      Naprawdę! 😀 Serio, byłam jako dziecko mega nieśmiała i nigdzie później nie nauczyłam się tak przełamywać swoich barier jak tam. Dzięki koncertom, występom oswoiłam się z ‚przedstawianiem siebie publicznie’, po czym żadne egzaminy ustne, rozmowy kwalifikacyjne i tym podobne nie były dla mnie większym stresem. 🙂 Bardzo sobie cenię to doświadczenie.

    • Maciej Wojtas pisze:

      Na mnie najwyraźniej podziałała inaczej 🙂

  24. My Home Rules pisze:

    Słyszałam o metodzie wyobrażenia sobie osób po drugiej stronie w bieliźnie :). Podobno działa. Kiedyś widziałam super zdjęcia w necie ( zrobione z uzyciem photoshop’a) wysoko postawionych ludzi siedzących na sedesach za potrzebą. Byli tam między innymi Putin, Obama, Merkel. Niektórzy się oburzali, co widać było po komentarzach, dla mnie były świetne, bo pokazywały, że każdy jest tylko człowiekim nieważne jaki sprawuje urząd i co w zyciu robi. Śpiewał tez o tym Bob Marley „Well, the biggest man you ever did see was – was just a baby.” Rób swoje i nie przejmuj się co moga pomysleć inni!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *