1

Storytelling: jak spleść trzy historie w jedną opowieść?


 


 

Wierzycie w zbiegi okoliczności?

Ja też nie wierzyłem. Aż do tego wpisu.

 


 

XVII wiek

Stanisław, po wielu latach wojażowania po świecie, wraca do Polski.

Jest uroczystość Bożego Ciała.
Mężczyzna idzie do kościoła.
Podchodzi do drzwi.
Naciska klamkę.

Tym samym uruchamia gilotynę, która już niebawem spadnie na jego głowę.

Jednak zanim to nastąpi, na kilka godzin trafia do siódmego nieba.

 


 

Rok 1906

Mieczysław ma 30 lat. Jest kompozytorem i zapalonym taternikiem.

Kocha muzykę, ale bez wzajemności. Nie ma szczęścia do krytyków. Każdy na jego miejscu już dawno dałby sobie spokój.

Teraz bierze się za pisanie poematu symfonicznego opowiadającego o historii miłosnej sprzed trzech wieków.

Nie, nie chodzi o słynnych kochanków z Werony, tylko o kogoś z polskiego podwórka. On ma na imię Stanisław, a ona Anna.

 


 

Rok 1974

Wojciech jest kompozytorem znanym w branży.

To, czym się zajmuje, dla zwykłego zjadacza chleba oznacza różnego rodzaju piski, zgrzyty i inne bolesne dla ucha dźwięki.

Niestety takie czasy: dekonstrukcja rządzi. A postęp muzyczny wymaga ofiar. Szkoda tylko, że pierwszymi ofiarami tej rewolucji są słuchacze.

 


 

XVII wiek

Stanisław wstępuje do kościoła. Jego uwagę zwraca piękna, młoda kobieta. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a ona w nim.

Parę godzin później mężczyzna wchodzi do swojego domu. Wita się ze wszystkimi i zasiada do obiadu.

Nagle zauważa znajomą twarz. Kobieta, którą poznał w kościele, siedzi przy tym samym stole…

 


 

Rok 1909

Mieczysław w końcu trafia do upragnionego raju. Jego koncert w Filharmonii Warszawskiej okazuje się wielkim triumfem.

Po latach upokorzeń w końcu czuje, że nadchodzą nowe, tym razem naprawdę dobre czasy.

 


 

Rok 1974

Festiwal Warszawska Jesień. Te trzy słowa wystarczą, by normalny człowiek przełączył telewizor na drugi program.

[w 1974 roku „drugi program” i „program drugi” są synonimami]

Wojciech już wie, że za parę minut ludzie pokochają jego muzykę. A krytycy? Ci będą w szoku.

 


 

XVII wiek

Nie on pierwszy i nie on ostatni zakochuje się w niewłaściwej kobiecie. Nie, wybranka Stanisława nie jest mężatką. Zakonnicą też nie.

Jest kimś o wiele gorszym.

 


 

Rok 1909

Mieczysław wybiera się samotnie w Tatry. Bierze ze sobą narty i spory zapas optymizmu, który został mu po niedawnym sukcesie kompozytorskim.

 


 

Rok 1976

Wojciech jest u szczytu swojej kariery. Jego muzykę znają w Polsce wszyscy. Nawet ci, którzy nie chodzą na koncerty tzw. muzyki poważnej.

Kompozytor jest na szczycie, dlatego nie wyobraża sobie, by można było zajść jeszcze wyżej.

 


 

XVII wiek

Stanisław zdaje sobie sprawę, że tylko jeden człowiek może wydać zgodę na ich ślub. Związek z przyrodnią siostrą wymaga podpisu samego papieża.

Przed wyjazdem do Rzymu Stanisław umawia się z Anną, że jeśli sprawy zostaną załatwione pozytywnie – wróci na białym koniu.

A jeśli nie, to na koniu tak czarnym, jak czarna może być najstraszliwsza rozpacz rozdzielająca dwoje zakochanych w sobie ludzi.

 


 

Rok 1909

Czy to sprawiedliwe, żeby człowiek, do którego kariera wreszcie zaczęła się przyjaźnie uśmiechać, zginął tak nagle i w taki sposób?

Wiadomość o śmierci Mieczysława spada na wszystkich niczym śnieżna lawina, która zakończyła życie tego 33-letniego kompozytora.

 


 

Rok 1976

„Kościelec 1909” – taki tytuł nosi kolejny po „Krzesanym” utwór z góralskiego nurtu twórczości Wojciecha Kilara.

To hołd oddany Mieczysławowi Karłowiczowi, autorowi poematu „Stanisław i Anna Oświecimowie”.

A Kilar?

Za kilkanaście lat zauważy, że wcale nie stoi na szczycie, tylko u podnóża góry z napisem „Hollywood”. Co więcej, zdobędzie ten wierzchołek w pięknym stylu.

 


 

XVII wiek

Niemal dwa tysiące kilometrów. Tyle dzieli Stanisława od Anny, kiedy ten dowiaduje się, że będzie mógł zawrzeć legalny związek małżeński z kobietą, za którą oglądają się nawet ślepcy.

Dziś to 2 godziny lotu. Wtedy – to stanowczo za długo. Zwłaszcza dla serca Anny.

Stanisław nie ma czasu do stracenia. Pędzi tak szybko, jak tylko może. Po tak ekstremalnej podróży jego biały koń wygląda jak siedem nieszczęść.

Ale najgorszy okazuje się stan sierści biednego rumaka, która z daleka wygląda jak…

Podobno serce człowieka w stanie wyjątkowego napięcia może ulec śmiertelnej destrukcji.

W krypcie kaplicy Oświecimów znajdującej się w kościele franciszkanów w Krośnie obok siebie leżą dziś dwie trumny.

W każdej z nich spoczywa człowiek z pękniętym sercem.

 


 

Rok 2017

Czytam biografię Wojciecha Kilara, człowieka, który napisał utwór na rocznicę śmierci Mieczysława Karłowicza, który z kolei w swoim poemacie muzycznym upamiętnił tragiczne losy Stanisława i Anny Oświecimów.

Jak zostać Wojciechem Kilarem? [prawie recenzja]

Czytam biografię i już po kilkunastu stronach wiem już jedno:

chcę być taki jak on, jak Kilar.

Więcej, zdaję sobie sprawę, że w paru punktach już osiągnąłem ten stan. To nie to, o czym w pierwszej chwili pomyśleliście.

Ale to pewnie zbieg okoliczności…

 


 

Rok 2023

A jednak nie.  😉

 


 

Zobacz równie niezwykłe historie:

Krótka historia pewnej internetowej rodziny

O pani Kursywie, panu Boldzie i tramwaju, który jeździł własnymi torami

Dlaczego internet doszedł do ściany?

Lorem ipsum, czyli worek gipsu




Sztuka teatralna, która masakruje emocje widza

 


 

Widzowie, którzy podczas spektaklu ocierają łzy i długa cisza zapadająca po zakończeniu przedstawienia. Trudno o lepszą reklamę sztuki pt. Katyń – … w tył głowy, której jestem autorem. Równie ważna jest także opracowana przeze mnie warstwa muzyczna, która dodatkowo potęguje (i tak już napięte do granic) emocje…

 


 

Wyobraź sobie, że jesteś współczesną, trochę imprezową studentką. I pewnego dnia trafiasz do obozu w Kozielsku. Miejsca, z którego tysiące polskich jeńców wyjeżdża do Katynia. Po śmierć. Jest 11 maja 1940 roku…

Tym spektaklem jednak Prowincja – która ostatnio słusznie zmieniła nazwę na Polski Teatr Historii – weszła na deski klasycznej sceny teatralnej i, powiem to z góry, przedstawiła lepsze dzieło niż niejedna rzecz, którą w ostatnich latach mogliśmy zobaczyć w polskich teatrach narodowych (…)

[Fragment recenzji]
Premiera: 28.02.2015, Opera Śląska

 


 

kt1

kt2

 


 

Zobacz też inne scenariusze

Wyróżnienie w konkursie scenariuszowym Teatru Polskiego Radia

Chopin 2015 – nagrodzony scenariusz spektaklu muzycznego




Copywriting i autentyczność: jak pisać o marce, żeby wzruszyć czytelnika?

 


 

Tekst, który napisałem na konkurs zorganizowany przez agencję Semahead.

 


 

Zadanie postawione przez organizatora było następujące: Co oznacza, że firma jest autentyczna? Która marka jest dla Was najbardziej wiarygodna?

Zamiast podawać nazwę konkretnej marki, napisałem o rodzicach (jako swego rodzaju marce). W efekcie powstał tekst nasycony terminologią marketingową, a z drugiej strony niezwykle emocjonalny i wzruszający:

 


 

 

Najbardziej wiarygodna marka? Bez wątpienia moi rodzice (właściwie należałoby napisać Rodzice).

Czym ta niezwykła marka zdobyła moje zaufanie?

Może tym, że była przy mnie zawsze, kiedy jej potrzebowałem?

A może tym, że w dzieciństwie tuliła mnie do snu storytellingowymi tekstami, a kiedy grymasiłem przy jedzeniu, testowała na mnie metody zaczerpnięte z podręcznika grywalizacji („warzyła sroczka kaszkę, warzyła”).

A może tym, że jest stała i niezmienna? I dlatego od lat nie zmienia swojego wizerunku rodem z lat siedemdziesiątych i za nic w świecie nie chce przejść (jej zdaniem zupełnie niepotrzebnego) rebrandingu?

A może tak naprawdę tym, że przy narodzinach złożyła mi „obietnicę marki” – że będzie ze mną na zawsze?

Nawet jeśli pewnego dnia przyjdzie jej definitywnie zniknąć z rynku i pozostaną po niej tylko skromne logo i krótki slogan wyryty na kamiennej płycie…

 


 
 


 

Zobacz też tekst nagrodzony w konkursie zorganizowanym przez Pawła Tkaczyka i Barbarę Stawarz: Będzie Pan zadowolony, czyli jak ukontentować klienta w internecie

 


 

10 sposobów na wywołanie opadu szczęki u czytelnika

Normalne i mniej normalne pomysły na bloga

3 teksty, które popchnęły mnie w stronę muzyki





Poznaj tajemnicę najlepszych tekstów na tym blogu [+przykłady]


 


 

Zastanawiałem się, czy powinienem zdradzać to, o czym za chwilę przeczytacie. Uznałem jednak, że chcę się tym z wami podzielić.

 


 

W czym tkwi tajemnica najlepszych wpisów na tym blogu?

Nie, absolutnie nie chodzi o styl pisania. Styl wymaga jeszcze wielu żmudnych poprawek, bo szczerze mówiąc – tyłka jeszcze nie urywa. Nie jestem z niego w pełni zadowolony.

OK, zróbmy małą przerwę (jak powiedział kiedyś pewien profesor do studentów w połowie trzygodzinnego wykładu, czując, że dałby się zdegradować do stopnia magistra za choćby przelotny romans z najpodlejszym papierosem).

 


 

Nie ma głupich pytań

Uzmysłowiłem to sobie, kiedy czytałem zbiór opowiadań Historia twojego życia. Ich autor, Ted Chiang, postanowił w każdym z nich odpowiedzieć na dość zaskakujące pytania:

  • Co by było, gdyby ludziom udało się ukończyć Wieżę Babel?
  • Co by było, gdyby się okazało, że wszystkie zasady matematyczne, całe piękno matematycznych konstrukcji to pic na wodę fotomontaż?
  • Co by było, gdyby istniał enzym, który wstrzyknięty do organizmu powodowałby rozrost neuronów, pozwalając tym samym na osiągnięcie niemal boskiej inteligencji?

Pisarz ten z pewnością wiedział, że nie tylko nie ma głupich pytań, ale że jest coś jeszcze: że pytania świetnie otwierają głowę – zarówno jemu, jak i czytelnikom.

 


 

Które pytania najlepiej otwierają głowę?

Odpowiedź jest banalna: wszystkie. Serio, nawet te, które w pierwszej chwili wydają się kompletnie durne i bezsensowne. Każde pytanie przypomina klucz, który otwiera jakąś szufladkę w naszej głowie. Co ważne – chodzi o szufladki, o istnieniu których nie mieliśmy dotąd zielonego pojęcia. To tam kryją się naprawdę rewelacyjne, świeże i zaskakujące pomysły.

Zresztą potwierdzeniem tych słów jest zdanie, które przeczytałem u Moniki Górskiej – specjalistki od storytellingu:

Wyczytałam gdzieś, że pytania są dźwignią myślenia, a z badań wynika, że dzięki pytaniom lepiej się uczymy i wydajniej pracujemy – aż o 150%.

 


 

Proste triki mocno pobudzające kreatywność

 


 

Jak powstają najlepsze wpisy na tym blogu?

Bardzo prosto.

Za powstaniem każdego z nich stoi mniej lub bardziej zaskakujące pytanie. Rozpoczyna się ono od słów: a gdyby tak… 

Oto kilka przykładów:

A gdyby tak stworzyć wpis z przyszłości, w którym tłumaczę powody, dla których porzuciłem blogowanie?

https://maciejwojtas.pl/wpis-z-2020-roku/

A gdyby tak w czasach Mickiewicza istnieli specjaliści SEO?

Copywriterzy kontra seowcy

A gdyby zamiast typowej recenzji biografii artysty stworzyć przepis na stanie się takim artystą?

Jak zostać Wojciechem Kilarem? [prawie recenzja]

A gdyby swoje sukcesy opisać jako porażki?

https://maciejwojtas.pl/porazki/

A gdyby opisać wpływ słuchanej muzyki na wydźwięk opisu kiełbasy krakowskiej suchej?

Chcesz wpaść na dobry pomysł? Posłuchaj muzyki

A gdyby opisać zawód copywritera hasłami ze słownika, które stworzył jakiś wyjątkowo zgorzkniały przedstawiciel tej profesji?

Słowniczek copywritera (wersja dla zgorzkniałych) – cz. 1

A gdyby przerobić poradnik pisania na poradnik podrywania?

https://maciejwojtas.pl/poradnik-podrywania/

A gdyby wrzucić na facebookową grupę dla blogerów artykuł o tym, że wrzucanie tam blogowych wpisów jest bez sensu?

https://maciejwojtas.pl/grupy-facebook/

 


 




Z notatnika wiejskiego nauczyciela

Fragment pracy konkursowej. Zadanie było teoretycznie proste: pokazać zmiany zachodzące na polskiej wsi w ostatnim ćwierćwieczu.


10 sierpnia 1989

Dyplom zdobyty, ojciec wniebowzięty, matka rozanielona, a ja w stanie lekkiej nieważkości zmagam się z ziemską grawitacją.

16 sierpnia 1989

Ląduję w małej podtarnowskiej wiosce. Bardzo daleko od pępka świata. Jeśli już jesteśmy przy anatomii, moja wioska to raczej bolesny odcisk na małym palcu u nogi.

31 sierpnia 1989

Szkoło, nadchodzę!!!

1 września 1989

Szacowne grono nauczycielskie obwąchało nowego członka stada.
Dzień dobry, dzień dobry, cmok, cmok, cmok.
Chyba zostałem przyjęty. Jutro mój pierwszy raz.

23 stycznia 1990

Pierwsza wywiadówka. Dziwnie się czuję, stojąc po drugiej stronie barykady. Jeszcze dziwniej jest odgrywać rolę wychowawcy, kiedy na zebranie przychodzą ludzie tysiąc razy bardziej doświadczeni ode mnie. Pod każdym względem.

Pod zewnętrzną warstwą niedzielnych ubrań, zaskakujących makijaży i świeżo umytych włosów ukrywa się potworne zmęczenie. Wszystkim. Pracą na roli. Niepewnością. Problemami. Codzienną walką o przetrwanie.

Nieustającymi pieszymi albo rowerowymi wędrówkami do miasteczka – do lekarza, na zakupy, na dworzec, po każdą bzdurę, którą w dużym mieście można załatwić bez większego problemu.

20 lutego 1993

Po pół roku prowadzenia sklepiku sąsiad kupił sobie, jak on to mówi letko przechodzonego Passata w tedeiku. Ja dorobiłem się do dziś tylko pełnoletniego malucha. Nie jest źle.

13 marca 1993

Lekcja języka polskiego. Odkrywamy z uczniami, że farma brzmi lepiej niż gospodarstwo rolne, a farmer niż rolnik. Dzięki takiemu prostemu trikowi nie ma już obciachu przed kolegami z miasta. Menadżer to lepsze wcielenie kierownika, a biznes to nasz swojski interes. Dawny wiejski sklepik to miniszop, a fryzjer to bjuti senter. Obowiązkowo interneszynal. Łał!

26 maja 1994

Wreszcie jesteśmy podłączeni do kanalizacji. Do tej wielkiej, międzynarodowej sieci, która przypomina nam, że wszyscy jesteśmy równi. Przynajmniej w tym wąskim zakresie produktów przemiany materii. Gdyby ryby w rzeczce, która płynie przez wieś, mogły mówić, krzyknęłyby: czemu tak późno, k…a!

15 listopada 1997

Sąsiad zwija interes. Jego sklepik został pożarty przez małego czerwonego owada z czarnymi kropkami.

25 maja 1998

Lekcja przedsiębiorczości. Chłopcy rywalizują, który z nich złapie więcej ślimaków winniczków, a w efekcie – więcej zarobi. Skupy tego mięsa (?) działają pełną parą. Gdyby to widzieli ekolodzy… Na szczęście są daleko, zajęci ochroną innych, podobno cenniejszych gatunków. Można więc rozwijać swój biznes bez przeszkód.

4 stycznia 2002

Zubożenie mieszkańców najlepiej czuć nocą. W powietrzu. Wystarczy wyjść przed dom i zaczerpnąć styczniowego powietrza. Rak gwarantowany.

5 lipca 2004

Nigdy nie mieliśmy własnego pola, nigdy nie pracowałem na roli, ale tak to jakoś w życiu jest, że sprawiedliwość musi być. Przez tyle lat, jadąc na rowerze do pracy, mijałem sąsiadów, którzy tyrali w polu. Patrzyli na mnie z zazdrością, że jadę sobie świeżutki i wypoczęty, nie brudzę sobie rąk, a po paru godzinkach radosnego nicnierobienia wracam sobie do domu, jak gdyby nigdy nic.

2 września 2004

Po wakacjach wszystkie dzieci wracają do szkoły. Nauczyciele też. W tym roku część wyparowała. Mają wrócić za parę lat. Albo dopiero na emeryturę.

6 grudnia 2005

Klasowe mikołajki. Losowanie: kto komu będzie musiał kupić prezent. Każdy marzy o tym, żeby zostać wylosowanym przez Kamila. To syn rolniczego biznesmena. Kupuje ziemie gdzieś tam w Polsce. Zna się na unijnych dopłatach. Wie, komu trzeba dać, żeby kasa się zgadzała. W przyszłości syn będzie świetną partią.

Najgorzej trafić na Marzenę. Kiedyś mieli kurzą fermę. Wtopili na kredytach. Szamotali się długo, aż wreszcie splajtowali. Pozostały długi. Nie do spłacenia…

26 maja 2010

Odkąd pamiętam, w naszej szkole organizowane były akademie z okazji Dnia Matki połączone z obchodami Dnia Ojca. Od jakiegoś czasu dawało się zauważyć, że dzieci jest jakoś coraz mniej. Ilość poszła w jakość? Dobrze by było, ale tak nie jest. W telewizji przekonują, że koszt wychowania jednego dzieciaka przekracza cenę nowiutkiego mercedesa. Czuję się jak krezus. Albo dubajski szejk.

7 maja 2011

Spis powszechny. Pytanie o dojazd do pracy. Rowerem. Bo zdrowiej. A co mam powiedzieć, że taniej? Że Basia nie ma pracy, bo zlikwidowali nasz wiejski dom kultury, a w jej wieku trudno o jakąkolwiek pracę? Pytanie o stan posiadania. Nie, te hektary za ogrodzeniem nie są moje. Niestety nie. Ale kiedy tak na nie patrzę z okien pokoju, wyobrażam sobie, że… [nieważne].

14 sierpnia 2012

Kuzyn Basi przywiózł dzieci do nas, żeby sobie poodychały świeżym, wiejskim powietrzem. Dziewczynki chciały zobaczyć konia. Prawdziwego. Jak ciągnie wóz albo orze pole. Wytłumaczyłem im, że spóźniły się o jakieś dziesięć lat.

18 stycznia 2014

Wywiadówka. Jak bardzo różni się od mojego pierwszego zebrania w dziewięćdziesiątym roku. Wtedy to rodzice mieli pretensje do dzieci o złe oceny na półrocze. Teraz dzieci to święte krowy, a wiadro gorzkich żali wylewanych przez rodziców raz po raz ląduje na mojej głowie. Tak jakby to była moja wina, że dzieciaki zlewają szkołę. A one po prostu świetnie wiedzą, że w dzisiejszych czasach papierek nic nie znaczy.

Że lepiej być mechanikiem, spawaczem czy murarzem niż socjologiem, kulturoznawcą albo innym humanistą. Że studia w powiatowym mieście to dziś strata czasu i pieniędzy, a ci, którzy jeszcze kilka lat temu pchali się tam na magistra, dziś klepią biedę.

26 czerwca 2015

Kolejne zakończenie roku szkolnego. To już ponad ćwierć wieku. Od 26 lat przemierzam tę samą drogę z domu do szkoły i z powrotem. Dzieci niby takie same, ale jakoś inne od tych, które spotkałem tutaj 1 września 1989 roku. Kryśka (wuefistka) mówi, że kiedyś to dzieciaki miały kondycję. Stawały na linii startu i po chwili aż się kurzyło za nimi – takiego miały pałera.

A dziś? Gwiżdże na nich, żeby ruszyli tyłki, a oni patrzą na nią jak na idiotkę, który ośmiela się mieć jakieś wymagania. Niektórzy biegną (a przynajmniej sprawiają takie wrażenie), ale na metę wpadają umordowani, upoceni i totalnie zmaltretowani. Dawniej chłopaki szukali tylko okazji, żeby po szkole zagrać w piłkę, dziś – trenują nadgarstki w domu, na konsoli do gier. Czy osiągnąłem sukces? Czy zrobiłem karierę? Raczej nie. Nawet na pewno nie. Choć z drugiej strony, nie mogę, nie powinienem narzekać.

Co mnie czeka we wrześniu 2015 roku? Może jestem zgorzkniały, ale nie mogę jakoś wykrzesać z siebie entuzjazmu. Na szczęście przedwczoraj dostałem wspaniałą wiadomość. Gosia spodziewa się dziecka. Zostanę dziadkiem.

Zmęczonym, siwiejącym człowiekiem, który czuje, że cały ten wirtualny świat oddala się od niego z prędkością światła, a jego wiejska planeta pustoszeje z każdym dniem… [cdn.]




28 lat życia – wzruszająca historia opowiedziana bez słów

Niezwykły dowód na to, że poruszające historie można opowiedzieć zupełnie bez słów.

Wszystko zaczyna się w roku 1986. Oto ojciec i jego maleńki synek…

ojciec1

Dalszy ciąg znajdziecie tutaj.



Prowadzisz agencję reklamową?
Szukasz copywritera, scenarzysty?

Zobacz, w czym mogę Ci pomóc (moja oferta)
Zobacz, co zachwyciło moich klientów (referencje)
Obejrzyj moje portfolio
Dowiedz się więcej o mnie (z kim współpracuję)
Zobacz, nad czym teraz pracuję


Napisz do mnie:

     


     




    Jak pisać dialogi? (cz. 1)

     


     

    Porada nr 1: każda postać powinna posługiwać się swoim językiem.

     


     

    Nie chodzi tu o to, żeby tworzyć filmową wieżę Babel i pisać sceny, które będą zrozumiałe jedynie dla zatwardziałych poliglotów, lecz by z jednej strony uczynić postać wiarygodną, a z drugiej – nadać jej pewien charakterystyczny, niepodrabialny rys.

    Uczeń najgorszego gimnazjum w mieście najprawdopodobniej będzie używał słów, na dźwięk których jego 90-letnia prababcia wytrzeszczy oczy ze zdumienia (zakładając, że je w ogóle usłyszy).

    Doszczętnie pijany ojciec wysławiał się będzie raczej monosylabami, a zgorzkniały profesor literatury na elitarnym uniwersytecie ostrzeliwał będzie biednych pierwszoroczniaków ostrymi i boleśnie celnymi one-linerami.

    Czy jednak zawsze trzeba się kurczowo trzymać tej zasady? A gdyby tak wyposażyć daną postać w język zupełnie do niej niepasujący? Ksiądz, który klnie jak szewc, małomówna przekupka albo rapujący ordynator oddziału psychiatrycznego – pole do popisu wydaje się być naprawdę spore.

    Warto także pomyśleć nad powiedzonkami, słownymi tikami, które wspaniale ubarwią naszych bohaterów.

    Pamiętacie film Nie lubię poniedziałku i postać Zygmunta Bączyka, zaopatrzeniowca z Sulęcic? Pewnie nie. A wielokrotnie padający w tej komedii tekst kurka wodna? Prawda, że trudno go zapomnieć?

    Trzeba w tym miejscu wspomnieć o serialu Dom, który jest wręcz naszpikowany tego rodzaju tekstami (Koniec świata, pani Popiołkowa albo ile i dlaczego tak drogo – to tylko dwa z wielu przykładów).

    https://www.youtube.com/watch?v=cvlPBQXs1vY

     


     

    Druga część artykułu >>>

     


     

     


     




    „Obiecaj, że nie będzie bolało” (opowiadanie konkursowe)

     


     

    Opowiadanie, które napisałem na konkurs organizowany przez Międzynarodowy Festiwal Opowiadania.

     


     

    Obiecaj, że nie będzie bolało

    Zawsze starałem się dotrzymywać danego słowa. Choćby nie wiem co. Zawsze miałem nadzieję, że słowo mi dane – będzie dotrzymane. Choćby nie wiem co.

    Obietnica ustna była dla mnie równie niepodważalna jak wieczko słoika z konfiturami, który przeżył powódź stulecia i zardzewiał, a potem zapiekł się na amen.

    Obietnica pisemna miała jeszcze głębsze fundamenty. Przypominała te kilkaset ćwierćkilometrowych słupów z betonu, które zanurza się w ruchomych piaskach dubajskiej pustyni przed postawieniem kolejnego drapacza chmur. Była nie do ruszenia.

    Niestety – teoria teorią, życie życiem, człowiek człowiekowi wilkiem i właściwie tylko kruk krukowi oka nie wykole. Chociaż przy moim szczęściu, na to ostatnie zanadto bym nie liczył.

     


     

    Matka

    Nie była moją matką. To znaczy była, ale nie biologiczną.

    Miała wszystko, co mają typowe matki: głowę, ręce, nogi i tym podobne szczegóły, ale jej serce, czyli to czym karmią się dzieci na całym świecie, zdecydowanie nie tańczyło dla mnie. Byłem dzieckiem adoptowanym.

    Przed zabraniem mnie z domu małego dziecka, moja przyszła matka musiała podpisać stertę papierów i odpowiedzieć na masę pytań. Na koniec miała już tylko złożyć podpis pod klauzulą miłości:

    Zobowiązuję się dbać o [imię i nazwisko dziecka],

    kochać go/ją* jak własne dziecko,

    a każdego [dzień i miesiąc urodzenia dziecka] wyprawiać mu/jej* huczne urodziny.

    Równocześnie oświadczam, że mam kwalifikacje do bycia dobrą matką/ dobrym ojcem*, potwierdzone certyfikatem MR04/12.

    [data i podpis opiekuna prawnego dziecka adoptowanego]

    —[*niepotrzebne skreślić]

    Dała słowo. Podpisała się. I co? Nic.

    Ci, którzy wymyślili powiedzenie „papier wszystko przyjmie” musieli chyba pracować w tamtym domu dziecka. Przez następne dwadzieścia lat na własnej skórze przerabiałem konsekwencje feralnego podpisu.

    Kiedy poznałem już wszystkie możliwe odcienie matczynej miłości, od sinych po krwistoczerwone, byłem gotowy na ucieczkę z domu.

    Wreszcie byłem wolny.

    Miałem nadzieję, że tak będzie już zawsze. Co prawda kilka dni po moim zniknięciu, w mediach pojawiły się komunikaty o niewyjaśnionych okolicznościach śmierci mojej matki, ale nie interesowało mnie to. Miałem inne sprawy na głowie. Chciałem żyć. W końcu. Na sto procent.

     


     

    Żona

    Tańczyłem z radości. Ciepły letni deszcz płynął cienkimi strugami po moim ciele. Czułem się jak bohater bollywoodzkiego filmu „Czasem słońce, czasem deszcz, od czasu do czasu otrzeźwiające gradobicie”.

    Nie zauważyłem tylko, że nie moknę w deszczu, ale stoję pod rynną marki „Żona”. Przysłowia znowu nie chciały się ode mnie odczepić. Ucieczka z jednej niewoli miała wkrótce zamienić się w nowe pozbawienie wolności.

    Ale po kolei.

    Szczęśliwi optymiści twierdzą, że znaleźli swoje żony zupełnie przypadkiem. Trzeźwo myślący realiści uważają, że taki był ich plan. Pesymiści z napuchniętymi od płaczu oczami pochlipują, że mieli pecha.

    Ja należałem kolejno do wszystkich tych grup.

    Nie ukrywam, że miesiąc miodowy był boski. W mojej głowie nieustająco pobrzmiewały słowa piosenki: ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował, bo ktoś mnie pokochał – na dobre i na złe.

    Niestety, po zaskakująco krótkiej fazie romantycznych uniesień, nadjechały buldożery, które starannie wyrównały wszystkie, z takim trudem usypane pagórki miłości.

    Zmieniłem płytę: i taaaaak warto żyć, i taaaaak warto żyć i taaak… Psychologowie nazywają to zaklinaniem rzeczywistości. Byłem w tym cholernie dobry.

    Nasze życie uczuciowe wyglądało jednak teraz jak teren budowy nowego Orlika.

    Wszędzie glina, syf i bałagan, bo mój budżet się jakoś tak niespodziewanie skończył, a worek z prezentami dla ukochanej sflaczał jak przebity balon propagandy sukcesu. Trybuny od dawna gotowe, gapie typu „teściowa i przyjaciele” stoją za ogrodzeniem i komentują całą sytuację.

    Na przeciwległych krańcach budowy dogorywają dwa zmęczone życiem spychacze. W ich bakach nie ma już paliwa, które jeszcze jakiś czas temu sprawiało, że jeden przed drugim popisywał się, imponował pomysłowością, prężył stalowe gąsienice i zdzierał nawierzchnię, dokopując się prawie do jądra Ziemi.

    I tak jak spychacze czekały na zastrzyk gotówki, by znów zatankować do pełna, tak samo my – trwaliśmy na swoich pozycjach, licząc na to, że nasze uczucia rozkwitną na nowo. Bezskutecznie.

    Powiadają, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Chociaż byłem przy tym, kiedy żona podpisywała dokumenty przedślubne i kiedy obiecywała przed świadkami, że jes, aj du, to cały czas czułem podskórnie, że prędzej czy później nadejdzie katastrofa.

    Pewnego ranka moje sejsmometry odczytały łamiącą wiadomość (breaking news): za kilka godzin nastąpi trzęsienie ziemi, którego epicentrum będzie moja żona. Postanowiłem nie czekać, tylko przygotować się atak rozszalałego żywiołu.

    Okopałem serce workami z piaskiem, żeby nie zalały go jej toksyczne bluzgi. Zabezpieczyłem oczy deskami, żeby nie widziały tego żenującego widowiska. Wyłączyłem uszy, żeby nie uszkodził ich krzyk wściekłości kobiety, której (słusznie) wydawało się, że została zdradzona przez męża. Byłem gotowy.

    Tymczasem śmiertelne uderzenie przyszło z zupełnie nieoczekiwanej strony.

     


     

    Sędzia

    Nie miałem nic wspólnego z zabójstwem matki. To był zwykły zbieg okoliczności – jej śmierć i moja wyprowadzka z domu. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobieta, która obiecywała, że nie opuści mnie aż do śmierci – także.

    Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że była już żona ma znajomości w prokuraturze. I że chce z nich zrobić użytek.

    Co gorsza, okazało się, że wyznawała zasadę, która mówi, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Tak czy inaczej to ja miałem pełnić rolę głównego dania na tej najważniejszej imprezie w moim życiu.

    Sędzia dał mi słowo, że jeśli powiem prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, to wyjdę z budynku sądu bez żadnych przeszkód. Będę wolny jak ptak. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim naprawdę czułem się jak ptak. W pewnym sensie sędzia dotrzymał danego mi słowa.

    Szanuję go za to.

    Szkoda tylko, że zamiast orła szybującego po niebie, przypominałem raczej kurę z chowu klatkowego, która całe życie męczyła się niemiłosiernie, by dopiero na końcu móc rozprostować kości, stojąc w kolejce do utylizatora.

     


     

    Proszę siadać

    – Teraz już wiesz wszystko. Przepraszam, że to tak długo trwało, ale musiałem to z siebie wyrzucić. Odetchnąłem głęboko. Trochę z ulgą. Na tyle, na ile można sobie było pozwolić w mojej sytuacji.

    – To chyba najdziwniejsze ostatnie życzenie skazańca, jakie tutaj słyszałem. Ciekawa historia… Taka żona… Co za pech… – pracownik więzienia okręgowego patrzył na mnie z nieskrywanym współczuciem.

    – Mam jeszcze jedno życzenie, jeśli można. Obiecaj, że nie będzie bolało.

    – Nie ma sprawy, dam ci to nawet na piśmie…

     


     

     


     




    Prawdopodobnie najkrótsze opowiadania na świecie (lista)

     


     

    Zobaczcie najkrótsze opowiadania świata. Ich twórcy słusznie uznali, że długość historii ma znaczenie drugorzędne. Liczą się emocje. Opowiadania są nie tylko ekstremalnie krótkie.

    Najlepsze jest to, że po ich przeczytaniu w naszej głowie momentalnie pojawia się dalszy ciąg historii (lub też dopowiadamy sobie to, co mogło wydarzyć się wcześniej).

     


     

    1) August Monterroso: Dinozaur

    Kiedy się obudził, dinozaur wciąż tam był.

     
    Czy dinozaur przyśnił się bohaterowi? A może istniał już wcześniej (zanim człowiek ten poszedł spać)?

    dinozaur

     


     

    2) Ernest Hemingway: ogłoszenie drobne

    Sprzedam buciki dziecięce, nigdy nienoszone.
    (For sale: baby shoes, never worn.)

     
    Nie, to na pewno nie to… Może buty mają jakąś wadę fabryczną?
    Z pewnością istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie.

    buciki

     


     

    3) Fredric Brown (najkrótszy horror)

    Ostatni człowiek na Ziemi siedział w pokoju.
    Rozległo się pukanie do drzwi…

     
    Na pewno ktoś zrobił błąd podczas spisu ludności.
    Musiano kogoś pominąć, chociażby tych sąsiadów z naprzeciwka.

    krzesło

     


     

    4) Margaret Atwood (najkrótszy romans)

    Czekała na niego. Zdobyła go. Cholera.
    (Longed for him. Got him. Shit.)

     
    Cholera – nieładnie tak mówić o kobiecie.

    czekać

     


     

    5) Ursula K. Le Guin

    Spokojnie. Tylko przytknij zapałkę do
    (Easy. Just touch the match to)

     
    Czekaj, już zapa…

    zapałka

     


     

    Kurs copywritingu i kreatywnego pisania – z osobistym mentorem!

     

    Kurs copywritingu i kreatywnego pisania: dla początkujących, online, z osobistym mentorem [wersja pełna]


     


     




    Będzie Pan zadowolony, czyli jak ukontentować klienta w internecie*


    Praca na konkurs organizowany przez Pawła Tkaczyka i Barbarę Stawarz, autorkę książki „Content marketing po polsku”. Zasady konkursu były następujące: Wymyśl nowy tytuł książki „Content marketing po polsku” – żeby brzmiał bardziej polsko.

     


     
     


     

    Content marketing to strategia polegająca na pozyskiwaniu potencjalnych klientów poprzez publikowanie atrakcyjnych i przydatnych treści, które zainteresują ściśle sprecyzowaną grupę odbiorców…

     
    Pan Marek, właściciel prężnie rozwijającej się firmy budowlanej, zaciągnął się raz jeszcze papierosem. Czytał to zdanie z Wikipedii już piąty raz i nadal nic nie rozumiał.
     

    Atrakcyjne treści? Czyli co? Hmm… Mam! Cóż może być bardziej atrakcyjnego dla Polaka od muzyki Chopina i poezji Mickiewicza? Jestem genialny!

     
    Zawołał sekretarkę i zaczął dyktować jej artykuł. Kontentmarketingowy oczywiście:
     

    Chopin. Któż z nas nie zna tych malowanych zbożem dźwięków, które wydobywały się spod palców naszego genialnego artysty. Któż z nas nie wzruszy się, słysząc tę, jakże wysublimowaną harmonię opływającą kaskadami perlistych nut….

     
    Sekretarka nerwowo poprawiła okulary. Znała ten stan, kiedy szef rozpuszczał swoje wodze wyobraźni. Wizja nadgodzin w sobotni wieczór złowrogo majaczyła na horyzoncie.
     

    Tak, to słynna etiuda opus dwudzieste piąte – Fale oceanu. Pani posłucha:

     

     
    Tu przerwał. Lecz wzrok trzymał. Sekretarce się zdawało, że szef chce coś powiedzieć, gdy nagle ruszył (jak polonez zaparkowany mimochodem na stromym podjeździe).
     

    Ocean, ocean, ocean…
     
    „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijam koralowe ostrowy burzanu”.
     
    O czymże myślał wtedy Mickiewicz?
     
    – No właśnie, o czym? – spytała (wyraźnie wzruszona) sekretarka.
     
    O tym… (koniecznie kliknij tutaj!)

     


     
    *) Tak brzmi moja propozycja tytułu książki.