1

OFERTA: scenariusze spotów (reklam) radiowych


 


 

Szukasz scenariusza reklamy radiowej?

Zobacz, dlaczego warto skorzystać z moich usług:

 

1) BOGACTWO POMYSŁÓW

Z reguły piszę 3 różne wersje scenariusza do wyboru.

W praktyce, często tworzę dużo więcej wersji.

Wszystko po to, by klient otrzymał spot spełniający wszystkie początkowe założenia.

 

2) KOMPLETNY SCENARIUSZ

W scenariuszu umieszczam szczegółowe informacje dla lektorów:

od precyzyjnych określeń wykonawczych, aż po nawet zapis nutowy.

Dzięki temu nagranie spotu radiowego przebiega szybciej i sprawniej.

 

3) DODATKOWE INFORMACJE DLA STUDIA

W razie potrzeby, w scenariuszu umieszczam informacje o zalecanych efektach dźwiękowych.
 

4) DOBÓR MUZYKI

Pomagam znaleźć odpowiedni klimat muzyczny.

Sugeruję również użycie konkretnego utworu.

Na życzenie klienta komponuję ścieżkę dźwiękową do spotów.

 

5) DOBÓR LEKTORÓW

Pomagam dobrać odpowiedniego lektora lub lektorów.
 

6) DODATKOWE WERSJE SPOTÓW – GRATIS

Na życzenie klienta tworzę (gratis) skrócone wersje spotu, np. 15-sekundowe.
 

7) POPRAWKI – GRATIS

W razie potrzeby dokonuję niezbędnych poprawek (w cenie scenariusza)


 


 

Co jeszcze odróżnia mnie od konkurencji?

Co najmniej trzy rzeczy:
 

1) DOŚWIADCZENIE

Jestem zawodowym copywriterem i scenarzystą. Mam na swoim koncie współprace z najlepszymi agencjami reklamowymi w Polsce.
 

2) WYKSZTAŁCENIE

Jestem także klasycznie wykształconym muzykiem.

Ponad dwanaście lat gry na skrzypcach i dziewięć lat gry na fortepianie to kapitał, który teraz wspaniale procentuje.

 

3) SŁUCH MUZYCZNY

Doskonały słuch muzyczny i wypracowany zmysł estetyczny sprawiają, że jestem wyjątkowo wyczulony na brzmienie tekstu reklamy.

 


 

Moja misja

Chcę tworzyć spoty radiowe, których chce się słuchać!

Chcę sprawić, by reklamy radiowe były 30-sekundowymi perełkami, na które słuchacze czekają z wypiekami na twarzy.

By przykuwały uwagę swoim pięknem, rozśmieszały inteligentnym humorem, urzekały epicką muzyką, zachwycały błyskotliwością słownych konstrukcji.

I dzięki temu – skutecznie uwodziły Twoich potencjalnych klientów.

 


 

Posłuchaj kilku spotów radiowych, do których napisałem scenariusz:

Tworzenie scenariusza spotu radiowego to wielka frajda.

Między innymi dlatego, że sama natura radia narzuca twórcy spore ograniczenia: bardzo krótki czas reklamy oraz możliwość oddziaływania na tylko jeden zmysł.

 
 

1) Radiowa reklama szkoły językowej. Reklama miała dotyczyć zajęć z języka angielskiego dla dzieci w wieku od dwóch do siedmiu lat – prowadzonych w szkole językowej w mieście Chełm. Metoda nauki, o której musiałem wspomnieć w spocie, nazywała się Teddie Eddie. Akcję reklamy umieściłem w przedszkolu. Wymyśliłem, że rozmowę będzie prowadziło dwóch chłopców zajętych zabawą autkami. Chłopcy będą skupieni na zabawie, więc rozmowa nie będzie im się kleiła. Przy okazji: słowo „Chełm” aż się prosiło, żeby wykorzystać je w nieco innym znaczeniu.
 


 
 

2) Radiowa reklama kawy / sklepu z kawą to przeważnie teksty typu: poczuj ten orzeźwiający aromat, ta kawa cię obudzi, filiżanka aromatycznej kawybogactwo smaków i głębia doznań itp.

Nie lubię szablonów, dlatego moja reklama rozpoczyna się w więzieniu. Tuż przed egzekucją…
 

 
 
3) Spot radiowy reklamujący luksusowe meble. Przyrównałem tutaj meble do muzyki, stąd nagromadzenie terminów kojarzących się właśnie z tą dziedziną sztuki. Stworzyłem scenariusz, dobrałem podkład muzyczny oraz wybrałem głos lektora.

Spot okazał się niezwykle skuteczny. Sprzedaż mebli (z naprawdę górnej półki) zauważalnie wzrosła po jego emisji:
 

 
 
4) Spot reklamowy dla sieci szkół policealnych, którego akcja rozpoczyna się w gabinecie lekarskim. Jeśli pamiętacie audycję radiową „Będąc młodą lekarką” – od razu złapiecie ten absurdalny klimat:
 

 
 
5) Reklama radiowa, której akcja dzieje się w urzędzie. Przychodzi petent i rzuca zaskakujące zdanie. A po chwili podbija stawkę. Jeśli przykuwać uwagę słuchacza, to od razu. Od pierwszego zdania:
 

 


 

Przeczytaj opinie zachwyconych klientów


KLIKNIJ TUTAJ

Wyczucie, profesjonalizm i zaangażowanie.
 
Rzadko spotykana wytrwałość i chęć wykonania bardzo dobrego spotu – nie liczyła się ilość poprawek, a finalny efekt, z którego obie strony będą zadowolone.

 
Mierzalny efekt odnotowaliśmy już kilka dni po emisji spotu – miał działać i działa. Gorąco polecam.
 
Mirosław Skibiński [Marketing manager, Cerpol SK]
 
 


 
Współpracowaliśmy z panem Maciejem kilka razy. Zaangażowanie i kreatywność to wielkie zalety tego copywritera. Jeśli komuś zależy na profesjonalnym podejściu do zlecenia, to pan Maciej jest odpowiednią osobą. Myślę, że to dopiero początek naszej długofalowej współpracy.
 
Scenariusz do spotu radiowego napisany przez pana Macieja przekonał mnie od razu. Od pierwszych słów wiedziałam, że zrozumiał, o co mi chodziło i stworzył po prostu HIT.
 
Dodatkowo, stworzył też zapis nutowy muzyki do naszego spotu, co ułatwiło dalszą realizację całego projektu. Cóż mogę więcej napisać? Jestem zachwycona i raz jeszcze polecam każdemu!
 
Agnieszka Gałka [Modna Odzież Używana]
 
 


 
Zaskakujące świeżością podejście do tematu. Efekt?
 
Spot, który wyróżnia się w tłumie innych i skutecznie przyciąga uwagę potencjalnych klientów.

 
Agata Konon [TEB Edukacja]
 
 


 
Niecodzienny scenariusz radiowej reklamy kawy. Spot, który z pewnością zwróci uwagę każdego słuchacza.
 
Silne emocje, jasny przekaz, szczypta humoru. Jednym słowem wszystko, co musi zawierać dobra reklama radiowa.

 
Jakub Klekota [CEO, next-investments]
 
 


 
Niebanalne pomysły i dobrze dobrane słowa sprawiają, że przekaz reklamowy jest bardzo czytelny i potrafi zainteresować naszych klientówA o to właśnie chodzi w reklamie. Polecamy! 
 
Speed Car [ogólnopolska sieć stacji kontroli pojazdów]
 
 


 
Więcej opinii >>>

 


 

Nagrody, które zdobyłem w konkursach scenariuszowych

1) Finał najbardziej prestiżowego konkursu scenariuszowego w Polsce – Script Pro (kategoria: słuchowisko radiowe)

2) Wyróżnienie w konkursie scenariuszowym Teatru Polskiego Radia

3) Nagroda w konkursie na scenariusz spektaklu muzycznego

 


 

Co musisz wiedzieć, zanim zlecisz napisanie scenariusza spotu radiowego?

 

1)

Jaka ma być długość spotu: 10, 15, 20, 30, 45 czy może 60 sekund?
 

2)

Jaką jedną, dwie, maksymalnie trzy rzeczy powinien słuchacz zapamiętać po wysłuchaniu Twojej reklamy?
 
Weź pod uwagę, że np. 30 sekund to około 60 słów, a więc naprawdę bardzo niewiele.
 
Nie można w pół minuty zasypać odbiorcy toną przeróżnych informacji, bo to zwyczajnie nieskuteczne i najczęściej po prostu irytujące.
 

3)

Jaki wydźwięk powinna mieć reklama? Jaki klimat chcesz w niej uzyskać?
 

4)

Do kogo chcesz trafić ze swoim przekazem? Kto jest Twoim klientem? Jaka grupa osób?
 

5)

Jakiego rodzaju informacje kontaktowe chcesz umieścić w spocie? Czy tylko adres strony internetowej, czy może adres stacjonarny, a może numer telefonu?
 

6)

Ile osób (lektorów) ma wystąpić w spocie? Czy wolisz spot oparty na monologu czy dialogu?

 


 

Chcesz stworzyć skuteczną reklamę radiową? Skontaktuj się ze mną:

 


     


     

    Szukasz samego pomysłu na reklamę radiową:

    Mam miliony pomysłów na godzinę.

    Chętnie podrzucę Ci jakiś… gratis 🙂

     

     


     

    Pozostałe usługi

     

    Teksty lektorskie do spotów reklamowych i filmów

    Zajmuję się również pisaniem tekstów lektorskich. Oto jeden z nich.
     
     

    Scenariusze słuchowisk radiowych

    Scenariusze spotów radiowych to nie wszystko. Równie dużo frajdy sprawia mi pisanie tekstów słuchowisk. Zobacz wyróżnienie w prestiżowym konkursie scenariuszowym oraz słuchowisko dla dzieci.

     


     

    Inne wpisy o tej tematyce:

    Scenariusz reklamy radiowej: jak zrobić to dobrze?

    Najciekawsze reklamy radiowe

    Jak napisać scenariusz spotu reklamowego (poradnik)

     


     




    Copywriting i autentyczność: jak pisać o marce, żeby wzruszyć czytelnika?

     


     

    Tekst, który napisałem na konkurs zorganizowany przez agencję Semahead.

     


     

    Zadanie postawione przez organizatora było następujące: Co oznacza, że firma jest autentyczna? Która marka jest dla Was najbardziej wiarygodna?

    Zamiast podawać nazwę konkretnej marki, napisałem o rodzicach (jako swego rodzaju marce). W efekcie powstał tekst nasycony terminologią marketingową, a z drugiej strony niezwykle emocjonalny i wzruszający:

     


     

     

    Najbardziej wiarygodna marka? Bez wątpienia moi rodzice (właściwie należałoby napisać Rodzice).

    Czym ta niezwykła marka zdobyła moje zaufanie?

    Może tym, że była przy mnie zawsze, kiedy jej potrzebowałem?

    A może tym, że w dzieciństwie tuliła mnie do snu storytellingowymi tekstami, a kiedy grymasiłem przy jedzeniu, testowała na mnie metody zaczerpnięte z podręcznika grywalizacji („warzyła sroczka kaszkę, warzyła”).

    A może tym, że jest stała i niezmienna? I dlatego od lat nie zmienia swojego wizerunku rodem z lat siedemdziesiątych i za nic w świecie nie chce przejść (jej zdaniem zupełnie niepotrzebnego) rebrandingu?

    A może tak naprawdę tym, że przy narodzinach złożyła mi „obietnicę marki” – że będzie ze mną na zawsze?

    Nawet jeśli pewnego dnia przyjdzie jej definitywnie zniknąć z rynku i pozostaną po niej tylko skromne logo i krótki slogan wyryty na kamiennej płycie…

     


     
     


     

    Zobacz też tekst nagrodzony w konkursie zorganizowanym przez Pawła Tkaczyka i Barbarę Stawarz: Będzie Pan zadowolony, czyli jak ukontentować klienta w internecie

     


     

    10 sposobów na wywołanie opadu szczęki u czytelnika

    Normalne i mniej normalne pomysły na bloga

    3 teksty, które popchnęły mnie w stronę muzyki





    Scenariusz słuchowiska dla dzieci w wieku 2, 3, 4 i 5 lat


     


     

    Szukasz scenariusza słuchowiska dla dzieci w każdym wieku?

    Precyzyjnie rozpisanego tekstu wraz z sugerowanymi efektami dźwiękowymi i oprawą muzyczną? Skontaktuj się ze mną:
     

    KLIKNIJ TUTAJ



       


       

      Jak wygląda praca nad scenariuszem słuchowiska? (przykład)

      Zadanie było pozornie proste: napisać scenariusz słuchowiska dla dzieci w wieku od 2 do 5 lat. Plus dodać efekty dźwiękowe. Problem pojawił się później…
       

      W pewnym momencie zdałem sobie bowiem sprawę, że chociaż pomiędzy dwulatkiem a pięciolatkiem są teoretycznie tylko trzy lata różnicy, to w tym wieku oznacza to jednak ogromną przepaść. I to pod każdym względem.

       

      Jak więc napisać dźwiękową bajkę, która zainteresuje poważnego, dorosłego przedszkolaka i równocześnie nie przestraszy malca, który zaledwie rok wcześniej był niemowlęciem?

       

      Wracając do rzeczy. Sam temat zlecenia był naprawdę bajeczny 🙂 Już samo to, że bohaterami słuchowiska były dwie świnki, dawało fantastyczne pole do popisu.

       

      Dlatego nie mogłem się powstrzymać, by nie wpleść fragmentów, w których jedna z postaci śpiewa walca Straussa Nad pięknym modrym Dunajem za pomocą… pochrumkiwań i pokwikiwań.


       

      Również samo przesłanie bajki edukacyjnej (zdrowe odżywianie oraz ostrzeżenie przed nadmiernym jedzeniem słodyczy) pozwoliło wyżyć się kulinarnie podczas pisania.

       

      Zresztą, jestem przekonany, że kiedy projekt zostanie zrealizowany, opisy pałaszowania słodyczy zawarte w słuchowisku będą powodować nie lada burczenie w brzuchach małych słuchaczy…

       


       

      Referencje wystawione przez klienta:

      Dzieło wykonane profesjonalnie i bardzo dokładnie według przesłanych wskazówek. Kontakt bardzo dobry, termin wykonania bez zastrzeżeń. Polecam tego wykonawcę w 100%.

      [Małgorzata Zbierańska, www.bajkowa.tv]

       


       

      Nagrody, które zdobyłem w konkursach scenariuszowych

      1) Finał najbardziej prestiżowego konkursu scenariuszowego w Polsce – Script Pro (kategoria: słuchowisko)

      2) Wyróżnienie w konkursie scenariuszowym Teatru Polskiego Radia

      3) Nagroda w konkursie na scenariusz spektaklu muzycznego

       


       

       


       

      Zobacz podobne wpisy:

       

      Wyróżnienie w konkursie scenariuszowym Teatru Polskiego Radia


       

      Scenariusz przedstawienia (bajki edukacyjnej) dla dzieci


       

      Scenariusz bajki dźwiękowej dla dzieci [streszczenie]


       

      OFERTA: scenariusze spotów (reklam) radiowych




      Z notatnika wiejskiego nauczyciela

      Fragment pracy konkursowej. Zadanie było teoretycznie proste: pokazać zmiany zachodzące na polskiej wsi w ostatnim ćwierćwieczu.


      10 sierpnia 1989

      Dyplom zdobyty, ojciec wniebowzięty, matka rozanielona, a ja w stanie lekkiej nieważkości zmagam się z ziemską grawitacją.

      16 sierpnia 1989

      Ląduję w małej podtarnowskiej wiosce. Bardzo daleko od pępka świata. Jeśli już jesteśmy przy anatomii, moja wioska to raczej bolesny odcisk na małym palcu u nogi.

      31 sierpnia 1989

      Szkoło, nadchodzę!!!

      1 września 1989

      Szacowne grono nauczycielskie obwąchało nowego członka stada.
      Dzień dobry, dzień dobry, cmok, cmok, cmok.
      Chyba zostałem przyjęty. Jutro mój pierwszy raz.

      23 stycznia 1990

      Pierwsza wywiadówka. Dziwnie się czuję, stojąc po drugiej stronie barykady. Jeszcze dziwniej jest odgrywać rolę wychowawcy, kiedy na zebranie przychodzą ludzie tysiąc razy bardziej doświadczeni ode mnie. Pod każdym względem.

      Pod zewnętrzną warstwą niedzielnych ubrań, zaskakujących makijaży i świeżo umytych włosów ukrywa się potworne zmęczenie. Wszystkim. Pracą na roli. Niepewnością. Problemami. Codzienną walką o przetrwanie.

      Nieustającymi pieszymi albo rowerowymi wędrówkami do miasteczka – do lekarza, na zakupy, na dworzec, po każdą bzdurę, którą w dużym mieście można załatwić bez większego problemu.

      20 lutego 1993

      Po pół roku prowadzenia sklepiku sąsiad kupił sobie, jak on to mówi letko przechodzonego Passata w tedeiku. Ja dorobiłem się do dziś tylko pełnoletniego malucha. Nie jest źle.

      13 marca 1993

      Lekcja języka polskiego. Odkrywamy z uczniami, że farma brzmi lepiej niż gospodarstwo rolne, a farmer niż rolnik. Dzięki takiemu prostemu trikowi nie ma już obciachu przed kolegami z miasta. Menadżer to lepsze wcielenie kierownika, a biznes to nasz swojski interes. Dawny wiejski sklepik to miniszop, a fryzjer to bjuti senter. Obowiązkowo interneszynal. Łał!

      26 maja 1994

      Wreszcie jesteśmy podłączeni do kanalizacji. Do tej wielkiej, międzynarodowej sieci, która przypomina nam, że wszyscy jesteśmy równi. Przynajmniej w tym wąskim zakresie produktów przemiany materii. Gdyby ryby w rzeczce, która płynie przez wieś, mogły mówić, krzyknęłyby: czemu tak późno, k…a!

      15 listopada 1997

      Sąsiad zwija interes. Jego sklepik został pożarty przez małego czerwonego owada z czarnymi kropkami.

      25 maja 1998

      Lekcja przedsiębiorczości. Chłopcy rywalizują, który z nich złapie więcej ślimaków winniczków, a w efekcie – więcej zarobi. Skupy tego mięsa (?) działają pełną parą. Gdyby to widzieli ekolodzy… Na szczęście są daleko, zajęci ochroną innych, podobno cenniejszych gatunków. Można więc rozwijać swój biznes bez przeszkód.

      4 stycznia 2002

      Zubożenie mieszkańców najlepiej czuć nocą. W powietrzu. Wystarczy wyjść przed dom i zaczerpnąć styczniowego powietrza. Rak gwarantowany.

      5 lipca 2004

      Nigdy nie mieliśmy własnego pola, nigdy nie pracowałem na roli, ale tak to jakoś w życiu jest, że sprawiedliwość musi być. Przez tyle lat, jadąc na rowerze do pracy, mijałem sąsiadów, którzy tyrali w polu. Patrzyli na mnie z zazdrością, że jadę sobie świeżutki i wypoczęty, nie brudzę sobie rąk, a po paru godzinkach radosnego nicnierobienia wracam sobie do domu, jak gdyby nigdy nic.

      2 września 2004

      Po wakacjach wszystkie dzieci wracają do szkoły. Nauczyciele też. W tym roku część wyparowała. Mają wrócić za parę lat. Albo dopiero na emeryturę.

      6 grudnia 2005

      Klasowe mikołajki. Losowanie: kto komu będzie musiał kupić prezent. Każdy marzy o tym, żeby zostać wylosowanym przez Kamila. To syn rolniczego biznesmena. Kupuje ziemie gdzieś tam w Polsce. Zna się na unijnych dopłatach. Wie, komu trzeba dać, żeby kasa się zgadzała. W przyszłości syn będzie świetną partią.

      Najgorzej trafić na Marzenę. Kiedyś mieli kurzą fermę. Wtopili na kredytach. Szamotali się długo, aż wreszcie splajtowali. Pozostały długi. Nie do spłacenia…

      26 maja 2010

      Odkąd pamiętam, w naszej szkole organizowane były akademie z okazji Dnia Matki połączone z obchodami Dnia Ojca. Od jakiegoś czasu dawało się zauważyć, że dzieci jest jakoś coraz mniej. Ilość poszła w jakość? Dobrze by było, ale tak nie jest. W telewizji przekonują, że koszt wychowania jednego dzieciaka przekracza cenę nowiutkiego mercedesa. Czuję się jak krezus. Albo dubajski szejk.

      7 maja 2011

      Spis powszechny. Pytanie o dojazd do pracy. Rowerem. Bo zdrowiej. A co mam powiedzieć, że taniej? Że Basia nie ma pracy, bo zlikwidowali nasz wiejski dom kultury, a w jej wieku trudno o jakąkolwiek pracę? Pytanie o stan posiadania. Nie, te hektary za ogrodzeniem nie są moje. Niestety nie. Ale kiedy tak na nie patrzę z okien pokoju, wyobrażam sobie, że… [nieważne].

      14 sierpnia 2012

      Kuzyn Basi przywiózł dzieci do nas, żeby sobie poodychały świeżym, wiejskim powietrzem. Dziewczynki chciały zobaczyć konia. Prawdziwego. Jak ciągnie wóz albo orze pole. Wytłumaczyłem im, że spóźniły się o jakieś dziesięć lat.

      18 stycznia 2014

      Wywiadówka. Jak bardzo różni się od mojego pierwszego zebrania w dziewięćdziesiątym roku. Wtedy to rodzice mieli pretensje do dzieci o złe oceny na półrocze. Teraz dzieci to święte krowy, a wiadro gorzkich żali wylewanych przez rodziców raz po raz ląduje na mojej głowie. Tak jakby to była moja wina, że dzieciaki zlewają szkołę. A one po prostu świetnie wiedzą, że w dzisiejszych czasach papierek nic nie znaczy.

      Że lepiej być mechanikiem, spawaczem czy murarzem niż socjologiem, kulturoznawcą albo innym humanistą. Że studia w powiatowym mieście to dziś strata czasu i pieniędzy, a ci, którzy jeszcze kilka lat temu pchali się tam na magistra, dziś klepią biedę.

      26 czerwca 2015

      Kolejne zakończenie roku szkolnego. To już ponad ćwierć wieku. Od 26 lat przemierzam tę samą drogę z domu do szkoły i z powrotem. Dzieci niby takie same, ale jakoś inne od tych, które spotkałem tutaj 1 września 1989 roku. Kryśka (wuefistka) mówi, że kiedyś to dzieciaki miały kondycję. Stawały na linii startu i po chwili aż się kurzyło za nimi – takiego miały pałera.

      A dziś? Gwiżdże na nich, żeby ruszyli tyłki, a oni patrzą na nią jak na idiotkę, który ośmiela się mieć jakieś wymagania. Niektórzy biegną (a przynajmniej sprawiają takie wrażenie), ale na metę wpadają umordowani, upoceni i totalnie zmaltretowani. Dawniej chłopaki szukali tylko okazji, żeby po szkole zagrać w piłkę, dziś – trenują nadgarstki w domu, na konsoli do gier. Czy osiągnąłem sukces? Czy zrobiłem karierę? Raczej nie. Nawet na pewno nie. Choć z drugiej strony, nie mogę, nie powinienem narzekać.

      Co mnie czeka we wrześniu 2015 roku? Może jestem zgorzkniały, ale nie mogę jakoś wykrzesać z siebie entuzjazmu. Na szczęście przedwczoraj dostałem wspaniałą wiadomość. Gosia spodziewa się dziecka. Zostanę dziadkiem.

      Zmęczonym, siwiejącym człowiekiem, który czuje, że cały ten wirtualny świat oddala się od niego z prędkością światła, a jego wiejska planeta pustoszeje z każdym dniem… [cdn.]




      Debiut na najlepszym blogu w Polsce

      Jak pisać o motoryzacji, by zaintrygować osoby, które nie mają o samochodach zielonego pojęcia? Najlepiej naszpikować tekst odniesieniami z zupełnie innych bajek: filmu, architektury, mody, a nawet z Pudelka i okolic.

      Oto maleńki fragment artykułu opublikowanego na blogu Kulturą w płot (czyli na Blogu Roku 2014).

       


       

      Czerwiec ’91. Dwa lata wcześniej upadł w Polsce komunizm, ale po naszych drogach nadal pędzą stada polonezów, żuków, maluchów i dużych fiatów. I wtedy pojawia się następca Fiata 126p – Cinquecento.

      Samochód wzbudza skrajne opinie. Niektórzy pytają, dlaczego kończy się tak nagle, jakby projektantowi w połowie pracy skończyły się pomysły.

      Na domiar złego wszyscy mają problem z wymówieniem (nie mówiąc już o zapisaniu) nazwy tego miejskiego autka.

      „Cińkuś”, „cienki”, „cienas”, cinkłe-coś tam – Polacy radzą sobie jak mogą z wyrazem, z którym przeciętny włoski trzylatek nie ma żadnych problemów (…)

       


       

      I jeszcze jeden fragment na zachętę:

      Toyota MR2. Wydawać by się mogło, że co jak co, ale w takiej nazwie nie kryje się żadna pułapka. Niestety, Francuzi mieli na ten temat inne zdanie. MR2 czytane po francusku bardzo przypominało słowo oznaczające końcowy produkt przemiany materii (delikatnie mówiąc).

       


       

      Cały artykuł – tutaj.

       


       




      Soczysty opis narodzin szklanej lampy


       


       

      Proces powstawania szklanej lampy można opisać tak, by słowa chwytały czytelnika za serce.
       


       

      Na początku jest natchnienie. Lekko zarysowana idea, która po pewnym czasie trafia na papier. Powstają szkice, poprawki. Pierwsze, drugie, dziesiąte. Aż do skutku.

      Wystarczy porównać ów przedmiot do dziecka. Nadać mu ludzkich cech:

      Zbieramy się wówczas wszyscy i patrzymy na nasze nowe dziecko. Padają różne pomysły. Wreszcie wybieramy to jedno jedyne słowo, które najpełniej oddaje charakter nowo narodzonej lampy…

       


       

      Równie efektownie można oddać pasję ludzi, którzy codziennie asystują przy narodzinach szklanych arcydzieł:

      Uwielbiamy patrzeć, jak miliony ziaren piasku stapiają się w jedno, tworząc materiał ujmujący swoją nieskończenie gładką fakturą.

      Fascynuje nas moment, kiedy rozgrzana do białości masa szklana opuszcza piec – miejsce swoich narodzin.

      A potem bez cienia sprzeciwu poddaje się obróbce. Powoli stygnie, przybierając formę, w której przyjdzie jej spędzić całe swoje szklane życie.

       


       




      Znudzony legionista pisze list do mamy (zadanie konkursowe)

      Kolejny wygrany konkurs 🙂

      Zadanie konkursowe było następujące:

      Uwaga pracownicy klimatyzowanych pomieszczeń (i tych nie) – mamy coś na wakacje: „Ostre konsekwencje fakapów, ciężkie delegacje na bliski wschód, krwawe mitingi”. Jest 10 książek od szczurków ze Znaku. Kłest: napisz korposzczurowy raport z życia Korpo – Legionisty. Najlepsze teksty nagrodzimy książką „Zapomniany Legion” Bena Ken’a. Kondiszons: do środy, maks. 500 znaków, piszcie w komentsach.


      Wyobraziłem sobie takiego znudzonego, zepsutego do szpiku kości legionistę-sadystę, który w wolnej chwili pisze list do swojej ukochanej mamusi… 🙂

      Cześć mamo! U mnie wszystko dobrze, tylko praca trochę nudna. W poniedziałek – robimy tubylcom podbijanko albo grabionko, ale potem jest już z górki:
      Wtorek – biczowanko / chłostanko
      Środa – wieszanko / rozciąganko
      Czwartek – spalanko / grilowanko
      Piątek – ścinanko / obcinanko
      Sobota – rozrywanko / ćwiartowanko
      Niedziela – przerwa techniczna, bo nie samą pracą człowiek żyje.


      Prowadzisz agencję reklamową?
      Szukasz copywritera, scenarzysty?
      Zobacz, w czym mogę Ci pomóc (moja oferta)
      Zobacz, co zachwyciło moich klientów (referencje)
      Obejrzyj moje portfolio
      Dowiedz się więcej o mnie (z kim współpracuję)

       

       


       




      Zniechęcający opis produktu (nie całkiem serio)

      Opis produktu teoretycznie powinien wzbudzić u klienta pragnienie jego posiadania. Co jednak zrobić, jeśli sam produkt jest niezbyt zachęcający – delikatnie mówiąc?

      Uwaga: poniższy tekst może u Europejczyka wywołać odruch wymiotny, natomiast u mieszkańca Chin – niekoniecznie 🙂

       


       

      Zamknij oczy i wyobraź sobie najgorszy, najbardziej obrzydliwy zapach, jaki znasz. A teraz pomnóż go jakieś sto razy. Albo tysiąc. Już na samą myśl mózg staje w poprzek, a nos chce się podać do dymisji.

      A teraz wyobraź sobie bardzo, ale to bardzo stare jajko. Jest podejrzanie ciemne, niemal czarne. Wygląda jakby parę lat wcześniej wpadło za szafki kuchenne w akademiku i tam zaczęło się potajemnie zmieniać w broń masowego rażenia. To właśnie z niego wydobywa się ten przeraźliwy fetor.

      Wyobraź sobie, że bierzesz to jajko do ust (bo na przykład ktoś przyłożył ci pistolet do głowy i aktualnie nie masz innego wyboru). Twoje kubki smakowe szaleją. Najchętniej spakowałyby się i uciekły w cholerę. Albo jeszcze dalej. Niestety to niemożliwe. Potworny smak rozchodzi się wszędzie.

      Połykasz jajko, bo jest już trochę za późno, by je wypluć. Lepka, galaretowata konsystencja sprawia, że jajko powoli, bez pośpiechu ścieka po ściankach przełyku i po długiej i męczącej podróży trafia do żołądka. Twoje ciało wstrząsa bolesny skurcz.

      Bleee…

      A teraz najlepsze:
      Tysiące kilometrów stąd, w Chinach, danie to uchodzi za prawdziwy przysmak. Panie i Panowie, oto słynne chińskie stuletnie jajo.

      Bon apetit!

       


       

       


       




      „Obiecaj, że nie będzie bolało” (opowiadanie konkursowe)

       


       

      Opowiadanie, które napisałem na konkurs organizowany przez Międzynarodowy Festiwal Opowiadania.

       


       

      Obiecaj, że nie będzie bolało

      Zawsze starałem się dotrzymywać danego słowa. Choćby nie wiem co. Zawsze miałem nadzieję, że słowo mi dane – będzie dotrzymane. Choćby nie wiem co.

      Obietnica ustna była dla mnie równie niepodważalna jak wieczko słoika z konfiturami, który przeżył powódź stulecia i zardzewiał, a potem zapiekł się na amen.

      Obietnica pisemna miała jeszcze głębsze fundamenty. Przypominała te kilkaset ćwierćkilometrowych słupów z betonu, które zanurza się w ruchomych piaskach dubajskiej pustyni przed postawieniem kolejnego drapacza chmur. Była nie do ruszenia.

      Niestety – teoria teorią, życie życiem, człowiek człowiekowi wilkiem i właściwie tylko kruk krukowi oka nie wykole. Chociaż przy moim szczęściu, na to ostatnie zanadto bym nie liczył.

       


       

      Matka

      Nie była moją matką. To znaczy była, ale nie biologiczną.

      Miała wszystko, co mają typowe matki: głowę, ręce, nogi i tym podobne szczegóły, ale jej serce, czyli to czym karmią się dzieci na całym świecie, zdecydowanie nie tańczyło dla mnie. Byłem dzieckiem adoptowanym.

      Przed zabraniem mnie z domu małego dziecka, moja przyszła matka musiała podpisać stertę papierów i odpowiedzieć na masę pytań. Na koniec miała już tylko złożyć podpis pod klauzulą miłości:

      Zobowiązuję się dbać o [imię i nazwisko dziecka],

      kochać go/ją* jak własne dziecko,

      a każdego [dzień i miesiąc urodzenia dziecka] wyprawiać mu/jej* huczne urodziny.

      Równocześnie oświadczam, że mam kwalifikacje do bycia dobrą matką/ dobrym ojcem*, potwierdzone certyfikatem MR04/12.

      [data i podpis opiekuna prawnego dziecka adoptowanego]

      —[*niepotrzebne skreślić]

      Dała słowo. Podpisała się. I co? Nic.

      Ci, którzy wymyślili powiedzenie „papier wszystko przyjmie” musieli chyba pracować w tamtym domu dziecka. Przez następne dwadzieścia lat na własnej skórze przerabiałem konsekwencje feralnego podpisu.

      Kiedy poznałem już wszystkie możliwe odcienie matczynej miłości, od sinych po krwistoczerwone, byłem gotowy na ucieczkę z domu.

      Wreszcie byłem wolny.

      Miałem nadzieję, że tak będzie już zawsze. Co prawda kilka dni po moim zniknięciu, w mediach pojawiły się komunikaty o niewyjaśnionych okolicznościach śmierci mojej matki, ale nie interesowało mnie to. Miałem inne sprawy na głowie. Chciałem żyć. W końcu. Na sto procent.

       


       

      Żona

      Tańczyłem z radości. Ciepły letni deszcz płynął cienkimi strugami po moim ciele. Czułem się jak bohater bollywoodzkiego filmu „Czasem słońce, czasem deszcz, od czasu do czasu otrzeźwiające gradobicie”.

      Nie zauważyłem tylko, że nie moknę w deszczu, ale stoję pod rynną marki „Żona”. Przysłowia znowu nie chciały się ode mnie odczepić. Ucieczka z jednej niewoli miała wkrótce zamienić się w nowe pozbawienie wolności.

      Ale po kolei.

      Szczęśliwi optymiści twierdzą, że znaleźli swoje żony zupełnie przypadkiem. Trzeźwo myślący realiści uważają, że taki był ich plan. Pesymiści z napuchniętymi od płaczu oczami pochlipują, że mieli pecha.

      Ja należałem kolejno do wszystkich tych grup.

      Nie ukrywam, że miesiąc miodowy był boski. W mojej głowie nieustająco pobrzmiewały słowa piosenki: ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował, bo ktoś mnie pokochał – na dobre i na złe.

      Niestety, po zaskakująco krótkiej fazie romantycznych uniesień, nadjechały buldożery, które starannie wyrównały wszystkie, z takim trudem usypane pagórki miłości.

      Zmieniłem płytę: i taaaaak warto żyć, i taaaaak warto żyć i taaak… Psychologowie nazywają to zaklinaniem rzeczywistości. Byłem w tym cholernie dobry.

      Nasze życie uczuciowe wyglądało jednak teraz jak teren budowy nowego Orlika.

      Wszędzie glina, syf i bałagan, bo mój budżet się jakoś tak niespodziewanie skończył, a worek z prezentami dla ukochanej sflaczał jak przebity balon propagandy sukcesu. Trybuny od dawna gotowe, gapie typu „teściowa i przyjaciele” stoją za ogrodzeniem i komentują całą sytuację.

      Na przeciwległych krańcach budowy dogorywają dwa zmęczone życiem spychacze. W ich bakach nie ma już paliwa, które jeszcze jakiś czas temu sprawiało, że jeden przed drugim popisywał się, imponował pomysłowością, prężył stalowe gąsienice i zdzierał nawierzchnię, dokopując się prawie do jądra Ziemi.

      I tak jak spychacze czekały na zastrzyk gotówki, by znów zatankować do pełna, tak samo my – trwaliśmy na swoich pozycjach, licząc na to, że nasze uczucia rozkwitną na nowo. Bezskutecznie.

      Powiadają, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Chociaż byłem przy tym, kiedy żona podpisywała dokumenty przedślubne i kiedy obiecywała przed świadkami, że jes, aj du, to cały czas czułem podskórnie, że prędzej czy później nadejdzie katastrofa.

      Pewnego ranka moje sejsmometry odczytały łamiącą wiadomość (breaking news): za kilka godzin nastąpi trzęsienie ziemi, którego epicentrum będzie moja żona. Postanowiłem nie czekać, tylko przygotować się atak rozszalałego żywiołu.

      Okopałem serce workami z piaskiem, żeby nie zalały go jej toksyczne bluzgi. Zabezpieczyłem oczy deskami, żeby nie widziały tego żenującego widowiska. Wyłączyłem uszy, żeby nie uszkodził ich krzyk wściekłości kobiety, której (słusznie) wydawało się, że została zdradzona przez męża. Byłem gotowy.

      Tymczasem śmiertelne uderzenie przyszło z zupełnie nieoczekiwanej strony.

       


       

      Sędzia

      Nie miałem nic wspólnego z zabójstwem matki. To był zwykły zbieg okoliczności – jej śmierć i moja wyprowadzka z domu. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobieta, która obiecywała, że nie opuści mnie aż do śmierci – także.

      Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że była już żona ma znajomości w prokuraturze. I że chce z nich zrobić użytek.

      Co gorsza, okazało się, że wyznawała zasadę, która mówi, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Tak czy inaczej to ja miałem pełnić rolę głównego dania na tej najważniejszej imprezie w moim życiu.

      Sędzia dał mi słowo, że jeśli powiem prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, to wyjdę z budynku sądu bez żadnych przeszkód. Będę wolny jak ptak. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim naprawdę czułem się jak ptak. W pewnym sensie sędzia dotrzymał danego mi słowa.

      Szanuję go za to.

      Szkoda tylko, że zamiast orła szybującego po niebie, przypominałem raczej kurę z chowu klatkowego, która całe życie męczyła się niemiłosiernie, by dopiero na końcu móc rozprostować kości, stojąc w kolejce do utylizatora.

       


       

      Proszę siadać

      – Teraz już wiesz wszystko. Przepraszam, że to tak długo trwało, ale musiałem to z siebie wyrzucić. Odetchnąłem głęboko. Trochę z ulgą. Na tyle, na ile można sobie było pozwolić w mojej sytuacji.

      – To chyba najdziwniejsze ostatnie życzenie skazańca, jakie tutaj słyszałem. Ciekawa historia… Taka żona… Co za pech… – pracownik więzienia okręgowego patrzył na mnie z nieskrywanym współczuciem.

      – Mam jeszcze jedno życzenie, jeśli można. Obiecaj, że nie będzie bolało.

      – Nie ma sprawy, dam ci to nawet na piśmie…

       


       

       


       




      „Gra o zdrowie” – content marketing + storytelling

       


       

      Zajmuję się tworzeniem tekstów, które w lekkiej i przystępnej formie przekazują szereg cennych dla internautów informacji.

       


       

      Zobacz przykład artykułu

      Założenie – przedstawić domowe sposoby na wzrost odporności organizmu. Realizacja – użyłem formy gry, w której bohater musi wygrać z armią bakterii i wirusów.

       


       

      Witaj w naszej „Grze o zdrowie”!

      Zasady są tej gry bardzo proste: musisz przeżyć od września do marca bez przeziębienia. Dlaczego toczy się ona akurat w tych miesiącach? Ponieważ właśnie wtedy czyha na ciebie armia bakterii i wirusów. Ale bez obaw, masz do dyspozycji cały arsenał naturalnych środków na odporność. Zaczynajmy!

       

      Poziom 1 – wrzesień
      Za oknem jeszcze lato, ale wieczory przypominają, że wkrótce przyjdzie zmierzyć się z zimą. Przygotowujesz się zawczasu do tej batalii, hartując swój organizm. Przez cały wrzesień bierzesz prysznic, w którym woda (naprzemiennie ciepła i zimna) uodparnia cię na nadchodzące infekcje.

       

      Poziom 2 – październik
      Wychodzisz z pracy. Chcesz być jak najszybciej w domu. Biegniesz do autobusu, gdy nagły podmuch zimnego wiatru owiewa twoje spocone ciało. Jeśli chcesz przejść bez szwanku do następnego etapu – musisz zdusić przeziębienie w zarodku.

      Tymczasem gardło zaczyna cię dość mocno pobolewać. W domu szukasz wszystkiego, co może mieć w składzie duże ilości witaminy C: cytryny, natki pietruszki, kiszonej kapusty, owoców dzikiej róży, kiwi. Niestety, lodówka jest pusta. Zdarza się. Zresztą i tak nie możesz nic przełknąć, bo gardło zamieniło się w oblężoną twierdzę i nie wpuszcza nikogo, kto zmierza w stronę żołądka.

      Na szczęście w apteczce znajdujesz ostatnią pastylkę na ból gardła XXXXX. Uff… Co za ulga. Czujesz się, jak nowo doładowany telefon. Możesz teraz rozmawiać ze wszystkimi i o wszystkim. Bez obaw o to, że niechcący kogoś zarazisz.

       

      Poziom 3 – listopad
      Poranny spacer z psem dobiega końca. Czas wracać. Niestety, ni stąd ni zowąd z nieba spadają na ciebie hektolitry wody. Wiatr próbuje cię osuszyć, ale robi to na tyle nieudolnie, że coraz bardziej trzęsiesz się z zimna. Co ciekawe, twój pies rasy husky dopiero teraz czuje, że żyje. W domu próbujesz ratować sytuację. Na kanapkę chleba z masłem nakładasz spore ilości świeżego czosnku. Ryzykujesz podrażnienia śluzówki żołądka, ale w tej chwili to nie jest najważniejsze.

       

      Poziom 4 – grudzień
      W ostatniej chwili kupujesz choinkę. Sprzedawca drzewek jest dziwnie czerwony na twarzy. W przerwach między kichaniem mówi, że chyba ma grypę. „Chyba grypa to paragrypa” – myślisz. Niestety, wracacie do domu razem. Ty i ona. Jest Wigilia, jedyny taki dzień w roku, ale nie zamierzasz przyjmować pod swój dach tego nieproszonego gościa. Syrop z cebuli jest dla grypy niczym czarna polewka. Infekcja wie, że nic tu po niej.

       

      Poziom 5 – styczeń
      Wyjeżdżasz na weekend w góry. W planach były narty, ale na miejscu okazało się, że wieje halny. Odwilż. Na termometrze plus dziesięć stopni. Wiosna uderza turystom do głowy. Spacer w swetrze w styczniu – to robi wrażenie! Wieczorem coś zaczyna cię łamać w kościach. Góralski miód i ciepła herbata zaskakująco szybko stawiają cię na nogi. Hej!

       

      Poziom 6 – luty
      Zima stulecia. Mróz zerwał trakcję tramwajową. Autobusy zostały w zajezdni. Przy minus trzydziestu stopniach ich akumulatory poddały się. Idziesz do pracy pieszo. Po wejściu do biura, wypijasz dwie szklanki herbaty z sokiem malinowym domowej roboty. Jest dobrze. Ciepło. Błogo… Mmm… Już tylko krok dzieli cię od finału.

       

      Poziom 7 – marzec
      Gratulacje! Udało ci się dotrwać do pierwszych dni wiosny. W absolutnie pełnym zdrowiu. Twój lekarz dzwoni z pytaniem, czy u ciebie wszystko w porządku, ponieważ od jesieni nie zaglądnąłeś do jego gabinetu. Ale uważaj. Bakterie i wirusy nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. One nigdy nie odpuszczają. Na pewno spotkacie się jesienią.

       

      W kolejnej edycji „Gry o zdrowie”.