1

Zacznij przygodę z muzyką: od zera do Hansa Zimmera

 


 

Komponowanie muzyki to niewiarygodnie wielka frajda. Oto kilka narzędzi, które pomogą ci rozpocząć płomienny romans z tą najpiękniejszą ze sztuk.

 


 

Bądź jak kucharz, komponując muzykę, spróbuj wszystkiego

Wbrew pozorom, tworzenie muzyki i gotowanie mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Tak jak kucharz, który próbuje wszystkich składników, również i osoba, która chce zająć się komponowaniem, powinna spróbować „smaku” wszystkich składników utworu muzycznego.

Poczuj na własnej skórze potężną energię ukrytą w rytmie. Rozsmakuj się w barwach akordów harmonicznych. Zachwyć się historią ukrytą w najprostszej nawet melodii.

Narzędziem, które pozwoli Ci odkryć tę właśnie stronę muzyki jest Chrome Music Lab. Choć przeznaczone jest ono dla dzieci, to da Ci szansę wejść małymi kroczkami do wspaniałej krainy dźwięków.

Dzięki niemu dowiesz się, jak stworzyć pulsujący życiem rytm:

rytm2

Albo jak namalować dźwiękami epickie, wielobarwne obrazy w głowie słuchacza:

arpeggio

Zobacz też inne narzędzia tego typu:

 


 

Wdrukuj sobie muzyczne schematy

Posłuchaj, które połączenia harmoniczne pasują do siebie, a które powodują bolesny zgrzyt w głowie. Jeśli poznasz standardowe schematy, łatwiej będzie Ci je zburzyć, zakwestionować i stworzyć coś naprawdę świeżego. Pomoże Ci w tym kolejne narzędzie: Musicshake.

Musicshake Create your own songs online

 


 

Poznaj zapis nutowy

Warto znać nuty. Tylko tyle i aż tyle. Darmowym narzędziem, które przyda Ci się w tej podróży do świata kluczy wiolinowych, basowych, półnut i ósemek jest Musescore.

MuseScore Sheet music at your fingertips

 


 

„Osłuchaj się”

A najlepiej słuchaj muzyki na okrągło. Niech świetne utwory, porywające melodie i niecodzienne aranżacje wejdą Ci w krew. Wzoruj się na najlepszych. Rozkładaj ich utwory na czynniki pierwsze.

Naśladuj ich tak, jak robi to małe dziecko, kiedy próbuje powtórzyć jakieś trudne słowo za dorosłym. Im więcej teraz wchłoniesz, tym lepsze rzeczy kiedyś stworzysz.

Naśladuj tych, którzy odnieśli sukces:

 


 

Doceń siłę prostoty. Less is (naprawdę) more

Prostota to nie grzech. Nie krępuj się więc tworzyć muzyki bardzo prostej. Melodii opartych na kilku dźwiękach. Harmonii zredukowanej do niezbędnego minimum.

Pamiętaj, że tak jak w pisaniu czy malowaniu, ostatecznie tak naprawdę chodzi o emocje, jakie Twoja twórczość wywołuje w odbiorcy.

 


 

Otwórz się na różne gatunki muzyki

Z gatunkami muzycznymi jest jak z ludźmi: każdy jest jedyny w swoim rodzaju i od każdego można się czegoś nauczyć. Czerp z każdego gatunku to, co ma on najlepsze, niezależnie od tego czy jest to muzyka chóralna inspirowana tradycjami prawosławnego Wschodu, czy naszpikowana elektroniką oprawa współczesnego serialu:


 


Pamiętaj o zakończeniach (fraz)

Jasne, że początek utworu, frazy jest ważny, ale jeszcze ważniejsze jest zostawienie słuchacza w stanie zachwytu. Wrażenie złego początku można zawsze zatrzeć dobrym zakończeniem. Odwrotnie będzie trudno to zrobić. Posłuchaj, jak dopieszczona w każdym calu potrafi być bardzo prosta muzyka. Wydaje się, że kompozytor wyrzucił wszystkie zbędne nuty, akordy i ozdobniki. A przy tym utrzymał jakość do samego końca:

 


 

Jak zarabiać na komponowaniu muzyki?

Jeśli chcesz komponować muzykę wyłącznie dla przyjemności, nie czytaj tego fragmentu. Jeśli jednak masz zamiar zarabiać na pisaniu muzyki, pamiętaj o dwóch sprawach. Po pierwsze, musisz się promować (truizm, prawda?). Po drugie, warto od razu zastanowić się, gdzie chcesz sprzedawać swoją twórczość.

Osobiście poszedłbym w dwóch kierunkach: pisania muzyki do piosenek (gatunek to już sprawa do uzgodnienia) oraz pisania muzyki do spotów reklamowych. Czyli generalnie poszedłbym tam, gdzie są ludzie mający pieniądze. To też wydaje się oczywiste, ale czasami wielu o tym zapomina.

Ciekawym pomysłem jest też moim zdaniem świadczenie usług dla samych kompozytorów (usług typu pomoc w promocji muzyki itp.). W końcu znając trochę ten zawód, można celniej trafić w potrzeby swoich klientów.

Przy okazji, istnieją miejsca takie jak beatstars.com, w których można sprzedawać swoje bity / utwory. Wystarczy założyć tam swój „sklep” i czekać na klientów.

 


 

Narzędzia, które warto opanować

 


 

Na koniec najważniejsze

Jeśli jeszcze zastanawiasz się, czy dasz sobie radę, czy jesteś już gotowy, żeby zacząć komponować i tak dalej, mam dla ciebie zdanie, które wypowiedział amerykański tenisista Arthur Ashe: „Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz.”

 


 

Chcesz zacząć przygodę z muzyką, ale masz z czymś problem?

Napisz o nim w komentarzu pod tym artykułem. Pytaj, o co tylko chcesz (o ile jest to tylko związane z muzyką).

 


 

Zobacz też inne wpisy o muzyce i komponowaniu muzyki:

 

 




3 teksty, które popchnęły mnie w stronę muzyki


 


 

Czasami wpis na blogu jest jak iskra podłożona pod beczkę prochu znajdującą się w naszej głowie. Pomaga nam podjąć jakąś ważną decyzję. Oto trzy artykuły, które ostatnio dały mi do myślenia.

 


 

Stara miłość, która za cholerę nie chce zardzewieć

Nie ukrywam, że marzy mi się powrót do muzyki. A konkretnie do jej pisania. Muzyka filmowa, teatralna, piosenki – coraz bardziej ciągnie mnie właśnie w tym kierunku.

Poświęciłem muzyce ponad 12 lat życia. I teraz to ona zaczyna coraz natarczywiej upominać się o mnie.

Trzy albo cztery raz z rzędu próbowałem się dostać na najbardziej chyba elitarny kierunek studiów w Polsce (kompozycja na Akademii Muzycznej). Prawie otarłem się o przyjęcie.

Było to o tyle trudne, że co roku przyjmowano jedną, góra dwie osoby. Na cały kierunek.

 


 

chopin-pomnik

O, nosie złoty… Serio chcesz zostać kompozytorem?

 


 

Trzy artykuły blogowe, które chcę Ci przedstawić, pomogły mi podjąć ostateczną decyzję. Teksty te są jednak na szczęście na tyle uniwersalne, że być może i Tobie dadzą impuls do zmiany czegoś w swoim życiu.

Albo przynajmniej zachęcą Cię, żebyś spróbował(a) rzucić się na naprawdę głęboką wodę. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Na emeryturze?

Kiedy będziesz podpięty(a) do tej śmiesznej kroplówki z pieniędzy wypłacanych przez ZUS?

 


 

Wyjdź z roli, w której sam siebie kiedyś obsadziłeś

Zaczęło się od genialnego artykułu na blogu Jacka Kłosińskiego. Co było w nim takiego odkrywczego? Zdanie o tym, że wielu z nas ma w swojej głowie… blokadę.

Że odgrywamy rolę, którą kiedyś tam sami sobie narzuciliśmy: muzyka bez słuchu, copywritera bez pomysłów, czy grafika bez wyobraźni:

Wma­wiasz sobie, że bra­kuje Ci wyobraźni, prze­bo­jo­wo­ści, czy np. kre­atyw­no­ści i przez to fak­tycz­nie zamy­kasz się w ramach, które sobie narzu­casz.

Tym­cza­sem czę­sto jedyną rze­czą, którą nas ogra­ni­cza jest wize­ru­nek samego sie­bie w naszej gło­wie.

Je­śli np. w pew­nym momen­cie swo­jego życia stwier­dzisz, że nie potra­fisz dobrze pisać, to póź­niej tak naprawdę odgry­wasz rolę osoby, która tego nie potrafi. Nawet jeśli obiek­tyw­nie nie jest to prawda.

Oczywiście ta blokada nie wyrosła tam samoistnie. Z pewnością do jej powstania przyczyniły się jakieś sytuacje, w których doznaliśmy niepowodzenia na danym polu.

Ktoś nas skrytykował. Ktoś wyśmiał nieporadny rysunek. Ktoś nie zrozumiał tekstu, który przez parę godzin rodziliśmy w ciężkich bólach.

Niestety blokady mają to do siebie, że świetnie się ukorzeniają. I bardzo trudno je wyplenić. Co może pomóc? Czyjeś dobre słowo. Opinia, która doda skrzydeł, zamiast amputować je przy samym tułowiu.

Czasami naprawdę wystarczy jedno słowo. Jeden wyraz, który popchnie nas we właściwym kierunku.

Niektórzy (ale raczej nieliczni) mieli tak już od czasów dzieciństwa. Zwracano im uwagę na to, co robią dobrze. Podkreślano zalety, a nie wyszukiwano najdrobniejszych nawet potknięć.

A ewentualne uwagi krytyczne przekazywano mimochodem, gdzieś na końcu, zupełnie od niechcenia:

rysunek dziecka

– Świetnie uchwyciłeś emocje targające słoneczkiem. Popracuj jeszcze tylko ociupinkę nad tłem.
– Tak jest, panie profesorze!

 


 

Chcesz robić coś naprawdę ambitnego? Złap dwie sroki za ogon

Drugi tekst, który przykuł moją uwagę, znalazłem na blogu Władka Foltyńskiego

Prawda, którą tam przeczytałem, jest w zasadzie dość oczywista: jeśli chce się robić to, co się kocha i być niezależnym od nikogo, trzeba zadbać o zabezpieczenie finansowe.

Autor podaje mało znane fakty z życia słynnych muzyków. Okazuje się, że dzięki pracy na różnych stanowiskach, mogli „po godzinach” robić to, co im grało w sercu.

Nie byli dzięki temu skazani na tworzenie tego, co dyktował rynek, znajomi czy opinia publiczna.

Bob Marley (robotnik w fabryce samochodów), Freddie Mercury (kramarz), Sting (poborca podatkowy, nauczyciel, model, aktor), Tom Waits (kucharz w pizzerii), Avishai Cohen (pracownik budowy), Bryan Beller (marketer), Ian Curtis (klerk w Urzędzie Pracy), Art Garfunkel (nauczyciel matematyki), Philip Glass (hydraulik), Gotye (bibliotekarz), Jeff Buckley (recepcjonista), Serj Tankian (System of a Down – właściciel firmy software’owej).

nauczyciel

Czego nie rozumiesz? Wzięłam zastępstwo za Stinga. Gra dziś jakiś koncert. 

 


 

Olej szkołę. Świat należy do samouków

Na koniec artykuł, który przypieczętował moją decyzję o powrocie do muzyki. Już sam tytuł tekstu – Hans Zimmer – genialny samouk bardzo mnie zaskoczył.

Jak to, ten słynny autor ścieżek dźwiękowych do Gladiatora czy Incepcji jest samoukiem? Praktycznie sam doszedł do wszystkiego? Sam wdrapał się na górę z napisem Hollywood?

Okazało się, że to prawda:

Mimo, że już szczenięciem będąc, marzył o takiej właśnie karierze, jego wykształcenie na tym polu właściwie nie istnieje.

Pierwszy i ostatni wykładowca gry na fortepianie, jakiego miał, zrezygnował po tygodniu i Hans dalej sam poznawał tajemnice dźwięków na kupionym mu przez rodziców syntezatorze – instrumencie do dziś stanowiącym podstawę jego pracy.

Niby skończył studia w Londynie, lecz tak naprawdę wyniósł z nich głównie przyjacielskie kontakty.

Wnioski? Skoro on jest samoukiem, a ja mam za sobą kilkanaście lat ciężkiej muzycznej orki, to jeśli dołożę do tego jeszcze kilka lat naprawdę ciężkiej pracy, to… [i tak nigdy mu nie dorównam, znam swoje miejsce w szeregu]  🙂

 


 

Zobacz też te wpisy dotyczące muzyki:

Zacznij przygodę z muzyką: od zera do Hansa Zimmera

Biznes na muzyce: jak wypromować swoją twórczość?

Jak zostać Wojciechem Kilarem? [prawie recenzja]

Pomysł na karierę: szkoła muzyczna (czy warto do niej chodzić?)




Szybciej, szybciej, szybciej!

Zacznę od małego wyznania.
Nigdy nie lubiłem wyścigów Formuły 1. Nie pociągało mnie śledzenie kilkudziesięciu okrążeń, z których większość wyglądała tak samo. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przynajmniej dla niedoświadczonego widza. Poziom emocji wyścigów przypominał mi coś w rodzaju śledzenia partii szachów o trzeciej nad ranem.

Wiem, że to dość odważne stwierdzenie, jak na autora piszącego dla portalu motoryzacyjnego, ale nic na to nie poradzę. Kiedy w zwiastunie filmu Wyścig (Rush) jeden z bohaterów powiedział: Nie szukaj normalności u facetów gotowych zginąć, jeżdżąc w kółko – poczułem, że nadajemy na tych samych falach.

Na szczęście, Ron Howard, reżyser Wyścigu, na spółkę ze scenarzystą Peterem Morganem i Hansem Zimmerem – autorem muzyki zadbali o takich widzów jak ja. Zresztą, Howard miał już w tym względzie spore doświadczenie.

Jego Piękny umysł – opowieść o genialnym matematyku porwała wszystkich, nawet tych, którym nigdy nie było po drodze z Królową Nauk. Jego Człowiek ringu przyciągnął do kin nie tylko fanów boksu, a Apollo 13 pokochali ci, którzy rzadko zadzierają głowę, by popatrzeć na gwiazdy.

Jak tego dokonał? To proste. Wszystkie te filmy opowiadają o życiu bohaterów. O tym, kim są jako ludzie, a dopiero w dalszej kolejności o tym, co robią, co ich napędza. To ma drugorzędne znaczenie. To tylko dekoracje. Bohaterowie Wyścigu mogliby, po drobnych przeróbkach zająć miejsce załogi Apollo 13, a Człowiek ringu – Johna Nasha, matematyka o pięknym umyśle.

Ron Howard zrobił jednak coś jeszcze. Swoim najnowszym filmem (premiera odbyła się w 2013 roku) sprawił, że wielu widzów (a ja wśród nich) będzie inaczej patrzeć na ten niebezpieczny sport.

Wyścig to zderzenie dwóch osobowości. Z jednej strony Niki Lauda, z drugiej – James Hunt. James to wariat, Niki to geniusz kierownicy. Nawiasem mówiąc, słowo zderzenie w kontekście filmu, w którym ważną rolę odgrywają kraksy, stłuczki i wypadki, nabiera nowego znaczenia.

Niki Lauda (Daniel Brühl), człowiek wiecznie uśmiechnięty… Żartuję 🙂 Jego twarz rzadko wyraża radość, przypomina w tym raczej fińskiego skoczka narciarskiego Janne Ahonena. Austriacki kierowca to perfekcjonista, który metodycznie, krok po kroku dąży do celu.

Chce udowodnić całemu światu, że jedynym człowiekiem godnym tytułu mistrza świata jest on. Chce pokazać ojcu, że wybierając drogę kierowcy, kiedyś pojawi się na pierwszych stronach gazet, a nazwisko Lauda będzie kojarzone właśnie z nim.

lauda2011

Niki Lauda, 2011 rok (fot. Wikipedia)

James Hunt* (Chris Hemsworth) to przeciwieństwo Laudy. Człowiek rozrywkowy, korzystający z życia pełnymi garściami. Kobiety i alkohol nie opuszczają go na krok.

hunt1977

James Hunt, 1977 rok (fot. Wikipedia)

Już w momencie ich pierwszego spotkania (poznajemy ich w roku 1970), widzimy wyraźnie, że nie będzie tutaj miejsca na przyjaźń. Jeśli już, to będzie ona gdzieś tam skrzętnie skrywana za maską noszoną przez prawdziwych twardzieli. Podziw, fascynacja, szacunek będą tym, co z czasem nabierze coraz większego znaczenia.

Widać to szczególnie w momencie, kiedy Niki Lauda ulega wypadkowi, w wyniku którego zostaje trwale oszpecony, a jego płuca – uszkodzone toksycznymi gazami. Hunt jest tym wyraźnie przejęty. Ale show must go on, sezon wyścigowy trwa dalej.

Paradoksalnie, to telewizyjne relacje z wyścigów, w których wygrywa Hunt, przyspieszają rekonwalescencję i działają wręcz leczniczo na Laudę. Kierowca po długim pobycie w szpitalu powraca do rywalizacji. Musi nadrobić stracony czas i punkty, które podczas jego nieobecności gorliwie zbierał Hunt.

Zanim to jednak nastąpi, warto dodać, że wbrew tytułowi, Wyścig to nie tylko wyścigi. To także świetnie rozegrane sceny, niemalże komediowe. Przykładem może być moment, w którym Lauda poznaje swoją przyszłą żonę. Jadą razem samochodem. Niestety, ich Peugeot ulega awarii (ech, ta francuska motoryzacja 😉

W pięknych włoskich plenerach, u boku równie pięknej kobiety Lauda chce wezwać pomoc. Jego towarzyszka podróży postanawia użyć broni, która działa na mężczyzn pod każdą szerokością geograficzną. Brzmi banalnie? Tym większe jest zaskoczenie widzów:

https://www.youtube.com/watch?v=v7AT4d2TMVY

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść?

Wracamy na tor. Nadchodzi najważniejszy dzień. Zaraz dowiemy się wszystkiego. Poznamy nowego mistrza świata sezonu 1976. Grand Prix Japonii to ostatni ostatnia odsłona tego serialu. Pojawia się jednak problem: deszcz. Kierowcy wiedzą, co to oznacza.

Będzie ślisko. Nieprzewidywalnie. Niebezpiecznie. Na granicy brawury. A oni będą gnać. 270 km na godzinę. Samochód zmieni się w bombę. Trumnę na kółkach. Setki koni pod maską. Moc, którą trudno okiełznać. Lauda ma tylko 3 punkty straty. To niewiele.

Ruszają. Bez taryfy ulgowej. Deszcz tnie bolidy. Przeszkadza. Nikt nie poddaje się. Nie zdejmuje nogi z gazu. Przyspieszają. Szybciej. Jeszcze szybciej. Na złamanie karku.

Po śmierć.

Jeszcze szybciej. Pędzą. Gnają. Gaz. Hamulec. Bieg. Gaz. Gaz.

Szybciej. Szybciej. Szybciej…

 

*) Po zakończeniu kariery, James Hunt w latach osiemdziesiątych przeszedł kurację odwykową, musiał także zmagać się z depresją. Z nastaniem lat dziewięćdziesiątych postanowił zmienić tryb życia, ustatkować się.

Zmarł nagle na atak serca w 1993 roku. O jego stosunku do życia, a właściwie śmierci świadczy zapis w pozostawionym przez niego testamencie. Napisał w nim, by przyjaciele uczcili jego śmierć „huczną imprezą”. Jak można się domyślać, ostatnia wola Hunta została skrupulatnie spełniona…


Prowadzisz agencję reklamową?
Szukasz copywritera, scenarzysty?
 

Zobacz, w czym mogę Ci pomóc (moja oferta)
Zobacz, co zachwyciło moich klientów (referencje)
Obejrzyj moje portfolio
Dowiedz się więcej o mnie (z kim współpracuję)


Napisz do mnie: