);

Robiłem to przez 10 000 godzin. Dlaczego nie doszedłem do mistrzostwa?

Pomysły na biznes, życie i karierę | BLOG COPYWRITERA

Robiłem to przez 10 000 godzin. Dlaczego nie doszedłem do mistrzostwa?

31 sierpnia 2019 Z życia wzięte 18

 


 

Na każdą z trzech aktywności, o których piszę poniżej, poświęciłem około 10 tysięcy godzin życia. Z jakim skutkiem? Bardzo różnym, bo okazuje się, że do osiągnięcia sukcesu w jakiejś materii potrzebne są 4 kluczowe elementy.

 


 

Jedni mówią, że wystarczy

20 godzin, czyli 45 minut dziennie przez miesiąc (to metoda Josha Kaufmana). Podobno tyle trzeba, żeby pokonać tzw. barierę frustracji, która pojawia się za każdym razem, kiedy bierzemy się za uczenie się czegoś zupełnie nowego.

Więcej na ten temat znajdziesz tutaj:
 

 


 

Inni uważają, że

nawet jeśli robimy coś naprawdę na maksa, to w praktyce wykorzystujemy marne 40 procent naszego potencjału. I jeżeli chcemy dobić do stu, to powinniśmy wyznaczyć sobie maksymalnie ambitny cel będący w okolicach naszych 200 procent normy.

 


 

A tacy jak Malcolm Gladwell twierdzą,

że do osiągnięcia mistrzostwa w wybranej przez siebie dziedzinie potrzeba około 10 tysięcy godzin pracy (ćwiczeń).

 


 

Jak to było u mnie?

Oto trzy rzeczy, na które poświęciłem łącznie około 30 tysięcy godzin. Teoretycznie, powinienem więc być co najmniej bardzo dobry w każdej z nich. Niestety, nie jestem.

Co poszło nie tak?

 


 

1) Nauka języków obcych

Przez wiele lat uczyłem się różnych języków obcych:

  • angielskiego,
  • niemieckiego,
  • rosyjskiego,
  • chińskiego,
  • francuskiego,
  • włoskiego,
  • łaciny,
  • a nawet litewskiego.

 
Czy dziś jestem poliglotą?

Wręcz przeciwnie. W miarę dobrze posługuję się tylko językiem polskim. Rozumiem teksty angielskie, potrafię przeczytać rosyjskie, znam budowę pozostałych. Nic więcej.

Czego zabrakło? Najbardziej chyba motywacji i konsekwencji. Za to za dużo było skakania z kwiatka na kwiatek.

Wniosek:
Sama ciężka praca i brak technicznych przeszkód do wykonywania czegoś to nie wszystko.

 


 

2) Nauka gry na skrzypcach

O tym pisałem już wiele razy.

W największym skrócie: przez kilkanaście lat piłowałem struny. Spokojnie zaliczyłem przez ten czas wymagane 10 tysięcy godzin. Miałem talent i silną motywację. Dołożyłem do tego ciężką pracę.

Co stanęło na mi przeszkodzie?

Własne…ciało. Ograniczenia fizyczne (problem z dwoma stawami) oraz blokada w głowie. Ta ostatnia sprawiała, że nie mogłem przekonać samego siebie, żeby nie denerwować się przed każdym występem. Stres zżerał wszystko, co tylko udało mi się wypracować godzinami ćwiczeń.

Wniosek:
Sam talent, motywacja i ciężka praca to też za mało.

 


 

3) Copywriting / pisanie tekstów

Od paru lat regularnie piszę teksty.

Robię to codziennie, nie licząc niedziel i świąt. Nie mam ferii, wakacji i urlopów. Słowem: funduję sobie ostry zapierdziel.

Do ciężkiej pracy, motywacji i talentu dochodzi tutaj również brak znaczących przeszkód. Nie licząc oczywiście szybkości pisania: stukam w klawiaturę trzema palcami, myląc się praktycznie w każdym słowie, nawet po parę razy.

Czytelnicy i klienci dają mi do zrozumienia, że to, co robię, jest wysokiej jakości. Ja mam nieco inne zdanie, ale to teraz nieważne. Można więc zaryzykować twierdzenie, że w tym przypadku odniosłem jakiś tam sukces.
 

Wniosek:
Jeśli operacja „w 10 tysięcy godzin do mistrzostwa” ma się udać, to muszą równocześnie i na mniej więcej zbliżonym poziomie zgrać się ze sobą wszystkie cztery elementy:

  • talent,
  • motywacja,
  • ciężka praca
  • i możliwości (predyspozycje, brak przeszkód, przeciwwskazań).
 


 

A Ty?

Na co poświęciłeś 10 tysięcy godzin pracy?

A może jesteś jeszcze w trakcie wspinaczki na szczyt?

Podziel się swoją historią w komentarzu!

 


 

 


 

 

18 komentarzy

  1. Piotr pisze:

    10 tysięcy to bardzo dużo, choć w kontekście całego życia, niewiele. Przeznaczając na to 8 godzin dziennie wyszłoby prawie 4 lata, a przeznaczając tylko 2 godziny, już ok. 12 lat. Ale tak, jak piszesz, nie ma gwarancji, że będę mistrzem po tych 12 latach, bo to może nie być moja bajka.
    Dla mnie największą przeszkodą w byciu w czymś coraz lepszym, jest to skakanie z kwiatka na kwiatek i brak wytrwałości w domykaniu projektów, celów, szlifowaniu umiejętności.

    Jedno sprawdza się u mnie za każdym razem: codzienne ćwiczenie, kontakt z daną czynnością, językiem obcym, programem (polecam https://www.pisaniebezwzrokowe.pl/szybkie_pisanie.html 🙂 – ja nauczyłem się tak pisać dawno temu, gdy popularne było GG i dużo się rozmawiało. Teraz przydaje się przy codziennym pisaniu tekstów, choć do mistrzostwa sporo mi brakuje. )
    Gdy nawet uda się zacząć taki codzienny trening, to dużą pokusą jest tu myślenie, że obrobię się jeszcze z tym i z tym i z paroma tamtymi tematami i zajmę się w końcu tym, co ważne i co lubię. To się nie sprawdza. Bo gdy rzeczywiście się z tym i tamtym obrobię, to pojawią się inne te te i tamte tamte.
    A 15 czy 30 minut dziennie to odczuwalne 2 minuty spędzone na fb czy przeglądaniu internetu 🙂 Na pewno wiesz, jak to jest 🙂

    I ostatnie, co pomaga w drodze do mistrzostwa, to jaranie się tym, co się robi, czego się uczy, a jeśli ogień nieco przygasa, przetrwanie samego dymu i znalezienie czegoś, co na nowo ten ogień podsyci.

    Dzięki za wpis i do następnego, co miło się czyta 🙂
    Piotr

    • Maciej pisze:

      Bardzo dziękuję za ten komentarz 🙂

      „Dla mnie największą przeszkodą w byciu w czymś coraz lepszym, jest to skakanie z kwiatka na kwiatek i brak wytrwałości w domykaniu projektów, celów, szlifowaniu umiejętności.” – mógłbym się pod tym podpisać, to chyba bolączka wielu ludzi, takie mam wrażenie.

      Co do jarania się – również się zgadzam 🙂

    • Maciej pisze:

      I dzięki za link 🙂 Najwyższy czas zacząć pisać jak człowiek 🙂

  2. Piotr pisze:

    Za ten link sam sobie też mogę podziękować, bo jakiś czas temu odpuściłem codzienne ćwiczenia (cofanie się przy pisaniu i ciągłe poprawianie literówek to masa czasu, który mógłbym przeznaczyć na coś innego, choćby na naukę rysowania). Może teraz znów wrócę do jednego ćwiczenia dziennie. A jeśli tak, to wytrwałości życzę nam obu 🙂

  3. Aga pisze:

    Po miesiącu nauki pisania lewą ręką (a robiłam to praktycznie codziennie po około godzinę rano i godzinę wieczorem), zaczęłam swobodnie trzymać w tej lewej łapce długopis. Jeśli chodzi o samą jakoś pisania, cóż… kurze to pewnie i tak lepiej wychodzi 😀 Ale nie poddaję się, bo dużym kopniakiem do działania był dla mnie moment, gdy zaskoczyłam wreszcie, że nie muszę już układać sobie przez kilka minut długopisu, bo od razu chwytam go tak, jak mi wygodnie pisać. Teraz dołożyłam do tego trzymanie w lewej ręce widelca, suszarki do włosów, a nawet nożyka do tapet, gdy przycinam folie. Jedno przyznaję: bez samodyscypliny bym do tego momentu nie dotarła. Musiałam bardzo chcieć i bardzo się uprzeć, by pamiętać o tym ćwiczeniu. Postawiłam sobie wysoko poprzeczkę, bo ja ćwiczę pisanie, ucząc się jednocześnie japońskiego. Stwierdziłam, że skoro już poświęcam te dwie godziny na pisanie, to niech choć z niego coś będzie. I przepisuję japońskie frazy, ucząc się ich jednocześnie. Co z tego wyjdzie? Nie wiem. W zeszłym roku podchodziłam do hiszpańskiego i rosyjskiego, z marnym do dziś skutkiem. Do japońskiego mam większa motywację, ale trzymam się jej bardzo mocno, bo boję się, że gdy ją zgubię, nagle rzucę cały ten japoński i będzie tylko kolejnym językiem, w którym umiem się zaledwie przedstawić i powiedzieć podstawowe zwroty grzecznościowe. Marzy mi się coś, do czego potrzebuję japońskiego. To marzenie jest moim motorem.
    Najgorsze kłody pod nogi podkładają mi znajomi, którym mówię, co robię. Słyszę wtedy zawsze, że źle się do tego zabrałam, bo powinnam zacząć od alfabetu, od tych japońskich krzaczków, a ja uczę się całych gotowych fraz i zdań (mówić i rozumieć- przepisuję je, jednocześnie powtarzając na głos). I to źle, wg każdego, z kim rozmawiam. Cóż. Przestałam przejmować się tymi radami, bo widzę, że moja metoda odnosi skutek. Może nie rozumiem, co jest napisane na ekranie, ale gdy oglądam japoński serial, wychwytuję te zdania, których zdążyłam się nauczyć. A to motywuje do wkuwania kolejnych. Chcę mówić i rozumieć. A te japońskie znaczki? Kiedyś może i na nie przyjdzie czas 😉
    A Ty nie czepiaj się swoich tekstów, bo są naprawdę dobre 😛 😉 Choć piłowanie strun w Twoim wykonaniu to musiało być ciekawe przeżycie 😀

    • Maciej pisze:

      Skąd pomysł na posługiwanie się lewą ręką? 🙂
      Kaprys czy konieczność?

    • Piotr pisze:

      Jeśli chodzi o naukę języka, ja z całego serca polecam metodę Assimil, która wykorzystuje prosty (ale nie łatwy) mechanizm asymilacji języka, w jaki sami nauczyliśmy się polskiego za młodu 🙂
      Język japoński łatwo i przyjemnie – jest do dostanie w internecie.
      Znalazłem tą metodę kiedyś buszując po forach poliglotów – wg nich to jedna z najbardziej skutecznych metod.
      Kiedyś też napędzało mnie marzenie wyjazdu do Hiszpanii i wystarczyło około 6 miesięcy regularnej nauki tą metodą i rozmawiałem bez barier z rodowitymi Hiszpanami.
      PS Choć w przypadku nauki języka sporo zależy od predyspozycji – mi uczenie się języków obcych, naśladowanie akcentu itp. po prostu sprawia frajdę 🙂

    • Maciej pisze:

      Dzięki za podpowiedź 🙂 Chętnie wypróbuję tę metodę 🙂

  4. Robert pisze:

    W 10 tys godzin CELOWEGO ćwiczenia.

    „Kevin Anders Ericsson, pierwszy i największy na świecie fachowiec w dziedzinie psychologii eksperckiej — znawca tego, co odróżnia ekspertów od laików i co pozwala osiągnąć doskonałość w dowolnej dziedzinie. Przełomowe badania Ericssona, jego współpracowników i naśladowców dały nam jasny przepis na to, jak można stać się ekspertem; to Ericssonowi zawdzięczamy również zdefiniowanie tzw. celowego ćwiczenia — narzędzia stanowiącego drogę do mistrzostwa. Prace tego psychologa stanowią podwaliny zupełnie nowego spojrzenia na tematykę mistrzostwa i podstawę obalenia mitu talentu.”

  5. Goga pisze:

    Też funduję sobie ostry zapierdziel 🙂 Piszę odkąd nauczyłam się bezwzrokowego pisania z Mistrzem Klawiatury (ostatnio Ci pisałam o tym:). Ale daleko mi do mistrzyni :). Myślę, że świadomość, jak wiele się jeszcze nie potrafi jest bardzo mobilizująca 🙂
    PS. Pomarańczowe podkreślenie jest lepsze dla wzroku:).

  6. Krystyna M. pisze:

    1. Języka najlepiej uczyć się”na żywo” – nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam myśleć w innym języku i rozwiązywać zadania matematyczne 😉
    2. Gra na pianinie, lata szkoły muzycznej – nie czułam, żeby to było „moje”. Fajnie umieć, wiedzieć, ale niekoniecznie w tym działać.
    3. Wszystko, co che cię robić – trzeba „czuć” (i nie chodzi mi o zapachy 😉 ) Mogę zabierać się za coś z największym zapałem i przekonaniem, że tylko i wyłącznie to jest moją pasją i to chcę robić w życiu, a jednak po nawet tysiącach godzin okaże się, że… jednak nie. Że to, co chcę – już poznałam na wystarczającym dla mnie poziomie, aby się tym bawić, nawet zarobić, ale niekoniecznie zrobić w tym karierę. Niekoniecznie, bo są tacy, którzy zrobią mimo wszystko, tak… mimochodem… przy okazji… 😀

  7. To detal, ale zaskoczyłeś mnie stwierdzeniem „stukam w klawiaturę trzema palcami, myląc się praktycznie w każdym słowie, nawet po parę razy.” No, jeśli copywriter tak twierdzi, to już się nie muszę martwić. Dużo w życiu pisałem na klawiaturze i dalej robię mnóstwo głupich błędów albo wymyślam nieistniejące słowa. Myślałem już, że coś jest nie tak z moim wzrokiem albo mózgiem 😉 Może po prostu dużo szybciej myślimy niż piszemy i próbujemy nadążyć? 😉

    • Maciej pisze:

      W moim przypadku to nie ma nic wspólnego z szybkością myślenia, bo to też robię dość powoli. Po prostu nigdy nie uczyłem się prawidłowego, bezwzrokowego pisania na klawiaturze. Zamiast tego zakodowałem sobie fatalne nawyki dotyczące techniki pisania i bardzo trudno jest to teraz odkręcić. To tak jak z nauką jazdy samochodem. Jak czegoś się źle nauczysz, to potem ciężko to wyrugować 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copy link
Powered by Social Snap