3 rzeczy, którymi kupił mnie film „Jobs”

 


 

Co można kupić za 10 złotych w Biedronce? Na przykład trzy paczki chipsów. Albo dwa kilo bananów. Albo jeden fantastyczny film na DVD. Gdybym wybrał opcję numer jeden lub dwa – nie miałbym teraz o czym pisać. Na szczęście wybrałem coś z kulturalnej oferty tego supermarketu i dlatego mogę się podzielić z wami trzema krótkimi spostrzeżeniami.

 


 

Czym ujął mnie scenariusz filmu „Jobs” (2015)?

Oto trzy rzeczy, na które zwróciłem uwagę:

 


 

1) Bohater

Jobs jest pokazany jako człowiek wielowymiarowy, a nie jako postać jednoznacznie negatywna. Dlatego obok Jobsa skur:

  • czybyka
  • wiela
  • wysyna
  • kowańca

pojawia się także Jobs o dobrym sercu, empatyczny i wrażliwy.

Dzięki temu, uczucia widza w stosunku do bohatera również są niejednoznaczne. W jednej chwili go nienawidzimy, by parę minut później mu współczuć, a jeszcze później – rozumieć jego tok myślenia.

 


 

2) Dialogi

Po pierwsze jest ich bardzo, bardzo dużo. Dość powiedzieć, że scenariusz „Jobsa” liczy ponad 180 stron, podczas gdy typowy script filmu fabularnego jest niemal dwa razy krótszy.

Druga rzecz, która spodobała mi się w dialogach to ich nieprzewidywalność. Słowne riposty idą czasem zupełnie pod prąd oczekiwaniom widza i tym samym sprawiają mu naprawdę sporą przyjemność.

O błyskotliwości, gorzkiej ironii i zgrabnych bon motach nie piszę, bo u Aarona Sorkina (to on jest autorem scenariusza) to… normalne.

 


 

3) Struktura

Najciekawsza okazała się jednak sama struktura tego filmu biograficznego. Zazwyczaj dzieła tego rodzaju tworzone są najczęściej według sprawdzonego wzorca: urodził się, żył i umarł.

Zanim jednak zdradzę, na jaki szalony pomysł wpadł Sorkin, wyobraźcie sobie, że ktoś chce opisać wasze życie.

W tym celu prosi was o wskazanie trzech półgodzinnych odcinków z waszej biografii, które są dla was wyjątkowo ważne. Macie już te wydarzenia? To teraz wyobraźcie sobie, że z tych trzech fragmentów ów pisarz czy scenarzysta chce zarysować całą waszą sylwetkę. Oddać wasz charakter, wady, zalety i wszystko to, co odróżnia was od pozostałych siedmiu miliardów ludzi.

Trudne, prawda? Wręcz niewykonalne.

Tymczasem właśnie tak zbudowany jest „Jobs”. Aaron Sorkin wybrał trzy krótkie epizody z życia swojego bohatera i na ich podstawie przyrządził fenomenalnie smakowite i obłędnie aromatycznie danie.

Żeby było trudniej, wszystkie te wydarzenia dotyczą praktycznie tego samego: premiery kolejnego produktu, w powstaniu którego Jobs maczał palce.

To tak, jakby ktoś nakręcił film biograficzny o was, biorąc na warsztat jedynie te momenty życiorysu, w których staliście w kolejce po mięso.

 


 

Polish jokes?

I jeszcze jedno. „Jobs” to jeden z tych nielicznych amerykańskich filmów, w której Polacy są pozytywnymi bohaterami. Jeśli jeszcze nie oglądaliście tego filmu, rzućcie okiem na recenzję:

 


 

32 Comments

  1. Myślę sobie, że stworzenie filmu/książki o kimś jest trudne, ale trudniejsze jest napisanie książki lub scenariusza autobiograficznego. Gdybym ja komuś miała wskazać takie trzy momenty to miałby niezłe wyzwanie. Recenzja ciekawa i z pewnością dodam ją do swojej kolekcji w bullet journalu 🙂

  2. Ciekawi mnie ten film od dłuższego czasu, Jobs zastanawia mnie jako człowiek. Niewątpliwie był on wielkim umysłem i doskonałym biznessmenem, a do tego człowiekiem o ogromnej sile, którego w końcu pokonała straszna choroba. Świetnie, że wpadłam na Twój spis i przypomniałam sobie o filmie „Jobs”, który na pewno wkrótce obejrzę. P.S. Nigdy nie postrzegałam bohatera jako skur… a Ty?

    1. W swoim mniemaniu – Jobs pewnie uważał się za dobrego ojca i dobrego człowieka. Patrząc jednak z zewnątrz – nie był typem gościa, z którym chciałbym się zaprzyjaźnić 🙂
      Czy nie miał czasem zespołu Aspergera? (mega zdolności, ale brak np. empatii)

        1. Akurat z tym trochę strzeliłem. Jobs wydał mi się podobny do doktora House’a (postaci z serialu) – to też geniusz, który z życiu prywatnym totalnie sobie nie radzi z uczuciami.

  3. Sorkin jest autorem świetnego serialu „Newsroom”, który polecam. Z własnego doświadczenia wiem, że to, co tam pokazał to istotnie realia pracy mediów w USA. Ach, gdyby u nas dziennikarze miewali takie dylematy… Jeśli zatem zrobiła Jobsa na tym samym poziomie, to warto sięgnąć. Co do samej postaci tytułowej, to sukces w biznesie, zwłaszcza za oceanem nie ma twarzy księżniczki Disneya. Raczej to jest twarz z plakatu „Lśnienia”.

  4. Widziałam, mam wobec tego tytułu niezmiernie mieszane uczucia. Niby wszystko pięknie i cacy, ale… no właśnie. Wcześniej czytałam biografię Jobsa, obszerną, rozbudowaną i dosyć szczegółową, rzetelną. Obraz, jaki jawił mi się o tym wizjonerze po lekturze jakoś nie wspołgrał z ekranizacją. Sama nie wiem, coś mi zgrzytało. :/

    1. Ja z kolej nie czytałem książki – może dlatego film mi się podobał?
      Na pewno spodobała mi się strona techniczna, głównie pomysł na scenariusz (ot, takie moje zboczenie zawodowe).
      Ale fakt faktem – książka, z tego co wiem, jest dużo bardziej rozbudowana i daje czytelnikowi pełniejszy obraz Jobsa.

  5. Lubię takie ciekawie i nieprzewidywalne dialogi. Myślę, że film mógłby mi się spodobać 😉

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *