);

Nie ma gorszego określenia niż „dobra robota”

Pomysły na biznes, firmę i karierę | Blog copywritera

Nie ma gorszego określenia niż „dobra robota”

28 listopada 2016 Inspiracje Muzyka 36

 


 

Jestem świeżo po obejrzeniu filmu Whiplash.

Dla tych, którzy nie widzieli: to film o relacji nauczyciel-uczeń. Akcja dzieje się w Nowym Jorku, w najlepszej szkole muzycznej w USA. Młody perkusista trafia do zespołu jazzowego kierowanego przez sadystę. Krew, pot, łzy – plus tętno sięgające 180 uderzeń na minutę. Tak wygląda codzienność głównego bohatera.

Oglądanie tego filmu sprawia momentami wręcz fizyczny ból:

 


 

Dobra robota, stary!

Pod koniec filmu padają bardzo intrygujące słowa. Nauczyciel tłumaczy uczniowi (którym przez cały czas ostro poniewierał) – dlaczego to robił.

Mówi mu, że nie ma gorszych słów, które można komuś powiedzieć niż „dobra robota” (good job). Zwłaszcza po tym, gdy ten ktoś wykonał coś może i dobrze, ale nie wybitnie.

 


 

Dlaczego?

Bo good job to poproszenie kogoś o to, by spoczął sobie wygodnie na laurach. Nie przemęczał się. To pochwała, która może zdemotywować do dalszej pracy.

Zdaniem filmowego nauczyciela, mówiąc tak komuś, wyrządzamy mu krzywdę. Nie zmuszamy do ekstremalnego wysiłku. A docelowo sprawiamy, że osoba taka zostanie „średniakiem”. W domyśle – nikim.

Czy to prawda? Czy może zwykła bzdura? Sam nie wiem.

 


 

Filmowa fikcja czy brutalna rzeczywistość?

Wydawać by się mogło, że film jest totalnie przerysowany. Okazuje się, że jest w nim ziarno prawdy. Oto słowa nauczyciela, które na pierwszej lekcji perkusji usłyszał Jan Młynarski w jednej renomowanych nowojorskich szkół muzycznych:

Skąd ty jesteś? Z Polski!? O ja pierdolę, stary, jak ja ci współczuję! Jakie to musi być straszne urodzić się Polakiem! Ale wiesz co zrób – wracaj tam, kurwa, bo do tego na pewno się nie nadajesz.

Koniecznie przeczytajcie cały wywiad.

 


 

Rada coacha Macieja 🙂

Jaki wniosek płynie z filmu Whiplash? Bardzo prosty.

Chcesz osiągnąć coś w życiu? Postępuj według tych trzech zaleceń:

  1. Wyznacz cel.
  2. Wypruj sobie żyły, flaki czy co tam chcesz, by osiągnąć ten cel.
  3. Nie słuchaj tekstów typu „dobra robota”. A przynajmniej nie bierz ich sobie do serca.

Przy okazji – czy wiecie, dlaczego prawdopodobnie nigdy nie zostanę coachem? Bo głupio by mi było zarabiać na powtarzaniu w kółko powyższych trzech zdań.

A poza tym, mam wrażenie, że z każdym rokiem wiem o życiu coraz mniej.

Daleko mi do Kołcza Majka…

 


 

 

36 komentarzy

  1. Goga pisze:

    Ekstremalny wysiłek – brzmi znajomo! Szczególnie po ostatnim tygodniu 🙂 Bardzo fajny wpis, a film na pewno nadrobię 🙂

  2. Yzoja pisze:

    A gdzie czas na radość z życia? Cel celem, ale nie każdy zawsze chce być pierwszy, niektórym wystarcza bycie po prostu dobrym. Wszystko zależy oczywiście od dziedziny, bo w sporcie zawsze trzeba być naj, ale tak jak w Whiplashu? Potrzeba więcej niż jednego perkusistę na tym świecie, więc wystarczy dotrzeć do pułapu „jest zajebiście” i wtedy można trochę spuścić z tonu, cieszyć się życiem, by mieć jeszcze ochotę w ogóle robić to dalej…

    A film mi sie strasznie nie podobał, takie stworzone to ewidentnie pod Oscary… i płaskie, przewidywalne.

    • Maciej Wojtas pisze:

      W muzyce, przynajmniej tej klasycznej, trzeba być naj. Dobrych muzyków jest zatrzęsienie. Moim zdaniem film jest lekko przesadzony, ale ma w sobie trochę prawdy o tej branży.

  3. Rozumiem, że bez pracy do utraty tchu ciężko o najlepsze rezultaty, szczególnie jeśli mówimy o muzyce. Nie widzę jednak siebie w roli człowieka dążącego do perfekcji kosztem czerpania radości z życia, budowania relacji z najbliższymi czy zwyczajnie odpoczynku po wykonanym w pocie czoła zadaniu.

    PS
    OMG Kołcz Majk – nie widziałem wcześniej jego nagrań. I już więcej nie chcę widzieć 🙂

    • Maciej Wojtas pisze:

      Z drugiej strony potrafię sobie wyobrazić, że ktoś tak zatraca się w swojej pasji, że nawet ból i upokorzenia nie są go w stanie zawrócić z obranej drogi.
      Co do kołcza – sorry, zapomniałem dodać ostrzeżenie przed tym filmikiem 🙂

  4. Ja czuję irracjonalny lęk przed ludźmi, którzy prą przed siebie bez odwracania się na innych. Po trupach do celu – nie dla mnie takie towarzystwo. Lubię żywych i ciepłych, którzy potrafią znaleźć złoty środek w dążeniu do bycia NAJ, w którym nie czują jakby mieli zaraz wykorkować ze zmęczenia/stresu/szalonego tempa życia, co nie zmienia faktu, że szanuję ludzi, którzy osiągnęli sukces swoją ciężką pracą.

  5. Film zapewne zobaczę, ale na bank nie zastosuję do tej metody. Niestety w zawodzie nauczyciela cały czas trzeba chwalić choćby za najmniejsze postępy . 😉

  6. Widziałam ten film i zrobił na mnie wrażenie. Niestety, w niektórych dziedzinach tak jest, że trzeba dużo samozaparcia, do bólu by coś osiągnąć. Tylko jakim kosztem. Ten film przypomniał mi inny film Blask, który uwielbiam

    • Maciej Wojtas pisze:

      „Blask” jest genialny 😉 Geoffrey Rush + muzyka Rachmaninowa + to niezwykłe szaleństwo bohatera = film, który wciąga po uszy (podobnie jak np. „Amadeusz” Formana).

  7. Narwany pisze:

    Filmu nie widziałem, ale mnie zaintrygowałeś, więc pewnie jeszcze w wolnej chwili do niego wrócę. Jest coś w tym zdaniu: „Dobra robota”, takiego nieścisłego. Od wielu ludzi możemy sułyszeć „dobra robota” i u każdego będzie to znaczyło coś innego. To my sami musimy stwierdzić, kiedy możemy do siebie powiedzieć: „dobra robota”.

    • Maciej Wojtas pisze:

      Masz rację, wszystko zależy od tego, kto wypowiada takie słowa. Czasami ocena typu „ujdzie w tłumie”, ale wypowiedziana przez autorytet ma o niebo większą wartość od „znakomite, genialne” – od kogoś, kto chce nas tylko poklepać po ramieniu.

  8. Ewa Sobania pisze:

    Dobry film, chociaż rzeczą która najbardziej rzuciła mi się w oczy to frustracja nauczyciela, o którym można powiedzieć wiele, ale nie że jest szczęśliwym człowiekiem.

  9. Potłuczona Literatka pisze:

    Świetnie napisane!
    Ja nienawidzę jeszcze: „Dasz radę!”. Szlak mnie trafia! No bo jak nie dam, to co? Jeżeli ktoś daje mi komunikat, że powinnam dać radę, a ja padam, to znaczy, że jestem absolutnie do niczego!
    Dla mnie przygody z wieloma dyscyplinami sportu skończyły się właśnie tymi słowami! Albo tym cholernym „dobra robota!” – kiedy już niemal płuca wyplułam…
    Chyba jestem odporna na wszelkie coŁczingowe bełkoty i moce pozytywnych myśleń 😉

    I muszę obejrzeć ten film!

    • Maciej Wojtas pisze:

      Gorąco polecam 🙂 Tylko nie w telewizji, bo bloki reklamowe strasznie wybijają (nomen omen, bo to film o perkusiście) – z uderzenia.

  10. Teoria swoje a życie swoje:) Nie mniej nie trawię ludzi typu „po trupach do celu”. Nie zgadzam się z taką postawą, ale nie wiem, i z kolejnym rokiem wiem co raz mniej czy można te wszystkie cele osiągnąć w inny sposób niż nie moralnie po trupach za wszelką cenę. Ja się cieszę z małych rzeczy a wyżej wymienionych unikam 🙂

  11. Mirella pisze:

    Ja nigdy do końca nie jestem zadowolona z osiągniętego efektu, ciągle staram się być lepsza i lepsza 🙂

  12. Anna Sycz pisze:

    „Dobra robota” to tak w j. polskim jak i w j. angielskim bardzo niechlujny komplement. Nie wskazuje on nawet na to, że doceniamy fakt, że to TY musiałeś WYKONAĆ tę robotę. Znawcy NLP nie byliby zadowoleni. Ja staram się unikać takich bezokoliczników. Pochwalenie KOGOŚ za ZROBIENIE czegoś jest jednak bardzo ważne dla tej osoby. W 2012 w Japonii opublikowano wyniki badań, które potwierdziły, że nagroda społeczna w formie zachęty i komplementu znacznie podnosi radość i satysfakcję z wykonania zadania. Co istotniejsze, podnosi ją bardziej niż nagroda finansowa. Adresowana do konkretnej osoby gratyfikacja społeczna niesie ze sobą większą satysfakcję z wykonania zadania i powoduje, że późniejsze powtórzenie zadania owocuje wyższym poziomem wykonania. Ważny jest też przekaz niewerbalny.

  13. Artur Baranowski pisze:

    Przywołany we wpisie Kołcz Majk to najgorszy z możliwych przykładów nauczycieli pozytywnego myślenia. To klasyczny przykład amwayowskiego podejścia do biznesu. Z tą różnicą, że oni chociaż proszki sprzedawali, a ten Kołcz co? Zalecam ostrożność przy wyborze nauczycieli, którzy każą sobie płacić ciężkie pieniądze za oglądanie jak biegają po scenie w dziwnym przebraniu. To ja już wolę pójść na koncert Lords. A co do „dobrej roboty”, to mam swoje zdanie na ten temat: za mało w życiu dostajemy pozytywnych sygnałów, żeby żałować sobie motywowania poprzez tego typy bodźce. Warto nieraz dać komuś marchewkę, a nie cios kijem.

  14. Widziałam reklame tego filmu, ale jak dla mnie jest on zbyt brutalny. Zgadzam się jednak, ze sam talent nie wystarczy i im większe ambicje tym ciężej trzeba pracować na efekty.

  15. Oglądałam ten film jakiś czas temu, pamiętam, że zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Momentami miałam dość i chciałam zamknąć komputer… Trochę nie mogłam zrozumieć bohatera filmu, bo sama nigdy nie miałam takiego ciśnienia, żeby być w czymś najlepszą i nigdy nie dałabym sobą tak pomiatać i tak cierpieć… No ale muzyka to jednak taka branża, że trzeba być „naj” żeby się wybić, coś osiągnąć i ludzie są w stanie wiele znieść.

  16. Wyrodna-Matka pisze:

    Nie wiem czy przemawia do mnie cała idea filmu Wiplash oraz wygłoszone kwiecistym językiem polskim „orędzie” Kołcza Majka.
    Zgodzę się tylko z jednym – trzeba się rozwijać, ale czy kosztem innych ludzi, kosztem innych rzeczy w życiu oraz kosztem własnego szczęścia? Czy dążąc do celu i będąc wiecznie niezadowolonym z siebie przeżywamy szczęśliwe życie? A na starość co nam zostanie? Kto przy nas będzie, kiedy nie skupiamy się na innych ludziach, tylko non stop dążymy do sukcesu.
    I jeszcze: kiedy stwierdzimy, że to już jest sukces? Przecież jesteśmy wiecznie z siebie niezadowoleni – nigdy nie powiemy sobie „dość, osiągnąłem już to do czego dążę”.
    Ja nie zwykłam katować siebie psychicznie, wolę być szczęśliwa i zadowolona z tego co mam. I wcale nie osiadam przez to na laurach – wręcz przeciwnie. Poczucie jakiegoś sukcesu pcha mnie do tego, żeby próbować dalej, inaczej, więcej. metoda kija działa na mnie źle, burzy moje poczucie własnej wartości, marchewka dodaje skrzydeł 😀

    • Maciej Wojtas pisze:

      Zgodzę się tylko z jednym – trzeba się rozwijać, ale czy kosztem innych ludzi, kosztem innych rzeczy w życiu oraz kosztem własnego szczęścia?

      A jeśli to rozwój daje komuś szczęście? [samo „gonienie króliczka”]?

      „marchewka dodaje skrzydeł” ;))

      Fajny slogan reklamowy 😉

    • Wyrodna-Matka pisze:

      Ale mnie również rozwój przynosi szczęście. Bardziej chodziło mi o katowanie siebie za wszelką cenę. Jeśli komuś to przynosi szczęście (katowanie się), to musi mieć jakiś dziwny fetysz 😀 Ale wiem, wiem – różni są ludzie na świecie.
      Co do marchewki – e tam fajny, ściągnięty z RedBulla 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *