Bajka o detektywie De Klinie i jego dziwnych przypadkach

Kursy online z osobistym mentorem | Nauczyciel przyszłych mistrzów

Bajka o detektywie De Klinie i jego dziwnych przypadkach

13 maja 2024 Bez kategorii 0


 


 

1.

 
W pewnym kraju, gdzieś na skraju globusa, żył sobie detektyw De Klin.
 
Z okien jego maleńkiego gabinetu na poddaszu było widać cały port:
 
wszystkie statki, łódki i łupinki przypływające ze świata i wypływające w przeciwnym kierunku.
 
 
Miasto było bogate, ale sam detektyw – bardziej niż biedny.
 
Pracował razem z Asystentem, który pomagał mu za darmo.
 
 
Dlaczego De Klin był ubogi?
 
Pewnie dlatego, że nie potrafił rozwiązywać spraw, z którymi przychodzili do niego mieszkańcy miasta.
 
Bo zamiast logicznie je rozsupływać, wolał… zgadywać.
 
 
– Detektywie De Klin, mam taki problem… – Tak zwykle rozpoczynała się wizyta klienta.
 
– W czym mogę pomóc? – pytał detektyw, wyjmując fajkę z ust.
 
– Zginęła mi kotka, czarna w białe łaty.
 
– A sprawdził pan na strychu?
 
– Skąd pan wie, że tam będzie moja kiciunia?
 
– Miałem ostatnio klienta, któremu zaginął kocur. I wie pan, gdzie się odnalazł?
 
– Niech zgadnę…
 
– Myślę, że pańska zguba smacznie sobie teraz śpi gdzieś pod dachem pańskiego domu.
 
– Bardzo dziękuję za pomoc. Ile płacę?
 
– Płatnościami zajmuje się mój Asystent, proszę z nim uregulować należność – odpowiadał detektyw, sięgając po swoją ulubioną gazetę.
 
 
Następnego dnia klient przychodził po zwrot pieniędzy, ponieważ okazywało się, że detektyw nie miał racji.
 
Od czasu do czasu De Klinowi udawało się rozwiązać jakąś zagadkę, ale zdarzało się to rzadko.
 
Rzadziej niż prawie nigdy.
 
 

 


 

2.

 
Któregoś ranka Asystent krzyknął na cały głos:
 
 
– Tak, to jest to!
 
– Co się stało? – zdziwił się De Klin.
 
– Panie szefie, chyba wiem, co trzeba zrobić!
 
– Zamieniam się w słuch – odrzekł spokojnie detektyw, rozpalając ogień w fajce.
 
– Wyjąłem dziś z kosza wczorajszą gazetę. Czytam, czytam i widzę, że w tej gazecie opisują różne rzeczy.
 
– W rzeczy samej.
 
– Różne rzeczy, różnych ludzi, różne przypadki.
 
– Zgadza się.
 
– I przypadki, które pan szef rozwiązuje, też są różne.
 
– Zdecydowanie tak.
 
– Więc pomyślałem sobie, że trzeba coś z tym zrobić.
 
– Wiem! Wymyśliłeś, żebym rozwiązywał wyłącznie te same zagadki. Na przykład sprawy kradzieży jaj. Albo zaginięć kotów. Albo zniknięć parasoli. Zmienimy szyld na „Detektyw od parasoli”. Mam rację?
 
– To też jest ciekawy pomysł, ale…
 
– Masz lepszy?
 
– Wymyśliłem, co zrobić, żeby pan szef rozwiązywał więcej zagadek.
 
– Ależ ja rozwiązuję wszystkie zagadki.
 
– Tak, ale na drugi dzień zwykle okazuje się, że klientowi trzeba oddać pieniądze…
 
– Też to zauważyłeś?
 
– Chodzi o to, że przydałby się jakiś sposób, żeby od razu mieć gotowe rozwiązanie sprawy klienta.
 
– I co wymyśliłeś?
 
– Pytania.
 


 

3.

 
– Pytania?
 
– Tak, dokładnie sześć pytań, które trzeba zadać, a potem na nie odpowiedzieć.
 
– I tyle wystarczy, żeby rozwiązać każdą zagadkę?
 
– Zaraz wyjaśnię, proszę zaczekać.
 
 
Asystent otworzył drzwi do składziku ze szczotkami.
 
Wyjął z niego starą, zielonkawą, mocno zakurzoną tablicę.
 
Rozstawił ją pod oknem, sięgnął po kawałek kredy i zaczął pisać, równocześnie tłumacząc wszystko De Klinowi:
 
 
– Pierwsze pytanie: kto zyskał. Na przykład: kto zyskał na tym, że z ogródka pani van Rijn zniknęły wszystkie tulipany.
 
– Dobre pytanie!
 
– Drugie pytanie: kogo albo czego brakuje, na przykład na miejscu zdarzenia albo w zeznaniach różnych ludzi. Trzeba rozmawiać z ludźmi i zapisywać, o czym nie mówią albo czego nie chcą nam powiedzieć. Bo to, czego nie mówią, powie nam najwięcej.
 
– Mów dalej!
 
– Trzecie pytanie: komu albo czemu trzeba się dokładniej przyjrzeć. Każda sprawa to wiele osób i rzeczy. Zamiast zajmować się wszystkimi, trzeba wybrać te, które mogą mieć znaczenie. Czyli trzeba zająć się tym, co najważniejsze, a nie tracić czas na…
 
– Głupoty. Rozumiem. Mów dalej.
 
– Czwarte pytanie…
 


 

4.

 
Wykład Asystenta przerwało dość stanowcze pukanie do drzwi.
 
 
– Proszę zaczekać, panie szefie, sprawdzę, kto to jest.
 
– Każ mu przyjść za 10 minut, kiedy wytłumaczysz mi całość tej metody.
 
 
Asystent otworzył drzwi i grzecznie poprosił klienta, żeby wrócił za parę chwil, ponieważ teraz detektyw odbywa ważną naradę.
 
 
– Czwarte pytanie łączy się trochę z trzecim i brzmi następująco: kogo albo co można pominąć. Bo kiedy pominie się rzeczy mniej ważne, to ma się więcej czasu na ważne. Proste!
 
– Elementarne, drogi Asystencie!
 
– Piąte pytanie: z kim albo z czym trzeba się spotkać, żeby przybliżyć się do rozwiązania zagadki.
 
– Z kim, to rozumiem, ale z czym?
 
– Tak, trochę niezręcznie to brzmi, muszę to jeszcze dopracować. Z czym się spotkać oznacza: co trzeba sprawdzić, zbadać, zobaczyć.
 
– A ostatnie pytanie?
 
O kim albo o czym trzeba porozmawiać ze świadkami zdarzenia, żeby zdobyć wszystkie brakujące informacje.
 
– I to wszystko?
 
– Ostatnim etapem jest rozwiązanie zagadki. Wtedy pan szef wypowiada na głos: „O, moja zagadko, nie jesteś już żadną tajemnicą, wiem już o tobie wszystko!” – zawołał wesoło Asystent.
 
 
Detektyw De Klin nie zauważył, że fajka przestała się palić.
 
Miał ochotę wyściskać swojego Asystenta, ale opanował się.
 
Nie chciał, żeby jego pomocnik niechcący pomyślał, że szef jest pod wielkim wrażeniem tego, co przed chwilą usłyszał.
 
 
– Zastanowię się. Pytania są ciekawe, ale… nie wiadomo, czy działają.
 
 
Zapadła cisza, którą przerwało ponowne pukanie do drzwi połączone z nerwowym chrząkaniem.
 
 
– Teraz możemy to sprawdzić! Na tym kliencie! – krzyknął rozgorączkowany Asystent.
 
– Spróbować nie zaszkodzi… – z lekkim oporem odpowiedział De Klin.
 


 

5.

 
Do mieszkania detektywa wszedł bogaty mężczyzna w średnim wieku.
 
Razem z nim wszedł jego zapach.
 
Cały bukiet drogich perfum, cygar i tego czegoś, co odróżnia ludzi z grubym portfelem od tych, którzy w swoich sakiewkach noszą powietrze.
 
 
– Co szanownego pana do nas sprowadza? – zapytał Asystent.
 
– Mojej córce skradziono rower. Czy mógłby pan go znaleźć?
 
– Mój asystent zada panu kilka pytań – odpowiedział De Klin, siedząc za swoim biurkiem i udając, że ma do załatwienia coś o wiele ważniejszego niż sprawę kradzieży jakiegoś tam bicyklu.
 
 
Asystent usiadł przy swoim chwiejącym się stoliku, wziął do ręki poplamiony notes i obgryzione pióro.
 
Założył druciane okulary i zaczął wypytywać klienta:
 
 
– Pierwsze pytanie: kto zyskał na tym, że pańska córka nie może już jeździć na rowerze?
 
– Najbardziej chyba mój gruby sąsiad z parteru, który stale narzekał na hałas.
 
– Drugie pytanie: kogo albo czego brakuje. A nie, przepraszam… to sprawdzę na miejscu zdarzenia.
 
– Dobrze.
 
– Trzecie pytanie: komu albo czemu trzeba się dokładniej przyjrzeć?
 
– Zdecydowanie mojemu grubemu sąsiadowi. I całej jego rodzince. Oni od dawna wydawali mi się jacyś tacy podejrzani. Za każdym razem, kiedy mijałem ich na ulicy, przestawali ze sobą rozmawiać. Dziwne, prawda?
 
– Czwarte pytanie: kogo albo co można w tym śledztwie pominąć?
 
– Panią van Graff z drugiego piętra. Ona jest głucha, prawie ślepa i od dziesięciu lat nie wychodzi z domu. Gdyby nie wnuk, który odwiedza ją co sobotę, biedaczka nie wiedziałaby niczego o świecie.
 
– Piąte pytanie: z kim trzeba się spotkać, żeby przybliżyć się do rozwiązania zagadki?
 
– Dokładnie po drugiej stronie ulicy jest warsztat zegarmistrza. On przesiaduje tam od rana do nocy. Wszystko widzi i ma świetną pamięć. Myślę, że będzie wiedział, czyja to sprawka.
 
– A co jeszcze warto byłoby sprawdzić, zbadać albo zobaczyć?
 
– Na pewno ślady na stojaku dla rowerów. To stamtąd zniknął pojazd mojej córeczki.
 
– I ostatnie pytanie: o kim albo o czym trzeba porozmawiać ze świadkami, żeby zdobyć wszystkie brakujące informacje?
 
– Tego niestety nie wiem, nie jestem detektywem – roześmiał się rubasznie klient, rozkładając ręce.
 
– Racja.
 
 
Asystent grzecznie podziękował za wszystkie odpowiedzi i odwrócił się w stronę swojego szefa:
 
 
– Panie szefie, może pan przystąpić do pracy.
 
– Weź jeszcze, mój asystencie, wykonaj wiadome działania na miejscu zdarzenia – De Klin wydał to polecenie, żeby w razie niepowodzenia móc zwalić wszystko na swojego wiernego pomocnika.
 


 

6.

 
Asystent wstał, schował notes i pióro do kieszeni marynarki i wyszedł z klientem z mieszkania De Klina.
 
Przez parę godzin krążył po mieście, uzupełniając zapiski.
 
Kiedy wrócił z powrotem, jego szef kończył właśnie obiad.
 
 
– Panie szefie, wszystko jest już jasne. Może pan zadzwonić do klienta. Sprawa jest rozwiązana. Okazało się, że…
 
– Że rower ukradł zegarmistrz, a za całą intrygą stał wnuk pani van Graff – mam rację?
 
– Skąd pan szef to wie?
 
– Użyłem swojego geniuszu…
 
– A przypadkiem nie moich pytań?
 
– Cóż… one są dobre, ale bez mojego geniuszu… – skłamał De Klin.
 
– To prawda, wszystko się zgadza. Wnuk, który co sobotę odwiedzał panią van Graff, od dawna chciał przejąć lokal zegarmistrza… – zaczął Asystent, ale detektyw szybko mu przerwał:
 
– Nie wiedział tylko, jak go stamtąd wykurzyć. Namówił więc sprzedawcę rowerów, żeby przygotował tabliczkę z napisem „wielka okazja, tylko dziś 80% taniej”.
 
– Miał pilnować, kiedy nasz klient będzie przechodził obok jego sklepu i w stosownej chwili wywiesić w witrynie tę tabliczkę. Feralny rower miał zostać nasmarowany specjalnym mazidłem…
 
– Które z czasem miało ujawnić swoją prawdziwą naturę.
 
– Rower po jakimś czasie miał zacząć niemiłosiernie skrzypieć, piszczeć i wydawać z siebie te przeraźliwe dźwięki.
 
– Tak, wszystko się zgadza – potwierdził De Klin.
 
– A że córka klienta uwielbia jazdę na rowerze i mogłaby to robić całymi dniami, więc…
 
– Zegarmistrz mógł jedynie patrzeć na to, jak nieznośny hałas wydobywający się z roweru odstrasza mu klientów.
 
– Dlatego pewnej nocy postanowił zakraść się do piwnicy sąsiada i…
 
– „O, moja zagadko, nie jesteś już żadną tajemnicą, wiem już o tobie wszystko!” – zawołał wesoło De Klin.
 
***
 
Jeszcze tego samego dnia detektyw zadzwonił do klienta.
 
 
– Mam dla szanownego pana doskonałą wiadomość. Rozwiązałem pańską zagadkę. Była dziecinnie prosta.
 
 
Asystent prawie zakrztusił się kawą, kiedy usłyszał, że jego szef postanowił bez mrugnięcia okiem spić całą śmietankę.
 
 
– Proszę mu wspomnieć, że to dzięki mojej metodzie – szepnął De Klinowi do ucha.
 
– Jak na to wpadłem? Nie mogę zbyt wiele zdradzać, ale wynalazłem genialną metodę, dzięki której mogę rozwiązywać najtrudniejsze zagadki na świecie! – detektyw pochwalił się klientowi, po czym zaprosił go do swojego biura.
 


 

7.

 
Asystent przełknął ślinę i spuścił wzrok.
 
Nie dał jednak po sobie poznać, że czuje się oszukany przez swojego szefa.
 
Nie było czasu na żale, ponieważ od tego dnia życie obu mężczyzn znacznie przyspieszyło.
 
 
De Klin, używając metody swojego Asystenta, rozwiązywał sprawę za sprawą.
 
Pół roku później przeprowadzili się do nowego biura – w najdroższej części miasta.
 
Któregoś dnia detektyw jak zwykle przeglądał poranną pocztę.
 
 
– O, a ten list nie ma ani nadawcy, ani odbiorcy… – zdziwił się.
 
– Ciekawe, od kogo? – zainteresował się Asystent.
 
– Sprawdźmy.
 
 
W środku znajdowała się mała kartka złożona na pół.
 
Kiedy De Klin rozłożył ją, zobaczył tylko jedno zdanie:
 
„Nie ma przypadków”.
 
 
– Dziwne… – powiedział do siebie De Klin.
 
– Nie ma przypadków, hmm… – dodał Asystent.
 
 
Tymczasem De Klin święcił tryumf za tryumfem.
 
Metoda wymyślona przez Asystenta była bezbłędna.
 
Coraz częściej z ust detektywa można było usłyszeć słowa, które wypowiadał publicznie: „jestem geniuszem”, „jestem najlepszy”, „jestem arcymistrzem”.
 
 
Z czasem rozwiązywanie zagadek przestało go satysfakcjonować.
 
Pomyślał, że pytania Asystenta można byłoby wykorzystać w innych dziedzinach.
 
Zajął się więc rozkładaniem potraw na czynniki pierwsze.
 
Dzięki temu potrafił odgadnąć, według jakiego przepisu jakiś smakołyk został przyrządzony.
 
 
Potem wziął się za maszyny i urządzenia.
 
Zasady ich działania rozgryzał tak szybko, że ich producenci zaczęli się obawiać, że wszystkie ich tajemnice wyjdą na jaw.
 
To samo było z każdą dziedziną życia, którą tylko postanowił wziąć w obroty.
 
 
De Klin szedł jak burza.
 
Jego biuro powiększyło się do takich rozmiarów, że teraz zajmowało już całą kamienicę.
 
Asystent został nadzorcą dwudziestu pomocników.
 
Każdy z nich mógł się pochwalić dyplomami najlepszych uczelni.
 
Ludzie De Klina prowadzili tyle spraw dziennie, że trudno było je wszystkie zliczyć.
 
 
Któregoś ranka nad wejściem do biura umieszczono potężny napis „Mistrz De Klin – sprawy trudne rozwiązuję natychmiast, a beznadziejne na wczoraj”.
 
Detektyw polecił również, aby jego klienci otrzymywali pozłacane wizytówki, na których z jednej strony znajdowały się słowa „światowej sławy geniusz”, a na drugiej jego nazwisko.
 


 

8.

 
Rok później, kiedy De Klin jak zwykle przeglądał pocztę, jego uwagę zwróciła koperta pozbawiona jakichkolwiek napisów.
 
Zapytał głównego Asystenta, czy wie, kto mógłby być jej nadawcą, ale jego pomocnik wzruszył tylko ramionami.
 
Wewnątrz znajdowała się kartka, a na niej napisane było jedno zdanie: „nie ma przypadków”.
 
 
– Dziwne… – powiedział do siebie De Klin.
 
– Nie ma przypadków, hmm… – dodał Asystent.
 
 
De Klin stał się znany w całym kraju.
 
Każdy chciał ogrzać się w blasku jego spektakularnej kariery.
 
Zapraszano go na najbardziej prestiżowe salony.
 
Wciągnięto na listy członków wielu elitarnych towarzystw.
 
Wielokrotnie gościł u króla, który chciał nawet mianować go swoim doradcą i prawie by to zrobił, gdyby nie pewne zdarzenie…
 


 

9.

 
Nadszedł bowiem rok, który zmienił wszystko.
 
Do portowego miasta przybył młody, ambitny prawnik.
 
Chciał zdobyć pracę u De Klina, ale odesłano go z kwitkiem.
 
Na jedno miejsce przypadały tam setki kandydatów i naprawdę nie przyjmowano byle kogo.
 
 
Młody prawnik zupełnie nie zraził się tym niepowodzeniem.
 
Przebrał się za syna bogatego przemysłowca i poszedł do biura detektywa.
 
Powiedział mu, że chciałby rozwiązać pewną zagadkę, która od dawna nie daje mu spokoju.
 
 
De Klin nie miał tego dnia czasu, ponieważ udzielał obszernego wywiadu do królewskiej gazety, dlatego zlecił to zadanie swojemu pierwszemu Asystentowi.
 
Prawnik usiadł przed nim, uśmiechnął się tajemniczo i zadał pytanie:
 
 
– Jak to możliwe, że ktoś, kto nie potrafił rozwiązać żadnej sprawy, nagle stał się gigantem wśród detektywów?
 
– Cóż… więc… – Asystent zastanawiał się, jak odpowiedzieć klientowi.
 
– Chyba znam odpowiedź. Użyłem tej słynnej metody De Klina. Kto – co, kogo – czego, komu – czemu, kogo – co, z kim – z czym, o kim – o czym i…
 
– Tak?
 
– I wyszło mi, że…
 
– Proszę więc zachować rozwiązanie tej zagadki dla siebie.
 
– Tego, niestety, nie mogę panu obiecać… – odpowiedział prawnik, wychodząc z gabinetu.
 


 

10.

 
De Klin był już skończony, choć jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.
 
Parę dni później, kiedy zamierzał wejść do swojego gabinetu, żeby przeczytać najświeższą pocztę, zauważył, że w środku ktoś już jest.
 
Schylił się, żeby zajrzeć przez dziurkę od klucza i oniemiał.
 
 
W środku stał Asystent.
 
Widać było, że pisze coś na kartce, po czym wsuwa ją do białej koperty, kładzie na biurku, a po chwili wymyka się się przez okno.
 
De Klin wszedł do gabinetu i przeczytał zdanie, które dobrze znał: „nie ma przypadków”.
 
Tego samego dnia wezwał do siebie swojego najwierniejszego pomocnika.
 
 
– Dlaczego sądzisz, że nie ma przypadków?
 
– Nigdy tego nie powiedziałem – odparł Asystent, udając, że nie wie, co jego szef ma na myśli.
 
– Czy jest coś, co powinienem wiedzieć? Chcesz mi coś powiedzieć?
 
– Tak. Właściwie miałem to dziś szefowi przekazać.
 
– Co mianowicie?
 
– Pewien prawnik, którego szef nie chciał u siebie zatrudnić, odkrył szefa tajemnicę.
 
– Nie mam żadnych tajemnic. Wszyscy wiedzą o mnie wszystko.
 
– Wszystko – oprócz tej jednej rzeczy – poprawił go asystent.
 
– Której rzeczy?
 
– Oprócz tego, kto jest autorem metody rozwiązywania zagadek.
 
– Przecież to jasne, że ty, mój drogi Asystencie.
 
– Ale nikt o tym nie wie.
 
– Ważne, że ja wiem – roześmiał się niepewnie De Klin.
 
– Obawiam się, że już niedługo dowie się o tym każdy.
 
– No i?
 
– I właśnie przed tym chciałem szefa ostrzec.
 
– Dziękuję. Jakoś to rozegram.
 
– Chciałem ostrzec szefa dużo wcześniej, pisząc mu, że nie ma przypadków, bo prawda jest taka, że pycha zawsze kroczy przed upadkiem.
 
– Gdzieś to już słyszałem.
 
– A że pycha już była, to teraz czas na upadek. Ten prawnik zadba o to, żeby wszyscy dowiedzieli się, jaka jest prawda o panu i o mnie.
 
 
De Klin pobladł.
 
Zaszedł tak wysoko.
 
Zdobył tak wiele.
 
Miałby teraz nagle stracić wszystkie tytuły i zaszczyty?
 
Wrócić do ciasnego mieszkanka na poddaszu?
 
Zacząć wszystko od zera?
 
– To co? Zaczynamy od nowa? – wypalił nagle detektyw.
 
– Z przyjemnością. Ale nie dziś. I nie jutro. Zaczniemy pojutrze. Jutro zostanie wymierzona sprawiedliwość. Jutro, panie szefie, nareszcie poczujesz się wolny.
 
– Wolny?
 
– I szczęśliwy.
 


 

11.

 
Asystent miał rację.
 
Świat De Klina runął w kilka godzin.
 
Cały kraj dowiedział się o tym, kto naprawdę zasługuje na gromkie oklaski, a kto na gwizdy dezaprobaty.
 
Najsłynniejszy detektyw błyskawicznie stał się najsłynniejszym oszustem.
 
 
Kiedy opadł kurz, De Klin poczuł się lepiej.
 
Wreszcie nie musiał udawać kogoś, kim nigdy nie był.
 
Ogłosił, że od teraz biuro przejmuje ten, kto od dawna powinien nim rządzić.
 
 
Asystent kazał zmienić szyld na biurze.
 
Zamiast „De Klin – sprawy trudne rozwiązuję natychmiast, a beznadziejne na wczoraj” – od teraz było zwyczajne „Asystent – Twój prywatny detektyw”.
 
Wydrukował również wizytówki.
 
Nie było już na nich napisu „światowej sławy geniusz”, tylko skromne imię i nazwisko.
 
 
A potem, choć nie musiał tego robić, wyciągnął rękę do De Klina.
 
Przypadek?
 
Nie. Asystent był po prostu człowiekiem.
 
Dobrym człowiekiem.
 
 
CIĄG DALSZY NASTĄPI…
 
 
 
© Maciej Wojtas
 


 

Co warto zapamiętać z tej bajki?

 
To, że pytania są niezwykłym narzędziem.
 
Wystarczy zadać odpowiednie pytanie, żeby dokopać się do prawdziwych skarbów! 🙂
 
 
Pytania wykorzystuje się również na lekcjach języka polskiego.
 
Mam tu na myśli 7 przypadków gramatycznych:
 
mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik i wołacz.
 
 
Jak używa się przypadków?
 
Bardzo prosto.
 
Wystarczy wziąć jakikolwiek rzeczownik i „zadać mu pytanie”.
 
Przykład: „stołu”.
 
Jak zapytasz o słowo „stołu”?
 
– Kto lub co?
 
– Kogo lub czego (nie ma)?
 
– Komu lub czemu (się przyglądam)?
 
– Kogo lub co (widzę)?
 
– Z kim lub z czym?
 
– O kim lub o czym?
 
 
Znasz już odpowiedź?
 
Tak, to pytanie brzmi: kogo lub czego (nie ma).
 
Czego nie ma?
 
Stołu 🙂
 
Przypadek, który odpowiada na takie pytanie, nazywa się dopełniacz.
 


 

Odkryjcie pasję zadawania pytań, które otwierają głowę

 

Dlaczego warto?

Zadawanie pytań to chyba jedna z najbardziej niedocenianych umiejętności.

A przecież może z niej wypłynąć pomysł na życie, biznes, karierę itp.

Dlaczego? Ponieważ pytania, nawet zupełnie zwyczajne – w nadzwyczajny sposób „otwierają głowę”.

 

1) Rozgrzewka

 

Zadanie dla dziecka i rodzica

 
Zamknij oczy i powiedz, jakiego koloru jest okładka Twojej ulubionej książki.
 
Dlaczego pamiętasz jej kolor?
 
Dlaczego go nie pamiętasz?
 
 
Jaki można z tego wyciągnąć wniosek?
 
Jaki wniosek wyciągnąłby z tego ilustrator książek dla dzieci?
 
Jaki wniosek wysnułby z tego twórca grafik reklam produktów dla dzieci?
 
 

Zadanie dla rodzica

 
Jaki nowy produkt na półce w sklepie zwrócił dziś (ostatnio) Twoją uwagę?
 
Dlaczego utkwił Ci w pamięci?
 
Dlaczego produkty inne nie utkwiły Ci w pamięci?
 
Jaki wniosek wysnułbyś, będąc producentem jakiegoś towaru, który znajduje się na sklepowej półce?
 
 

2) Pierwszy krok w stronę pasji

 

Zadanie dla rodzica

 
Wyobraź sobie, co by było, gdyby Twoja nowa praca polegała na zadawaniu pytań, wyciąganiu wniosków i stawianiu klienta na nogi?
 
Nie, nie mam tu na myśli zawodu lekarza, tylko człowieka, który „leczy firmy”.
 
Szuka w nich tzw. „wąskich gardeł” i innych problemów.
 
Piszę o tym dlatego, że czytałem kiedyś (na blogu CLF) autentyczną historię człowieka, który trafił do sekretariatu pewnego przedsiębiorstwa.
 
Panował tam jeden wielki chaos.
 
Na biurku sekretarki było dosłownie wszystko.
 
Nie miała szans, żeby w ogóle to ogarnąć.
 
Człowiek ten zajmował się, jeśli dobrze pamiętam, usprawnianiem działania firm.
 
Widząc gigantyczny chaos w biurze sekretarki, mógł wypisać jej całą litanię rzeczy, które powinna tam zmienić.
 
Ale zamiast tego zrobił coś innego.
 
Coś bardzo małego i pozornie bez znaczenia.
 
 
Podarował jej pudełko (kuwetę) na dokumenty.
 
Konkretnie – na faktury.
 
To niewielkie „coś” wylądowało na jej biurku.
 
Prezent wyglądał trochę bezsensownie.
 
To tak, jakby człowiekowi, któremu ktoś wysadził dom w powietrze dać małą miotełkę do posprzątania bałaganu.
 
Po jakimś czasie mężczyzna wrócił do biura sekretarki.
 
Okazało się, że chaos zupełnie zniknął.
 
Dlaczego?
 
 
Sekretarka, widząc, jak ta prosta kuweta ułatwiła jej życie, zaczęła sama ulepszać swoje biuro.
 
Ta kuweta była pierwszym klockiem domina.
 
Była małą, ale właściwą rzeczą, która została wdrożona w życie.
 
Pytanie do Ciebie: o co mógł zapytać ten człowiek, kiedy po raz pierwszy wszedł do zagraconego biura?
 
Podejrzewam, że pytanie brzmiało: „Gdzie trzyma pani faktury?” 🙂
 
 

Zadanie dla dziecka

 
Jak myślisz, co by było, gdyby Twoje dziecko mogło dziś przez 10 sekund spojrzeć przez teleskop (nawet najtańszy)?
 
Odpowiem za Ciebie.
 
Myślę, że szansa na zarażenie się pasją do astronomii wzrosłaby momentalnie kilkadziesiąt procent 🙂
 
 
Pamiętam swoje próby zobaczenia księżyców Jowisza.
 
Miałem wtedy 12 lat.
 
Używałem radzieckiej lunety bez statywu (podpórki), więc szansa, że uda mi się namierzyć te obiekty, była mizerna.
 
Ale kiedy w końcu mi się to udało – wylądowałem w siódmym niebie!
 
Co prawda te 4 jowiszowe księżyce były mikroskopijnej wielkości, ale wrażenie, jakie na mnie wywarły, było przepotężne.
 
 
Po raz drugi przeżyłem coś podobnego grubo po czterdziestce, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem (przez najtańszy teleskop) Saturna i jego pierścienie.
 
Patrząc gołym okiem na ten fragment nieba, widziałem czarną pustkę.
 
Wystarczyło jednak spojrzeć przez zupełnie prosty i tani teleskop, żeby odkryć, że tam, gdzie nie ma nic – kryją się nowe światy.
 
Przykład – pierwsze zdjęcie Saturna wykonane właśnie takim teleskopem (w momencie, kiedy nie wiedzieliśmy jeszcze nic o fotografowaniu nieba):
 

 
 
Wystarczy naprawdę niewiele: jedno proste pytanie, jedno usprawnienie czegoś albo jeden rzut oka – żeby odkryć nowe światy. A przy okazji – nową pasję.
 
Sekretarka odkryła świat uporządkowanego biura, Twoje dziecko może odkryć piękno Kosmosu, a Ty możesz zacząć zarabiać, zadając odpowiednie pytania.
 


 

Pomyślcie kreatywnie:

 

Zadanie dla dziecka i rodzica

 
W języku polskim jest 7 przypadków.
 
Noszą dziwne nazwy: mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik i wołacz.
 
A gdyby tak stworzyć nowe przypadki – dla różnych grup rzeczowników?
 
Na przykład „frytkownik” – oznaczałby rzeczy, które są smaczne, ale niezdrowe.
 
Wymyślcie swoje przypadki! 🙂
 


 

Napiszcie coś razem:

 
Tematem tej bajki są przypadki (gramatyczne), ale w prawdziwych bajkach, książkach, filmach – przypadki i przypadkowe zdarzenia nie są mile widziane.
 
Ludzie nie lubią, kiedy bohater jest w tarapatach i nagle zupełnie przypadkowo ktoś lub coś go ratuje.
 
Lubią natomiast inne przypadki.
 
Na przykład przypadkowe spotkania dwóch bohaterów na samym początku historii.
 
 

Zadanie dla dziecka i rodzica

 
Temat tego zadania to „Przypadkowe spotkanie”.
 
Niech dziecko weźmie jakąś postać z bajki, książki czy filmu.
 
A rodzic niech doda do niej inną postać, którą ta pierwsza nieoczekiwanie spotyka.
 
 
Przykład: Ryder z bajki „Psi patrol” spotyka Spidermana.
 
Spróbujcie razem wymyślić, jak doszło do tego spotkania.
 
Jak to się stało, że Ryder wpadł na Spidermana?
 
A potem wymyślcie jakąś przygodę dla nich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *