Bajka o chłopcu, któremu urodziła się mama (pełna wersja)

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To był zwyczajny dzień. Na niebie świeciło zwyczajne słońce, z ziemi wyrastały zwyczajne kwiaty, a Niki zwyczajnie zmęczony wracał ze szkoły do domu. Mieszkał tak blisko niej, że mógłby wstawać za pięć ósma, a i tak zdążyłby wytrzeć gąbką tablice we wszystkich klasach i to przed pierwszym dzwonkiem.

Chłopiec wyjął klucz z kieszeni pobrudzonych spodni. Otworzył drzwi do mieszkania. Wszedł do przedpokoju. Rzucił swój poplamiony tornister na półkę regału powleczonego cieniutką warstwą kurzu. I krzyknął to, co zawsze:

– Mamo! Wróciłem!

Gdzieś z głębi mieszkania usłyszał to samo, co zawsze:

– Umyj ręce i siadaj do stołu! Zaraz do ciebie przyjdę, tylko skończę pisać ten okropny raport.

Niki poszedł do łazienki i odkręcił wodę. A potem włączył grę w laptopie.

– Co było w szkole? Masz zadanie domowe? Zjadłeś śniadanie? – mama zapytała o to samo co wczoraj i to samo, o co zapyta jutro.

– Nie, wyrzuciłem, bo nie lubię szynki! Kupiłem czipsy w sklepiku!

– Ile razy ci mówiłam, żebyś nie jadł tych śmieci?

– To nie są śmieci! – zawołał głośno, po czym dodał szeptem: A mówiłaś mi o tym 235 albo 236 razy. W tym roku.

– W dodatku marnujesz pieniądze!

– Nie marnuję.

– Przecież wiesz, że musimy oszczędzać!

– To dlaczego nie zarabiasz więcej? Mama Patryka daje mu tyle kieszonkowego dziennie, co ty mi na cały miesiąc.

– Mało to robię, żeby nas utrzymać? Haruję po nocach… – z żalem odparła mama.

Z pokoju rozległ się odgłos kaszlu. Po chwili jego dźwięk zastąpiło szuranie butów po podłodze. Mama Nikiego dotarła wreszcie do łazienki i stanęła jak wryta:

– Niki! Chodź tu! Znowu nalałeś pełną wannę! A miałeś tylko umyć ręce!

Chłopiec co prawda szybko przybiegł do mamy, ale widać było, że myślami przechodzi właśnie piąty poziom tej nowej gry, którą dostał od wujka na urodziny.

– Yyy… tak. No, zapomniałem…

– Mikołaj, powiedz mi, skąd mam wziąć pieniądze na rachunki? Wiesz, ile to wszystko kosztuje?

Nagle w kieszeni Nikiego zadzwonił telefon. Chłopiec błyskawicznie go wyciągnął i odebrał:

– A… nic. Znowu to samo. Szkoda gadać. Twoja też tak zrzędzi? Dobra, zadzwonię później.

Popatrzył na mamę i dokończył przerwaną rozmowę:

– Nie wiem, mamo. Nie mam pojęcia, ile to wszysto kosztuje.

– Dobra już, dobra. Siadaj i jedz.

Niki spojrzał na talerz stojący na stole tak, jak patrzy najedzony pies, któremu ktoś do miski nałożył kilogram zamarzniętej na kość wczorajszej kaszy:

– Znowu pomidorowa?

– Co chcesz od pomidorowej? Zdrowa jest, smaczna, ma w sobie dużo pomidorów.

– Nic.

– Ciesz się, że w ogóle masz co jeść. Inne dzieci…

– Cieszę się bardzo. Ale jadł tego nie będę.

Taki właśnie był Niki, czyli Mikołaj. Przez pierwsze osiem lat żył jak w bajce. Miał wszystko, co chłopiec w jego wieku może mieć. Dostawał każdą zabawkę. Nawet zanim zdążył o niej pomarzyć.

Rok temu jego tata zniknął. Nie, nie umarł. Są w życiu rzeczy gorsze od śmierci. Po prostu wziął, spakował swoją walizkę, powiedział mamie, że już jej nie kocha, pogłaskał Nikiego po głowie, wyszedł z domu i już do niego nie wrócił.

To właśnie wtedy chłopiec zaczął zmieniać się na gorsze.

***

ROZDZIAŁ DRUGI

Tej nocy mama Nikiego znowu płakała. Tak samo, jak robiła to wczoraj. I tak samo, jako pewnie robiłaby to jutro, ale…

Kiedy sięgała po kolejną chusteczkę do nosa, na szafkę stojącą obok jej łóżka wspiął się z gracją śmieszny pajączek o długich, cienkich jak włos nogach.

– Witam najuprzejmiej szanowną panią. Mam na imię Popo i jestem absolutnie niegroźnym pajączkiem.

– Uff… aleś mnie przestraszył, robaczku. Dobrze, że się przedstawiłeś, bo w pierwszej chwili pomyślałam sobie, że jesteś lwem albo innym koczkodanem – roześmiała się cicho, ocierając łzy.

– Widzę, że humor pani nie opuszcza. To może ja przejdę od razu do rzeczy. Sprawa jest taka, że ja mogę pani pomóc. Całkiem za darmo.

– Jak za darmo, to ja bardzo chętnie. A niby jak i w czym?

– Mogę sprawić, żeby Niki znowu był taki jak dawniej: wesoły, dobry, uczynny i w ogóle.

– Naprawdę?

W tym samym momencie na szafkę nocną wskoczył drugi pajączek.

– Naprawdę, naprawdę, szanowna pani! To prawdziuteńka prawda! Popo robił już takie rzeczy. Ale ale… gdzie moje maniery? Jestem Hoho, brat Popo.

– Tylko nie mówcie, że jest was więcej… – lekko zdziwiła się mama.

– Właściwie to w naszej rodzinie są jeszcze Bobo, Coco, Dodo, Fofo, Gogo…

– Cały alfabet! – roześmiała się mama.

– Więc jak będzie? Czy wyraża pani zgodę? – Popo chciał od razu przejść do rzeczy.

– Zgodę na co?

– Na to, że zrobię tak, że jutro Niki będzie taki jak dawniej. Jak rok temu, kiedy pani mąż, a jego tata, odszedł.

Mama była trochę rozbawiona całą tą sytuacją. W końcu, czy to nie dziwne, żeby dorosła kobieta rozmawiała w środku nocy z dwoma pajączkami o jakiejś niejasnej umowie na niewiadomoco?

– Dobrze, zgadzam się. Ale obiecajcie, że nie zrobicie mu krzywdy. To dobry chłopak, bardzo go kocham, tylko trochę się pogubił.

– Ma się rozumieć, proszę pani.

Popo uśmiechął się do mamy najpiękniej jak umiał, a potem mrugnął okiem, co znaczyło „umowa została zawarta”.

***

ROZDZIAŁ TRZECI

Następnego dnia Niki wrócił ze szkoły do domu, przywitał się, przebrał, umył ręce i już miał zasiąść do obiadu, kiedy wpadł na pomysł, żeby zrobić mamie psikusa i schować się w pustej szafce kuchennej. Nie wiedział jednak, że właśnie tam od tygodnia mieszka cała rodzina pajączka Popo. Tymczasem mama skończyła pracę nad kolejnym raportem i zaczęła iść w stronę kuchni, żeby odgrzać obiad.

– Niki! – zawołała zmęczonym głosem.

Chłopiec z trudem stłumił śmiech, przyciskając dłoń do ust.

– Mikołaj! Gdzie jesteś?

Mama nie usłyszała odpowiedzi, więc zaczęła szukać swojego syna. Przetrząsała krok po kroku całe mieszkanie, ale do głowy jej nie przyszło, żeby zajrzeć do szafki. Nagle, spod jednej z szuflad, które Niki miał nad głową, wyszedł Popo:

– Ładnie to tak? – zapytał tak groźnie, jak tylko umiał.

– Heeeej! No nie… Gadający pająk! – Niki prawie roześmiał się na głos.

– Posłuchaj mnie, mój drogi chłopcze. Twoja mama zasługuje chyba na lepsze traktowanie, co? Obserwuję cię od dłuższego czasu i widzę, że robisz się coraz gorszy. I jak tak dalej pójdzie…

– Stary, weź daj spokój. Zabawić się nie można?

– Nie można. Twoja mama płacze przez ciebie po nocach. Sam widziałem. I słyszałem.

– Wiesz, jakoś ci nie wierzę.

– Rozumiem. Przypadek nieuleczalny. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak przed tobą… zatańczyć.

– Ha ha ha! A to dobre! Tańczący pająk! – Niki zanosił się od śmiechu. Nie zauważył, że kiedy Popo pląsał przed nim swoimi ośmioma nogami, wszystko wokół zaczęło wirować. Coraz szybciej, szybciej i szybciej. Powieki chłopca stały się ciężkie jak wrota do starego zamczyska i w końcu zamknęły się tak mocno, że…

***

ROZDZIAŁ CZWARTY

To nie był zwyczajny dzień, chociaż na niebie świeciło zwyczajne słońce, a z ziemi wyrastały zwyczajne kwiaty. Tym razem Niki nie wracał ze szkoły do domu (tak, dokładnie z tej szkoły, która znajdowała się tak blisko jego bloku, że mógłby wstawać za pięć ósma, a i tak spokojnie zdążyłby wytrzeć gąbką tablice we wszystkich klasach i to grubo przed pierwszym dzwonkiem).

Nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo dlaczego, obudził się w szpitalnym łóżku.

Rozejrzał się dookoła i krzyknął z przerażenia. W tym samym momencie do jednoosobowej sali, w której leżał, weszła pielęgniarka, pchając przed sobą spory wózek. Siedziała w nim dziwnie znajoma kobieta. Pielęgniarka podjechała nim do łóżka i powiedziała:

– Witaj, gratuluję, masz mamę. Zobacz, jak się uśmiecha do ciebie.

Niki był kompletnie zdezorientowany.

– Jak to „mam mamę”? Gdzie ja jestem? Kim pani jest??

Pielęgniarka przyłożyła palec do ust i szepnęła:

– Ciii…

– Mamo!! – zawołał Niki, który nadal nic nie rozumiał z tego, co tu się dzieje.

– Ciszej, bo ją obudzisz. Urodziła ci się mama. Byłeś uśpiony, więc pewnie nie pamiętasz. Spójrz, jaka jest piękna, prawda?

Niki spojrzał na swój nowo narodzony skarb.

– Ale jak to się stało…?

– Tak jak zawsze. Utkaliśmy twoją mamę z promiennych uśmiechów, anielskiej cierpliwości i pogodnych spojrzeń. Otuliliśmy zapachem wiosennych kwiatów i delikatnością lawendy. A na koniec wszyliśmy w jej serce miłość do śpiewu słowika i smaku leśnych malin.

– Faktycznie… mama lubi maliny… – Niki był wyraźnie oszołomiony.

– Spójrz na jej ogniście rude, kręcone włosy, na jej błyszczące, szmaragdowe oczy, w których dźwięczy nutka błękitu, na jej wiśniowo połyskujące usta …

– Przepraszam, czy mogę coś sprawdzić?

Chłopiec uszczypnął się w nogę. Potem jeszcze raz, tylko mocniej. I jeszcze raz, z całej siły, żeby mieć pewność. Wreszcie wziął potężny zamach i uderzył się dłonią w twarz.

– Aaaaaa! – wrzasnął z bólu – A więc to nie jest sen?

Pielęgniarka pokiwała przecząco głową.

– Myślę, że nie, ale ja się nie znam na tych sprawach.
– Ta moja mama… ona jest… stara. Ma chyba ze trzydzieści lat! – jęknął Niki, łapiąc się za głowę.

– Zgadza się. Ma 34 lata. I nie jest stara. Jest w sam raz.

Pielęgniarka sięgnęła do wózkowego schowka i wyjęła z niego talerz z obiadem dla mamy.

– Spróbujesz ją nakarmić? Czy może mam zawołać kogoś do pomocy?

– Dam radę. A…

– Tak?

– To one nie piją mleka modyfikowanego?

– Czasem tak, ale jedzą też ziemniaki, buraki, mięso, sałatkę.

– Aaaa… rozumiem.

Parę chwil później pielęgniarka pożegnała się z chłopcem i wróciła do swoich zajęć.

Następnego dnia znowu weszła do sali, w której przebywał chłopiec ze swoją mamą. Tym razem zauważyła, że jego wzrok wyraźnie przygasł.

– Nie poradzę sobie z tym.

– To normalne.

– Ja się na tym w ogóle nie znam, za mały jestem. Nie chcę… Nie potrafię… Nie umiem… – szeptał zawstydzony ze łzami w oczach.

– Kochany… O czym ty w ogóle mówisz?

Chłopiec wytarł wilgotne oczy, podniósł głowę i popatrzył na pielęgniarkę tak, jak patrzy się na kogoś po raz pierwszy w życiu.

– Jak to o czym? Przecież ja nawet nie wiem, skąd się tutaj wziąłem.

– Będzie dobrze, nie martw się. Powiedz mi, czego tak naprawdę się boisz?

– Że nie będę potrafił jej kochać. Że nie będę miał dla niej czasu. Że nie będę… Wie pani, jakie jest życie. Ja muszę się bawić. W końcu jestem dzieckiem. Stale jestem zajęty jakąś zabawą. Od rana do nocy. A szkoła? Pół dnia tam siedzę.

– Są przecież żłobki, przedszkola, możesz tam zapisać mamę.

– Nie mam samochodu, żeby ją tam codziennie dowozić. To znaczy nigdy nie miałem. To znaczy wcześniej nie miałem, zanim tu trafiłem. Nic z tego nie rozumiem… – Niki znowu złapał się za głowę, która chyba zaczynała mu już powoli puchnąć od nadmiaru wrażeń.

Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Pielęgniarka odebrała bez słowa, po czym z pośpiechem wybiegła z sali.

Trzeciego dnia pobytu Nikiego w szpitalu do sali wszedł psycholog. Ostrzegano go, że rozmowa z chłopcem łatwa nie będzie. Mężczyzna spojrzał na niego i zrozumiał, że nic tu po nim. Wychodząc, rzucił tylko w powietrze krótkie:

– Jest jeszcze jedno wyjście.

– Naprawdę?

– Dom dla samotnych matek.

– Mogę ją tam zostawić?

– Tak.

– I co się z nią dalej stanie?

– Będzie samotną matką, która mieszka w domu dla samotnych matek.

– Czyli konkretnie co się z nią stanie?

– Nic. Może ktoś ją kiedyś adoptuje i zabierze ze sobą do prawdziwego, normalnego domu.

– Nie, nie zrobię jej tego.

Psycholog nie zamknął jeszcze drzwi, gdy chłopiec usłyszał szept dobiegający z kąta sali:

– Synku…

– Mamo…

Niki poczuł, że coś ściska go za gardło, a spod powiek wypływają gorące łzy. Zrobiło mu się głupio. Tak strasznie, ale to strasznie głupio.

– Mamo, przepraszam… Nie wiem, jak w ogóle mogłem tak pomyśleć. Ja… ja… zawsze będę cię…! – wykrztusił z płaczem i przycisnął ją do siebie tak mocno, jak przytula chłopiec, który naprawdę kocha swoją mamę.

W tym samym momencie do sali weszła lekarka z teczką dokumentów pod pachą. Popatrzyła na Nikiego i mamę, a potem powiedziała stanowczym głosem do towarzyszącej jej pielęgniarki:

– Stan pacjentów jest zadowalający. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Za dziesięć minut powinni więc już opuścić nasz szpital.

– Jak to? – Niki nie krył zaskoczenia.

– Mamy długą kolejkę chętnych. Na twoje miejsce czekają już inni – pielęgniarka wytłumaczyła powód, dla którego musieli się szybko spakować.

– Ale… co mam zrobić z mamą? Co z pieniędzmi? Za co będzimy żyć? – Niki zrozumiał, że znalazł się w bardzo nieciekawym położeniu.

– Mamę zapisz do przedszkola, a sam znajdź pracę. Chłopcze, nie maż mi się tutaj. Bądź mężczyzną! – lekarka dała Nikiemu kilka rad, po czym dziarskim krokiem wyszła z sali. Pielęgniarce żal zrobiło się chłopca. Przytuliła go do siebie i szepnęła do ucha: „Dasz radę, Niki, wierzę w ciebie”.

Co było zrobić… Niki wziął mamę za rękę i ruszył przed siebie. W kieszeni brzęczało mu kilkanaście monet, a w plecaku tłoczyły się:

  • cztery opakowania mleka w proszku,
  • trzy jabłka,
  • dwie wody mineralne
  • i jeden batonik.

To był ich cały dobytek.

Chłopiec zupełnie nie wiedział, co ma robić. Miał tylko dziewięć lat i nie znał życia. Nie wiedział też, że najgorsze miało dopiero nadejść.

***

ROZDZIAŁ PIĄTY

Idąc w stronę bloku, w którym mieszkali, zatrzymali się obok wielkiego, rozpadającego się budynku. Niki spojrzał na czerwoną tabliczkę zamontowaną na ogrodzeniu i przeczytał na głos: „Dom spokojnej starości”. Po chwili podeszła do nich kobieta o siwych włosach i dziecięco pogodnym spojrzeniu:

– Hej, młody człowieku! Nie rób tego! Nawet o tym nie myśl! – krzyknęła poważnym głosem.

– Ale czego? – Niki chyba nie rozumiał, czego ma nie robić.

– Nie zostawiaj swojej mamy w tym strasznym domu starców.

– Ja wcale nie…

– Kochaj ją, bądź dla niej dobry, a zobaczysz, pewnego dnia, kiedy nie będziesz się tego spodziewał, to dobro wróci do ciebie. Wróci w takiej ilości, że…

W tym momencie do rozmowy włączył się wiekowy mężczyzna, którego twarz pokrywała gęsta sieć głębokich zmarszczek przypominających drogi na samochodowej mapie:

– Cecylia ma całkowitą rację. Zresztą, ona ma zawsze rację. Nawet wtedy, kiedy nie ma racji – roześmiał się na głos, odsłaniając dziąsła, z których dawno temu wypadły zęby.

– Nie, nie! Ja naprawdę nie chciałem jej tu zostawić. Idę zapisać mamę do przedszkola, a potem będę musiał szybko znaleźć jakąś pracę – tłumaczył się Niki.

– Szukasz pracy? – z troską zapytała Cecylia.

– Tak, tylko że…

– A umiesz liczyć?

– Do stu, a jak się dobrze rozpędzę, to nawet do tysiąca!

– W takim razie spróbuj zapytać w tym biurze po drugiej stronie ulicy. Powiedz im, że przysyła cię pani Cecylka. Będą wiedzieć, o kogo chodzi. Pracowałam tam kiedyś.

– Bardzo, bardzo pani dziękuję! – Niki aż podskoczył z radości – To ja tylko zaprowadzę mamę do przedszkola i od razu pobiegnę do tego biura!

Parę minut później chłopiec siedział już w gabinecie dyrektorki przedszkola. Kobieta wypytywała go o wszystko. W końcu kazała mu wypełnić formularz i podpisać się na samym dole kartki.

– Zatem witam w naszym przedszkolu! – dyrektorka uśmiechnęła się przyjaźnie do mamy i wzięła ją za rękę, żeby zaprowadzić ją do grupy.

Mama z przerażeniem spojrzała na Nikiego:

– Niki, ale przyjdziesz po mnie, tak? Nie zapomnisz? Na pewno nie zapomnisz?

– Spokojnie, mam bardzo dobry zegarek. Będę punktualnie o piątej albo nawet wcześniej. Baw się dobrze, mamo!

Niki przytulił mamę, po czym wybiegł z budynku przedszkola i popędził w stronę biura.

***

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wysoka kierowniczka biura popatrzyła badawczo na Nikiego zza swoich trochę już niemodnych okularów:

– Zatem liczyć umie?

– Że co? Kto umie liczyć? – Niki nie rozumiał tego dziwnego języka.

– Ty.

– Do tysiąca, a nawet miliona. – Niki trochę przesadził.

– A komputer obsługiwać umie?

Kiedy usłyszał pytanie komputer, spojrzał na kierowniczkę tak, jakby go zapytała, czy to takie żółte i gorące na niebie to słońce czy księżyc.

– Proszę pani…

– Dobrze, dostanie dzień na próbę. Jak się sprawdzi, to zostanie tu na stałe.

– Dziękuję! Bardzo bardzo pani dziękuję!

Tak właśnie Niki dostał swoją pierwszą pracę. Na biurku, przy którym kazano mu usiąść, piętrzyła się już góra kartek gęsto zapisanych liczbami. Zadanie było proste, a przynajmniej na takie wyglądało. Trzeba było wpisać wszystkie cyferki do komputera.

– 126378268768627637209098098 – Niki powtarzał szeptem kolejne cyfry, uważnie wpisując każdą z nich do programu. A potem sprawdzał, czy nie popełnił błędu.

– 126378268768627637209098098 czy 126378268768627637208098098? A nie czasem 126378268768627637309098098? Sam już nie wiem… – mówił do siebie.

Po godzinie pracy piramida z kartek, które miał przepisać, zmalała o jakieś dwa centymetry. Wtedy podeszła do niego kierowniczka:

– I jak mu idzie? – zapytała bez emocji swoim chropowatym głosem.

– Znakomicie, świetnie sobie radzę.

– Naprawdę?

– Absolutnie tak!

– Nie sądzę.

– Dlaczego?

– Myślę, że robisz to stanowczo zbyt wolno.

– Mógłbym szybciej, ale nie chcę się pomylić.

– Bardzo dobrze. Pomyłki są najgorsze.

– Dziękuję pani! – Niki ucieszył się z pochwały.

– Przykro mi. Nie nadajesz się do tej pracy.

Niki poczuł się tak, jakby ktoś bez ostrzeżenia wylał na niego kubeł lodowatej wody. Wstał z krzesła ze spuszczoną głową, zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Przez chwilę starał się zachować fason, ale jak tylko zamknął za sobą drzwi do biura, rozpłakał się na dobre.

Tak, nawet najbardziej dzielni chłopcy czasem płaczą (ale tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy).

***

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Na ulicy przypomniał sobie, że przecież mógłby pracować tak jak jego tata, zanim się wyprowadził do innego miasta. Wybrał się więc na jeden z placów budowy. Od razu podszedł do mężczyzny, który z daleka wyglądał jak szef. Zapytał go, czy ten miałby dla niego jakąś lekką i dobrze płatną pracę.

– Powiedz mi, chłopcze, znasz ty się w ogóle na budowaniu? – gruby mężczyzna w żółtym kasku na głowie zapytał go prosto z mostu.

– Proszę pana, mam wiele lat doświadczenia. Wie pan, klocki, modele, gry komputerowe, te sprawy – odpowiedział znudzonym głosem. Nie chciał dać po sobie poznać, że strasznie mu zależy na tej pracy.

– A silny jesteś? Masz krzepę?

Niki podwinął rękaw bluzy i napiął mięśnie tak bardzo, że aż go zabolały. Szef popatrzył na nie z drwiącym uśmiechem, po czym powiedział krótko:

– Niech będzie. Masz tę robotę. Będziesz pomocnikiem murarza.

Niestety, Niki nie zagrzał tam długo miejsca. Wszystko przez te pustaki, które były tak ciężkie, że po przeniesieniu pięciu poczuł, że zaraz ręce wyskoczą mu z łokci. Wpadł więc na pomysł, że rozbije je na mniejsze kawałki i wtedy będzie mu łatwiej je dźwigać. Kiedy murarz zobaczył, ile pustaków zostało w ten sposób zniszczonych, bardzo się rozzłościł. Tak bardzo, że Niki błyskawicznie przekonał się, co to znaczy naprawdę szybko przed kimś uciekać.

***

ROZDZIAŁ ÓSMY

Była dopiero trzecia po południu, a Niki zdążył już zostać zwolniony z pracy w biurze i na budowie. Musiał teraz szybko znaleźć nowe zajęcie, bo bardzo potrzebował pieniędzy. I kiedy tak błąkał się po mieście, za szybą jednego ze sklepów z zabawkami zauważył plakat z napisem następującej treści: „Producent klocków poszukuje testerów zabawek”.

Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przecież to była najlepsza praca w całym wszechświecie! Parę minut później już siedział w swoim gabinecie (tak, to nie żart: Niki dostał swój gabinet) i testował najnowszy model zdalnie sterowanego robota. Miał znaleźć w nim słabe punkty, zanim zabawka trafi do produkcji, a potem do dzieci na całym świecie. Jeszcze nigdy czas nie mijał mu tak szybko. Minuta biegła za minutą, a jedna sekunda wyprzedzała drugą.

Kilkanaście minut przed piątą powoli zabierał się do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon z przedszkola. Wciskając zieloną słuchawkę, Niki przeczuwał, że stało się coś złego:

– Ale nic jej się nie stało? – pytał opiekunkę grupy, w której była jego mama – To zwichnięcie? Nie wiadomo? A bardzo ją boli? W takim razie zaraz tam będę, dziękuję za informację.

***

Niebo powoli wciągało na siebie pochmurnie granatową kołdrę. Niki i mama, która wspierała się na jego ramieniu, wracali do domu.

– A poza tym… jak tam ci było w przedszkolu, mamo? – Niki zapytał zaciekawiony.

– Dzieci mi dokuczały.

– A co robiły?

– Mówiły, że jestem… że jestem… – mamie zaczynał się łamać głos – śmiały się z mojego wyglądu.

– E, tam. Nie słuchaj ich.

– Łatwo ci mówić… ty nie wiesz, jak to jest, jak się wszyscy na ciebie patrzą… – pochlipywała mama.

– Ale czemu płaczesz?

– Bo noga mnie boli. – Mama powiedziała to tak przekonująco, że Niki chyba jej uwierzył.

Na klatce schodowej bloku, w którym mieszkali, znajdowały się rzędy skrzynek na listy. Skrzynka Nikiego pękała w szwach. Chłopiec wyjął listy, które wystawały na zewnątrz i zabrał je ze sobą.

Weszli do mieszkania. Niki padł na tapczan i długo się nie podnosił. Czuł się tak, jakby przebiegł maraton w obie strony. W końcu wstał i przygotował mleko dla mamy.

– Niki, co to za listy? Kto do nas napisał? – mama zapytała zaciekawiona.

Chłopiec usiadł przy stole i zaczął czytać adresy na kopertach:

– Elektrownia, gazownia, wodociągi, znowu elektrownia i jeszcze raz gazownia i znowu wodociągi i jeszcze raz gazownia, i znowu elektrownia, nawet dwa razy i jedna gazownia. O, i jeszcze… a nie, to jakaś reklama.

– Nie rozumiem… – mama popatrzyła na Nikiego, a w jej oczach pojawiły się dwa znaki zapytania.

– Ja też nic z tego nie rozu… – Niki nie dokończył, bo w całym mieszkaniu zrobiło się nagle ciemno. Na szczęście przez okna wpadało żółte światło ulicznych latarni.

– Niki! – mama krzyknęła wystraszona.

– Teraz rozumiem. Mam nadzieję, że… – Niki poszedł po omacku do kuchni sprawdzić, czy w kranie jest woda, a w kuchence gaz. Po chwili wrócił zasmucony. – A jednak… Odcięli nam wszystko: wodę, prąd i gaz.

– Ale po co?

– Nie po co, tylko dlaczego.

– No to dlaczego?

– Bo nie zapłaciłem rachunków… Ale jak miałem je zapłacić, skoro dziś obudziłem się w szpitalu, a potem byłem w pracy, a ty w przedszkolu… Zaraz zwariuję!

– Niki… zrób coś.

Niki zamilknął na dłuższą chwilę. Widać było, że przez głowę przelatuje mu tysiące myśli. Większość miała smoliście czarny kolor, ale na szczęście nie wszystkie. Odgarnął włosy z czoła, zrobił kilka głębokich wdechów i chrząknął głośno, po czym z bojowym głosem oświadczył:

– Mamo, zachowaj spokój. Nic się nie martw się. Wszystko jest pod kontrolą. Wszystko będzie dobrze.

– Ale… – mama nie dowierzała słowom chłopca.

– Mam plan: będę chodził po wodę do tego źródła w mieście. Prąd… czekaj…. wiem! Wskoczę na rower i będę pedałował. Tak się robi prąd. Oglądałem taki program i tam tak właśnie mówili. Gaz? Jeśli chodzi o gaz, to… Gaz jest bardzo niebiezpieczny. Nawet dobrze, że nam go odcięli. Widzisz? Wszystko ma swoje dobre strony!

– Aha…

– Zarobię dużo, dużo, bardzo dużo pieniędzy i wszystko naprawię.

– Niki, a co z przedszkolem? Przecież ja nie mogę chodzić, bo noga mnie strasznie boli.

– Muszę to na spokojnie przemyśleć. Teraz trzeba się wyspać, bo ten dzień był… morderczy. Daję sobie czas do rana na podjęcie ostatecznej decyzji. – Niki mówił z tak wielką pewnością siebie, jakby miał nie dziewięć, a trzydzieści dziewięć lat.

***

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nastał świt. Słońce obudziło się później niż zwykle, bo chciało, żeby Niki pospał dłużej. Chłopiec w nocy co chwilę się budził i zastanawiał, co ma robić dalej. W końcu wstał i poszedł opowiedzieć mamie, co wymyślił:

– Mamo, nie mam wyjścia. Musimy się na jakiś czas rozstać. Pojedziesz do babci Doroty. Ty się tam podleczysz, a ja tutaj będę pracował dzień i noc, żeby opłacić rachunki i żeby nam podłączyli od nowa wodę, prąd i gaz.

Mama popatrzyła na Nikiego swoimi błyszczącymi zielonymi oczami, westchnęła ciężko i szepnęła:

– Skoro to konieczne, to niech tak będzie.

– Zostań tu na chwilę, a ja popytam sąsiadów, czy któryś mógłby cię zawieźć do babci. W końcu jest sobota, więc ludzie mają dziś wolne.

Niko wrócił parę minut później i powiedział coś, co nie powinno mu przejść przez gardło:

– Naprawdę nie mam innego wyjścia. Skoro ty masz, to znaczy ja mam, to znaczy skoro mamy samochód, to… Mamo, usiądziesz z tyłu i zapniesz pasy. Będę jechał bardzo ostrożnie, żeby nic ci się nie stało.

– Jak to?

– Nie znalazł się nikt, kto chciałby nam pomóc. Większość sąsiadów wyjechała opalać się nad jeziorem, a ci, którzy zostali, są starzy, schorowani i nie potafią kierować autem. Więc sama wiesz… Zrobię ci mleka do butelki. Zmieszam proszek z wodą mineralną. Zimne mleko też jest bardzo dobre w smaku – Niki trochę skłamał, ale naprawdę nie miał innego wyjścia.

Spakował wszystko, co trzeba spakować na czas podróży i zabrał portfel, który znalazł w mieszkaniu. A potem wsiedli do samochodu i ruszyli przed siebie. Niki ściskał kierownicę z całej siły. Patrzył uważnie na drogę, a od czasu do czasu zerkał do wstecznego lusterka na mamę.

– Mamo, nie wstawaj, bo zasłaniasz mi drogę z tyłu.

– Chciałam tylko zobaczyć się w lusterku.

– Po co?

– Żeby sprawdzić, czy ładnie wyglądam.

– I zdejmij kapelusz, bo zasłaniasz mi drogę z tyłu.

– Niki, a ładnie wyglądam?

– Nie wiem, ja się nie znam. To dla ciebie takie ważne?

– Bardzo.

– U babci jest wielkie lustro w przedpokoju, będziesz się mogła przeglądać, ile tylko będziesz chciała.

– Fajnie! – mama aż podskoczyła z radości.

Zdjęła swój słomkowy kapelusz i odgarnęła ręką włosy spadające jej na czoło. Przez chwilę śpiewała jeszcze piosenkę, której nauczyła się w przedszkolu, a potem, nie wiadomo kiedy, zasnęła.

***

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Zadziwiające, jak zupełnie inaczej przebiega podróż, jeśli nie siedzi się na fotelu pasażera, tylko kierowcy. Kiedy zamiast podziwiać krajobrazy, które przesuwają się za szybą, trzeba być cały czas czujnym i mieć oczy dookoła głowy.

Po plecach Nikiego spływały jedne za drugą cienkie strużki słonego potu. Chłopiec nie dawał tego po sobie poznać, ale był naprawdę przejęty. Niestety, czterdzieści kilometrów dalej stało się to, czego obawiał się najbardziej.

– No to koniec… – Niko wyszeptał przerażonym głosem – Tam stoi policja, zaraz nas pewnie zatrzyma… a potem wsadzą mnie do więzienia i nie wyjdę stamtąd do końca życia, a ty, mamo, trafisz do domu dziecka…

– Niki, ale przecież ten miły pan policjant się do nas uśmiecha! – zauważyła mama, która przed momentem się obudziła.

– No pewnie, że się uśmiecha. Cieszy się, że zaraz nas złapie. Jakby był policjantem, to też bym teraz zacierał ręce z radości.

Policjant, który stał obok swojego radiowozu, rzeczywiście wziął do ręki lizak i machnął nim tak, że Niki od razu zorientował się, że mężczyzna nie odgania się od komarów, tylko chce zatrzymać chłopca.

– O, mamo… – jęknął cicho, zjeżdżając na pobocze. Zgasił silnik, ale kluczyk zostawił w stacyjce, a po chwili opuścił szybę w drzwiach. Policjant zasalutował i grzecznie się przedstawił:

– Dzień dobry, starszy aspirant Kukułka, w czym mogę szanownemu państwu pomóc?

Nikiego aż zatkało z wrażenia.

– Yyyy… yyy… yyy… ale to pan mnie zatrzymał.

– No tak, racja! Gdzie ja mam głowę! – policjant uderzył się dłonią w czoło, zabijając przy okazji komara, który parę chwil wcześniej tam właśnie zaparkował.

– Teraz powinien pan poprosić mnie o dokumenty i inne takie sprawy – Niki zaczął instruować policjanta.

– Zatem… poproszę o prawo jazdy, młody człowieku!

– Panie władzo, ale ja mam dopiero dziewięć lat!

– Ech, piękny wiek… – rozmarzył się policjant. Pamiętam, jak miałem dziewięć lat… Te zabawy, te gonitwy, tę grę w piłkę po szkole aż do wieczora…

– Mam dziewięć lat i nie mam prawa jazdy…

– To tylko kawałek plastiku. Nie ma się czym denerwować, każdemu zdarza się czegoś zapomnieć.

Niki nie wierzył własnym uszom.

– Proszę pana, ale ja kompletnie, ale to nic a nic nie znam się na znakach drogowych.

– Nawet nie wiesz, chłopcze, jak ja cię rozumiem. Tych znaków jest tyle i wszystkie są do siebie takie podobne, że sam mam z tym problem.

– Przepraszam, czy to sen? Czy to mi się śni??

Policjant spojrzał na Nikiego, jakby nie rozumiał pytania. Nagle, ukradkiem zauważył coś na tablicy rozdzielczej samochodu chłopca.

– Czekaj, czy ja dobrze widzę? Strzałka paliwa wskazuje pusty bak.

– Że co?

– Zaraz skończy ci się paliwo.

– O nie…

– A daleko jedziesz?

– W sumie niedaleko. Za tym lasem mieszka moja babcia. Właśnie tam jadę, bo muszę tam zostawić mamę, która ma skręconą nogę w kostce. To znaczy chyba skręconą, ale i tak nie za bardzo może chodzić.

– To wiesz co, pożyczę ci trochę benzyny.

Niki naprawdę nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Podziękował policjantowi za pomoc i ruszył dalej. Wkrótce okazało się jednak, że babcia mieszka nie za tym lasem, za którym miała mieszkać. Tylko o wiele dalej.

Przez kilka kilometrów jechali drogą, która przecinała najbardziej płaską i bezludną równinę, jaką Niki kiedykolwiek widział. Pola, które otaczały ich ze wszystkich stron, wyglądały tak, jakby ktoś wyprasował je gigantycznym żelazkiem. Nigdzie nie było ani jednej fałdki, ani jednego pagórka, ani czegokolwiek, na czym można by było skupić wzrok. Niki czuł, że jeszcze chwila, a zaśnie z nudów. Zaczął nawet gwizdać pod nosem, żeby tylko się czymś zająć. Na szczęście nawet największa pustka kiedyś się kończy.

Wjechali do ciemnozielonego lasu. Właściwie było w nim więcej ciemnego niż zielonego. I akurat wtedy skończyła im się benzyna. Niki przełknął głośno ślinę, po czym zrobił szybki przegląd sytuacji:

– Za godzinę całkiem się ściemni. Nie mamy już paliwa. Dookoła nie ma żadnych domów. Od czterdziestu minut nie jechał tą drogą żaden samochód. Przed chwilą widziałem znak, że do stacji benzynowej jest pięć kilometrów w tamtą stronę. Jeśli pobiegnę, to zdążę przed zmrokiem.

– A ja…? – mama zauważyła, że Niki chyba o niej zapomniał.

– To jest właśnie najgorsze. Co ja mam w tej sytuacji z tobą, mamo, zrobić?

– Mogę zostać w aucie. Zamknę drzwi od środka i zasunę szyby. Włączę sobie radio, żeby mi się nie dłużyło.

Niki nie chciał zostawiać mamy samej, ale z drugiej strony byli w niezłych tarapatach i musiał w końcu coś postanowić.

– Dobrze. Niech będzie. Tylko pamiętaj, nie wychodź z samochodu. Ja wrócę tak szybko, jak się da. Będę biegł, ile sił w nogach. Obiecaj, że zaczekasz tu na mnie.

– Obiecuję.

Niki wyjął pusty kanister z bagażnika i pognał na stację benzynową. Wrócił po niecałej godzinie. Bez paliwa. Zmęczony do granic możliwości. Nie przyniósł nic ze sobą, bo najzwyczajniej w świecie zapomniał zabrać pieniędzy. Ale nie to było najgorsze.

Zbliżając się do samochodu, zauważył, że nie ma w nim mamy. Pomyślał, że pewnie położyła się na tylnym siedzeniu i zasnęła. Jednak prawda okazała się straszna: mama zniknęła bez śladu…

Niki poczuł rozrywający ból w miejscu, w którym chłopcy mają serce. Przez dłuższą chwilę stał jak sparaliżowany. Chciało mu się krzyczeć, ale nie mógł z siebie wydać najcichszego nawet dźwięku. Chciało mu się płakać, ale jego (pełne zazwyczaj) źródło dziecięcych łez było teraz wyschnięte jak studnia na środku pustyni.

Po chwili dotarło do niego, że jeśli nie odnajdzie mamy…

Nie, to było nie do pomyślenia. Zaczął jej szukać: za kępą krzywych sosen, za pasem bujnych krzaków, pod płaskim kamieniem, w wąwozie, za stromą skałą, w lisiej jamie, w ptasiej dziupli, wszędzie. Naprawdę wszędzie. Wołał, krzyczał, gwizdał, błagał – wszystko na nic.

Po kilkudziesięciu minutach zupełnie opadł z tych resztek sił, które zostawił sobie na czarną godzinę. Zresztą i tak nie dało się już szukać mamy, bo po pierwsze, zrobiło się naprawdę ciemno, a po drugie, zapuścił się już tak daleko wgłąb lasu, że bał się, że sam się zaraz zgubi.

W końcu usiadł na miękkim mchu i oparł się o pień starego dębu. Przymknął na chwilę powieki, żeby zebrać myśli. Kiedy je otworzył, zauważył, że musiało minąć sporo czasu, bo
na niebo wturlał się ogromny księżyc. Niki pomyślał, że to dobry znak. W końcu przecież zrobiło się trochę jaśniej i będzie można wznowić poszukiwania.

Chłopiec nawet chciał się uśmiechnąć, ale kiedy kilka metrów od niego, między drzewami mignęły mu dwa świecące punkty, a potem kolejne dwa i znowu dwa, zrozumiał, że ktoś go obserwuje. A kiedy usłyszał to, co usłyszał, był już całkowicie pewien: to były wilki…

Serce stanęło mu w gardle. Za chwilę jednak wróciło na swoje miejsce. Okazało się, że wilki, choć uzbrojone po zęby w ostre zęby i twarde pazury, wcale nie chciały mu zrobić krzywdy. Wręcz przeciwnie. Podeszły bliżej, żeby Niki mógł im się przyjrzeć w świetle księżyca. Wtedy największy z nich odezwał się ludzkim głosem:

– Nie bój się. Wiemy, gdzie mogła pójść twoja mama. Jeden z nas widział, jak szła w stronę Lustrzanego Stawu, o tam, za te wysokie sosny. Biegnij do niej. Będziemy cię eskortować, żeby nic ci się nie stało.

– Yyy… jesteście może znajomymi tego dobrego policjanta? – Niki zorientował się, że ta przygoda chyba dobrze się skończy.

– TEGO policjanta? – odezwał się jeden z wilków – Aaaa… oczywiście, że tak. Był bardzo smacz…

– Nie, nie znamy go – odpowiedział przywódca stada – biegnij do tego stawu, szkoda czasu.

– Już lecę! Dzięki za pomoc! – Niki udawał, że nie dosłyszał zdania, które próbował powiedzieć jeden z tych drapieżników.

Wysokie sosny, które chroniły dostępu do stawu, rosły jednak dużo dalej, niż mówiły wilki. Na szczęście księżyc oświetlał ścieżkę, więc chłopiec mógł biec dość szybko, jak na tę porę nocy. Dotarł w końcu na brzeg stawu. Szybko zrozumiał, dlaczego mówiono o nim „lustrzany”. W świetle księżyca jego tafla była uwodzicielsko srebrzysta i nieskończenie gładka. Jednak to, co Niki tam zobaczył, sprawiło, że wybuchnął płaczem:

– Mamo…!

Twarz wykrzywiła mu się z bólu. Poczuł, że teraz naprawdę pęka mu serce. Na samym środku stawu, na powierzchni wody unosił się słomkowy kapelusz. Taki sam jaki nosiła jego mama.

– Mamo!!! – Niki krzyknął tak, że nawet wilkom, które dotarły wreszcie do stawu, przeszedł po grzbiecie dreszcz przerażenia, a w groźnych oczach zaszkliły się mokre łzy.

– Mamo… – wyszeptał ostatkiem sił i padł na ziemię.

***

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Niki obudził się skulony w kuchennej szafce, czyli dokładnie tam, gdzie się schował, żeby zrobić mamie psikusa. Przed nosem chłopca stał pajączek Popo i przyglądał się z wielką uwagą:

– Spokojnie… Oddychaj głęboko. To był sen. Straszny, ale tylko i na szczęście sen. I choć mogło ci się wydawać, że spędziłeś w nim wiele godzin, to tak naprawdę minęły jakieś… dwie minuty. Wychodź stąd szybko, bo mama, twoja prawdziwa mama bardzo się o ciebie martwi.

Niki wygramolił się na podłogę, wstał, podbiegł do mamy, która stała w pokoju i przytulił się do niej, jak nigdy wcześniej.

– Mamo, jak dobrze, że jesteś…

– Niki… – mamie najwyraźniej coś tu nie pasowało.

– To ja może zrobię ci kanapkę.

– Dziękuję, już jadłam.

– To może posprzątam swój pokój?

– Jest czysty i odkurzony.

– Yyyy… No to może wyniosę chociaż śmieci?

– Już wyniosłam.

– To ja szybko narobię nowych. Albo nie, mam lepszy pomysł! Wyniosę je jeszcze raz. Skoczę do śmietnika, załaduję śmieci do kosza, wrócę z nimi do mieszkania i znowu je wyrzucę…!

– Synku, czy ty aby…?

– To nie tak, jak myślisz, mamo…

– Na pewno wszystko u ciebie w porządku?

– Mamo, jestem zdrowy, cały, caluśki, caluteńki!

***

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Mama Nikiego omal nie pękła z dumy, kiedy rankiem zauważyła, jak Niki krząta się w kuchni, przygotowując pyszne śniadanie dla siebie i dla niej.

– Synku, na pewno nie chcesz powiedzieć, co ci się stało? – zapytała z troską w głosie.

– Mamo…

– Dobrze, nie musisz. Ale chyba powinien zbadać cię lekarz.

– Lekarz? Ale ja muszę zaraz iść do szkoły.

– Szkoła może zaczekać. To jest ważniejsze – stanowczo stwierdziła mama.

Wybrali się więc do przychodni. Doktor Kwiatek (wszyscy tak na niego mówili, ponieważ w kieszonce białego kitla nosił zawsze kwiat rumianku), najpierw zaglądnął Nikiemu do gardła, potem osłuchał płuca i na koniec zajrzał do ucha.

– Stanowczo stwierdzam, że nie mam nic do stwierdzenia. Ta ryba jest zdrowa jak chłopak. To znaczy… ten chłopak jest zdrów jak ryba. – doktor Kwiatek zaczął jak zwykle. Był tak roztargnionym człowiekiem, że pewnego dnia, kiedy dopadła go grypa, zapisał się do lekarza i czekał pod drzwiami gabinetu przez siedem godzin. A potem wstał i zrozumiał, że przecież zapisał się sam do siebie.

– A czy mógłby pan doktor zbadać Mikołajowi serce? – zapytała mama.

– Aaaa… no tak! Serce! Ach, serce! Serce w butonierce, w rozterce, w poniewierce… – doktor Kwiatek rozpędzał się coraz bardziej.

– Panie doktorze, to jak będzie z tym sercem? – niecierpliwiła się mama.

– Dobrze, proszę się tu położyć młody człowieku, zaraz zrobię ci USG. Spokojnie, bez obaw. To nie boli.

Niki położył się na leżance, a doktor Kwiatek rozpoczął badanie. Patrząc na monitor, opowiadał, co widzi:

– Stwierdzam, że Mikołaj posiada serce sztuk jeden. Serce jest w całkiem dobrym stanie, choć widzę tu jakieś bolesne blizny po czymś niedobrym. Przejdźmy dalej. Widzę, że Mikołaj ma w swoim sercu mamę. Mama zajmuje bardzo dużo miejsca w jego sercu. Chwileczkę, tu w tym zakamarku serca Mikołaj ma chyba jakąś koleżankę ze szkoły, mam rację?

Niki lekko się zaczerwienił na twarzy, a doktor kontynuował:

– Z tego, co zdążyłem zaobserwować podczas badania, stężenie dobroci w sercu pana Mikołaja wynosi w chwili obecnej 78 procent i stale rośnie. Proszę pani, ma pani wspaniałego syna. Moje gratulacje! Moje najszczersze gratulacje!

***

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

To na pewno nie był zwyczajny dzień. Nie był taki, chociaż na niebie znowu jak dawniej świeciło zwyczajne słońce, z ziemi wyrastały te same zwyczajne kwiaty, a Niki jak zwykle zmęczony wracał ze szkoły do domu. Mieszkał tak blisko niej, że mógłby wstawać za pięć ósma, a i tak zdążyłby wytrzeć gąbką tablice we wszystkich klasach i to przed pierwszym dzwonkiem.

Otworzył drzwi do mieszkania. Rzucił tornister na półkę i krzyknął to co zawsze:

– Mamo! Wróciłem!

Gdzieś z głębi mieszkania usłyszał to samo, co zawsze:

– Umyj ręce i siadaj do stołu! Zaraz odgrzeję ci obiad, tylko skończę pisać ten raport.

Niki poszedł do łazienki i odkręcił wodę.

– Co było w szkole? Zjadłeś śniadanie? – mama zadawała mu te same pytania co zawsze. Te same, które zadała wczoraj i te same, które zada jutro. Jednak tym razem brzmiały dla Nikiego jakoś inaczej.

Chłopiec opowiedział mamie ze szczegółami, co robił w szkole. Minuta po minucie. Z kim rozmawiał, o czym rozmawiał, który z kolegów miał dziś urodziny, którą koleżankę bolała głowa, jak ubrana była pani od angielskiego i co gwizdał pan od robotyki. I jeszcze o tym, że choć wsunął szkolne śniadanie do ostatniego okruszka, to jest głodny jak wilk i zjadłby nawet zupę pomidorową.

Do mamy powoli zaczynało docierać to, że pajączek Popo naprawdę dotrzymał słowa i zmienił Nikiego w najlepszego syna na świecie.

***

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Cała rodzina, cały blok, a nawet całe miasto – wszyscy wiedzieli już, że Niki zmienił się nie do poznania. Do pełni szczęścia chłopcu brakowało tylko jednego. Wkrótce i na to przyszła pora.

Pewnego słonecznego popołudnia rozległ się dzwonek do drzwi.

– Nikuś, zobacz tam, któż to chce wpaść do nas na pomidorową.

– Już lecę.

Niki poderwał się z fotela, żeby sprawdzić, kto dzwoni, ale kątem oka zauważył, że pajączek Hoho turla się ze śmiechu po stole.

– A ty, z czego się znowu śmiejesz, patykowaty patyczaku?

– Ej, tylko nie patyczaku, ty człowiekowaty człowieku! Jestem szczupły i wysportowany, bo dużo ćwiczę – zręcznie odparował Hoho.

– Dobrze już, dobrze, pajęczaku niepatyczaku. – ze śmiechem odpowiedział Niki.

– Nie gadaj tyle, tylko otwórz drzwi i sam zobacz.

Niki zajrzał nieśmiało przez wizjer i…

– Mamo! Mamo!

– Co się dzieje? Aż tylu chętnych na moją zupę?

– Nie, tylko jeden, ale za to… Mamo, chodź i sama otwórz.

Mama spojrzała przez wizjer.

– Przecież tam nikogo nie ma.

Niki błyskawicznie przekręcił klucz i energicznie otworzył drzwi. Na wycieraczce klęczał jego tata. W ręce trzymał przeogromny bukiet kwiatów. Z oczu płynęły mu łzy, a broda drżała z emocji.

Mama stała jak zamurowana. Całe szczęście, że nie trzymała niczego kruchego w rękach, bo upuściłaby to wszystko na podłogę. Wpatrywała się w swojego męża tak długo, jakby za żadne skarby nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie dzieje.

– Hej, Niki! Pssst!

Niki obrócił się do tyłu i wtedy zauważył, że Popo mruga do niego okiem i pokazuje nogą na klęczącego ojca.

– Mamo, mamo! Nie uwierzysz… To wszystko robota Popo! – Niki w lot złapał, co to się właśnie dzieje.

Mama patrzyła na tatę Nikiego bez słowa. Podniosła powoli rękę, jakby chciała raz na zawsze przegonić człowieka, który tak bardzo ją skrzywdził. Jednak zamiast tego… chwyciła jego dłoń i pomogła mu wstać. A tata Nikiego, nie zastanawiając się długo przytulił ją, tak mocno, jak przytula się wtedy, gdy dzieje się coś bardzo, ale to bardzo ważnego.

– Popo, jesteś wielki! – chłopiec aż podskoczył z radości. Chciał uściskać pajączka, żeby mu podziękować, ale okazało się, że ani Popo, ani Hoho już w tym mieszkaniu nie było…

KONIEC


© Maciej Wojtas

Copy link
Powered by Social Snap