1

E-book o copywritingu (fragment)


 


 
Darmowy fragment e-booka o copywritingu, który piszę razem z Małgorzatą Kalbarczyk-Leonczuk.

Idea stojąca za e-bookiem jest prosta: to spojrzenie na copywriting z dwóch odmiennych perspektyw.

Wersję Małgorzaty przeczytasz TUTAJ

Mój tekst: poniżej.
 


 

 


 

Rozdział dla copywriterów: „Jak być dobrym copywriterem?”

Czy trzeba mieć piątkowe świadectwo maturalne?
Nie.

Czy trzeba skończyć polonistykę?
(Lepiej) nie 😉

Czy trzeba znać triki mieszające ludziom w głowach?
Zdecydowanie nie!

Co więc trzeba umieć i jakim człowiekiem trzeba być – żeby na to miano zasłużyć?

Moim zdaniem, kluczowe są 3 rzeczy:

1) Empatia
2) Logika
3) Sumienie
 


 
1) Empatia, czyli umiejętność możliwie najgłębszego wczucia się w sytuację życiową klienta.

To coś więcej niż ślizganie się po stereotypach typu:

• student = głodny, chudy
• matka = wiecznie zmęczona
• facet = samiec myślący tylko o jednym
• dziecko = nieporadne

W zasadzie tutaj mógłbym zakończyć, a i tak spokojnie wystarczyłoby Ci to do osiągnięcia mistrzostwa w tym fachu.
 
 
2) Logika, czyli umiejętność takiego argumentowania swoich racji, którego nie da się obalić.

Logika to czyste zasady gry.

Tak-tak, nie-nie.

Zero kręcenia, ukrywania faktów.

Jeśli potrafisz logicznie myśleć, to jako copywriter będziesz nie do zatrzymania.
 
 
3) Sumienie to świadomość, że od tego, co napiszesz, zależy ile i jakich produktów, usług oraz idei będzie na świecie… więcej.

To kompas pozwalający odróżnić Ci dobro od zła.

Dzięki niemu potrafisz odrzucać zlecenia, które są sprzeczne z tym, w co wierzysz.

Używanie sumienia w pracy sprawia, że Twoje życie prywatne i zawodowe jest spójne.
 


 

Dlaczego ta spójność jest tak ważna?

 
Bo człowiek, który jest spójny w tym, co robi w domu i w pracy – jest szczęśliwy.

A szczęśliwy, nieskażony cynizmem copywriter – to skarb!
 


 
Ćwiczenie nr 1: empatia

Uargumentuj konieczność podwyżki swojej stawki (w trzech punktach).

Spróbuj nie napisać ani słowa o sobie.

Skup się wyłącznie na kliencie.

Do których potrzeb się odwołasz?
 
 
Ćwiczenie nr 2: logika

Jak myślisz, czego może potrzebować ktoś, kto ma dosłownie wszystko?

Wymyśl produkt, który mógłbyś mu sprzedać.

Odrzuć pomysły nierealne, technicznie niewykonalne.
 
 
Ćwiczenie nr 3: sumienie

Dostajesz propozycję napisania całej serii scenariuszy spotów wideo dla firmy z branży alkoholowej.

Produkt, który będziesz reklamował, to napój bezalkoholowy łudząco podobny do pełnowartościowego. Ma nawet tę samą nazwę.

Nowy napój przeznaczony jest dla dzieci 10+.

Co robisz z taką propozycją?

Bierzesz bez mrugnięcia okiem, czy wybiegasz myślami w przyszłość, próbując oszacować, jak taki produkt wpłynie na życie młodych klientów?
 


 

Rozdział dla przedsiębiorców: „Jak wybrać (znaleźć) dobrego copywritera?”

Dobry copywriter podobny jest do rzemieślnika, który od lat, w zaciszu swojego warsztatu zajmuje się trenowaniem swoich umiejętności.

Nie traktuje pisania jako zajęcia z doskoku, po godzinach, tylko jako swój stały zawód.

Jako pracę na długie lata, a nawet na całe życie.

Między tym, co i dla kogo pisze – a tym, jak żyje, nie ma u niego żadnej sprzeczności.

Jest wewnętrznie spójny, a jego życie harmonijne, bo we wszystkich swoich wyborach kieruje się kompasem moralnym.

Nie bierze każdego zlecenia.

Nie współpracuje z każdym.

Nie namówisz go na wszystko.
 


 

Jak znaleźć kogoś takiego?

 
Najprostszym kryterium jest czas.

Ktoś, kto od lat trwa w tym zawodzie – trwa w nim nie bez przyczyny.

Nie chodzi jedynie o jego nieprzeciętne umiejętności czy długoletnie doświadczenie, które posiadł.

Bardziej o to, że na dłuższą metę nie da się pracować w tym zawodzie, nie będąc w zgodzie ze sobą.
 
 
Czy to znaczy, że osoby z mniejszym stażem są z góry na straconej pozycji?

Oczywiście, że nie!

Wejdź na stronę internetową dowolnego copywritera.

Poczytaj jego blog. Przestudiuj media społecznościowe.

Poczytaj komentarze, jakie zostawia w branżowych grupach. Zobacz, jak odnosi się do innych.

Zdaj się na swoją intuicję.
 
 
A jeśli nie masz na to czasu, wrzuć swoje ogłoszenie do którejś z facebookowych grup dla copywriterów.

Osoba, od której otrzymasz ofertę spełniającą w maksymalnym stopniu opublikowane przez Ciebie wytyczne – będzie tą najlepszą.
 


 

Skąd to wiem?

 
1) Przede wszystkim, jeśli odpisze na ogłoszenie, starannie odhaczając wszystkie ważne dla Ciebie punkty, jeśli jego odpowiedź będzie w stu procentach „na temat”, to będzie to znaczyło, że potrafi czytać ze zrozumieniem.

To pierwsze sito oddzielające profesjonalistów od amatorów.

Ale nie jedyne.
 
 
2) Dobry copywriter, żeby do Ciebie dotrzeć, posłuży się empatią.

Prześwietli Cię na wylot, żeby dokładnie poznać Ciebie i Twoje potrzeby.

Będzie to znaczyło, że potrafi dotrzeć do każdej informacji.

Znając Twoje potrzeby, zaproponuje konkretne rozwiązania.
 
 
3) Logicznie uargumentuje swoją prośbę o nawiązanie współpracy.

Czytając jego odpowiedź, od razu poczujesz, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.
 
 
4) A jeśli do Ciebie napisze, będzie to znaczyło, że Twoje wartości są mu bliskie.
 
 
Prawda, że proste?
 


 

Zapraszam Cię na mój kurs copywritingu!

Ogrom wiedzy, indywidualny mentoring i fantastyczna grupa na FB to początek długiej listy zalet tego szkolenia:
 

KURS COPYWRITINGU I KREATYWNEGO PISANIA: dla początkujących, z mentorem, online [WERSJA PEŁNA]


 


 




Czego możesz się nauczyć od ptaszka, którym wszyscy gardzą?


 


 
Opowiem Ci bajkę o wróbelku.

Oto ona:

„Wróbelek przycupnął”.

To właściwie koniec, ale…
 


 
1) Wróbelek przycupnął na stercie kamieni.

Miał więcej szczęścia niż tysiące, miliony swoich braci i sióstr zamęczonych z rozkazu Mao.

Plan właściciela Chin był prosty: pozbyć się ptaków, które niszczą zbiory.

Wystarczyło tylko nie pozwolić im, żeby mogły choć na chwilę odpocząć.

Zmusić je, żeby latały bez przerwy.

Przeganiać je, jeśli któryś postanowił usiąść na ziemi.

Ptaszek nigdy wcześniej nie widział czegoś tak okrutnego.
 


 
2) Wróbelek przycupnął na parapecie kuchennego okna.

Przez szybę zobaczył ludzi, którzy poruszają się po omacku.

Ona miała opaskę na oczach, on też.

Ich wspólne dziecko – nie.

Nie miało, bo tylko ono było niewidome.

W dodatku od niedawna, bo choroba przyszła nagle.

Rodzice postanowili nauczyć się poruszać bezwzrokowo.

Nauczyć się, żeby mu potem pomóc.

Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej miłości.
 


 
3) Wróbelek przycupnął na zardzewiałym pręcie.

Przez zakratowane okno zobaczył mężczyznę zawiązującego sobie pętlę na szyi.

Więzień już miał skręcić sobie kark, kiedy zobaczył skrzydlatego przybysza.

Zaczął go odganiać, ale bez skutku.

Nie chciał tego zrobić przy świadkach, nawet tych niemych.

W końcu ustąpił.

Rozwiązał sznur skręcony z pociętego prześcieradła i… rozpłakał się.

Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej desperacji.
 


 
4) Wróbelek przycupnął na mokrym maszcie, z którego smutno zwisał potargany żagiel.

Kiedy rozbitek dryfujący na granicy życia i śmierci zobaczył, kto go odwiedził, jego serce nagle zerwało się na równe nogi.

Ptaszek nigdy wcześniej nie widział takiej radości na swój widok.
 


 
5) Wróbelek przycupnął na drewnianej ławce w parku.

Po drugiej stronie alejki, na podobnej ławce, chłopak inhalował swoją dziewczynę pięknymi słowami.

Ptaszek nigdy wcześniej nie widział tak błyszczących, kobiecych oczu i tak rozpalonych męskich źrenic.
 


 

A teraz najważniejsze

Ta bajka nie jest wcale o wróbelku, tylko o Tobie.

Jeśli wydaje Ci się, że jesteś takim szaro-brązowym stworzeniem, które jest takie jak wszyscy i ma nudne życie jak większość, to mylisz się przeokrutnie.

Każda ludzka historia jest niepowtarzalna.

Każda Twoja historia jest ciekawa.

Musisz tylko zacząć dziwić się światu.
 


 
Musisz zacząć być jak wróbelek.

Jak ptaszek, który co rano budzi się z czystą kartą.

Z pustą kartą pamięci.
 


 




12 rzeczy, którymi sprawisz ludziom radość (za darmo i bez wysiłku)

 


 

Są rzeczy warte wszystkich pieniędzy, choć kosztują tyle, co nic.

Bo wystarczy naprawdę niewiele, by sprawić radość tym, których kochasz.

I tym, których widzisz pierwszy raz w życiu.

A nawet tym, których nigdy osobiście nie spotkasz.

 


 

Prawie za darmo

1)

Kliknij pod czyimś komentarzem na Facebooku reakcję „super”, zamiast zwykłego „lubię to”.

To niby nic takiego, ale tym sposobem sprawisz, że komuś od razu zrobi się cieplej na sercu.

[koszt: brak]

 
 

2)

Spójrz w oczy swojej żonie i powiedz jej, że pięknie wygląda.

Powiedz mężowi, że dobrze, że jest.

Rzuć mu to nawet mimochodem.

Na pewno usłyszy i zapamięta.

[koszt: 3-5 sekund]

 
 


 

Tanie

3)

Pożycz swoje notatki z wykładów komuś, kto nie ma śmiałości o nie poprosić.

[koszt: 5-10 sekund]

 
 

4)

Skomentuj artykuł na blogu, pod którym bardzo rzadko pojawiają się komentarze.

Kto wie, może właśnie twoje dobre słowo skutecznie uleczy podcięte skrzydła autora strony.

[koszt: 10-15 sekund]

 


 

Średnio drogie

5)

Przepuść w kolejce do kasy kogoś, kto ma tylko kilka produktów w koszyku.

To naprawdę nic wielkiego, a rozwala system.

[koszt: 20-50 sekund]

 
 

6)

Opowiedz swojemu dziecku nietypową bajkę na dobranoc.

Niech bohaterem będzie ono samo.

Dla ciebie to ledwie parę minut, a ono zapamięta każde twoje zdanie.

Na bardzo długo.

[koszt: 5-10 minut]

 


 


 

Chcesz nauczyć się tak pisać? Zapisz się na mój kurs copywritingu i kreatywnego pisania!

 


 


 

Drogie

7)

Zadzwoń do swoich rodziców, którzy są w podeszłym wieku.

Zapytaj mamę o przepis na jakiś smakołyk.

Albo tatę o to, czy oglądał wczorajszy mecz.

Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo na to czekają (chociaż nigdy ci się do tego nie przyznają).

[koszt: 3-15 minut]

 
 

8)

Wysłuchaj cierpliwie do końca młodzieńczej historii dziadka, choć opowiadał ci ją już setki razy.

Bo ani się nie obejrzysz, jak sam wejdziesz w jego buty.

[koszt: 20-30 minut]

 


 

Bezcenne

9)

Nie odwracaj wzroku od ludzi, którym się nie powiodło.

Od tych, którzy nie radzą sobie tak dobrze jak Ty: od alkoholików, bezdomnych, ubogich.

Nic nie boli bardziej, niż poczucie bycia traktowanym jak powietrze.

[koszt: ?]

 
 

10)

Uśmiechnij się do kogoś, do kogo nikt nigdy się nie uśmiecha.

[koszt: ?]

 
 

11)

Podziękuj komuś za coś, za co nigdy mu nie dziękujesz.

[koszt: ?]

 
 

12)

Udostępnij ten post na Facebooku lub w innym miejscu 🙂

[Twoje kliknięcie w poniższy przycisk sprawi mi mnóstwo radości!]




„Jak mam wybór, czy wejść komuś w drogę czy w d…ę, to wchodzę w drogę” [WYWIAD]


 
 

To jeden z tych wywiadów, które zapadają i w pamięć, i w serce.

Dziś zapraszam was do świata, w którym króluje czysta wolność.

Przewodnikiem po tej krainie, za którą każdy z nas po cichu tęskni, będzie Joszko Broda: multiinstrumentalista, kompozytor i producent muzyczny.

Warto doczytać do samego końca.

 


 

RODZINA

 


 

Jak miała wyglądać twoja przyszła rodzina? Miałeś jakieś plany co do niej, jakąś jej wizję, kiedy byłeś jeszcze kawalerem?

Chyba zwykle jest tak, że się lubi to, co się zna, o ile są to dobre doświadczenia.

Mój dziadek miał rodzinę wielodzietną i zawsze mi się podobała koncepcja takiej dużej rodziny wielopokoleniowej, tworzącej wspólnotę, zorganizowanej wokół wspólnych wartości i kultury.

 


 

Dziś masz dziesięcioro dzieci. Dziewięciu synów i jedną córkę*. Głupie pytanie, ale muszę je zadać: zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby było odwrotnie? Gdybyś miał dziewięć córek i jednego syna?

Znajomi, którzy mają więcej córek, mówią, że niczym się to nie różni oprócz tego, że dochodzi jeszcze pisk.

Myślę, że w każdej rodzinie wielodzietnej jest intensywnie, niezależnie od rozkładu płci.

Pewnie na poziomie szczegółów są inne tematy – może zamiast kolekcji karabinów, łuków i mieczy, mielibyśmy cały dom w sukienkach i torebkach?

[*) Dwie córki; kilka dni temu rodzina powiększyła się o kolejne, jedenaste już dziecko]

 


 

A czy wierzysz w prawdziwość ludowego przysłowia „Bóg da dzieci, da i na dzieci”?

Moja mama mówi ładnie: „dał Pan Bóg łowieczkę, da i trowkę”.

Rozmawiając na ten temat z żoną doszliśmy do wniosku, że to ludowe przysłowie sprawdza się w ten sposób, że człowiek mający odpowiedzialność za taką liczbę dzieci, otrzymuje niezwykłą motywację, która pozwala na przekroczenie swoich własnych barier.

Pamiętam doskonale, co robiłem, jak jeszcze nie miałem dzieci i wiem, jak działam teraz.

Jestem tą samą osobą, ale moja rzeczywistość wymaga całkiem innej odpowiedzi, jeśli chodzi o działanie.

Łatwo to dostrzec u ludzi, którzy nagle są postawieni przez życie pod ścianą.

Często dzwonią do mnie osoby, które w związku z chorobą dziecka, nagle, szukając funduszy na leczenie, organizują koncerty, aukcje, zbiórki i są zdeterminowani i skuteczni.

Bez tej trudnej sytuacji nigdy nie wyzwoliliby tych pokładów energii i mocy.

Myślę, że tak jest z rodziną wielodzietną.

Działasz i efekt musi być, bo taka jest potrzeba.

Oczywiście dotyczy to ludzi odpowiedzialnych.

 


 

Zgadzam się w stu procentach. Tak sobie teraz myślę, że każdy rodzic boi się, zamartwia o swoje dzieci, o ich przyszłość itd. Tymczasem od niektórych rodzin wielodzietnych często bije przedziwny spokój, jest tam wyczuwalna radość życia. Czy źródłem tego jest wiara?

Zawsze wiara jest źródłem pozytywnego nastawienia do całości.

Ludzie wierzący po prostu są szczęśliwsi.

Myślę, że ten zauważalny z zewnątrz spokój w rodzinie wielodzietnej wynika z tego, że chlebem powszednim są większe amplitudy wszelkich doznań, gdzie potem nie robią już wrażenia tak zwane „niezwykłe wydarzenia” i „sytuacje specjalne”, ponieważ one są codziennością.

Jest też tak, że nagle jest tak dużo spraw i problemów, że uczysz się wyławiać te priorytetowe i nie przywiązywać wagi do tych bez znaczenia.

Potem ludzie pytają: ale jak ty to robisz, że się tym nie przejmujesz?

Widocznie nie jest to aż tak ważne.

 


 

Dobre podejście! A skoro jesteśmy już przy problemach: czy miałeś takie chwile, kiedy było ci tak ciężko (finansowo), że traciłeś nadzieję, że wyjdziesz na prostą? Co wtedy robiłeś?

Razem z żoną ustaliliśmy na początku naszego małżeństwa, że pieniądze nie będą dyktować nam warunków i myślę, że udaje się tego trzymać, bo warunki finansowe nigdy nie spowodowały u mnie utraty nadziei.

Poza tym, mimo, że ja mam dość artystyczne podejście do zarządzania pieniędzmi, to moja żona, która ogarnia tematy menedżerskie, nigdy nie pozwoliła mi wpaść w poważne tarapaty finansowe.

Podejmowaliśmy różne wyzwania inwestycyjne i wtedy bywało trudniej, ale wiedzieliśmy, co robimy i po co i byliśmy w tym razem.

 


 

Jak myślisz, dlaczego ludzie wywodzący się z rodzin wielodzietnych często powielają ten wzorzec w swoich rodzinach? Czy dlatego, że wiedzą z własnego doświadczenia, że to wspaniała sprawa?

Z moich obserwacji wynika, że niekoniecznie wszyscy powielają.

Różnie to bywa, w zależności od własnych doświadczeń oraz postawionych sobie celów.

Moja żona, która wychowała się w dużej rodzinie, zawsze taką chciała i chyba do czwórki dzieci, marudziła, że jest za mało ludzi.

 


 

Zaintrygowała mnie jeszcze jedna rzecz w kontekście posiadania tak licznej rodziny. Dlaczego zdecydowaliście się z żoną na edukację domową swoich dzieci?

Moja żona powiedziała takie zdanie: urodziłam sobie klasę, to sobie ją teraz będę uczyć.

Chodzi o to, że system właściwie zawłaszczał nasze dzieci, ich serca.

My byliśmy od tego, żeby świeże, pachnące, wypoczęte, nakarmione dzieci dostarczyć do instytucji, która zajmowała się ich kształtowaniem, wychowaniem, układaniem ich świata – czyli szkoła przejmowała sedno sprawy.

Sami chcieliśmy to robić, szczególnie, że w wielu punktach mieliśmy poważne wątpliwości co do szkolnych propozycji.

Tak się zaczęło, potem pojawiła się jeszcze lawina innych argumentów, które utwierdzają nas co do słuszności podjętej decyzji.

 


 

To teraz będzie naprawdę trudne pytanie: jak być dobrym ojcem w tych szalonych czasach?

Więcej słuchać i robić, niż mówić.

 


 

Hmm… dałeś mi teraz mocno do myślenia, więc zrewanżuję się tym samym. Wyobraź sobie, że jesteś jednym z synów… Joszka Brody. Jak jednym zdaniem opisałbyś swojego ojca? Co najważniejszego od niego dostałeś? (poza życiem)

Tata dał mi swój czas.

 


 

MUZYCZNY BIZNES

 


 

Jak wpadłeś na pomysł, żeby nazwać swoją firmę najprościej jak się da: „Firma z lasu”? Jest genialna!

Dziękuję!

Po pierwsze identyfikuję się z lasem i to słowo jest mocno związane z moim działaniem, po drugie kontrasty są fajne, a poza tym dobrze to oddaje moją specyficzną postawę odnośnie wchodzenia w różne układy i układziki.

Jestem z lasu i jak mam wybór, czy wejść komuś w drogę czy w dupę, to wchodzę w drogę.

 


 

Dobre, dobre!

Wracając do biznesu. Niektóre poradniki biznesowe zalecają, żeby wchodząc na rynek, zastosować tzw. „strategię błękitnego oceanu”. Czyli stworzyć nową, własną niszę i być w niej numerem jeden. Mam wrażenie, że twoją działalność można opisać właśnie w ten sposób. Jak się zatem się czujesz, mając świadomość, że de facto nie masz konkurencji?

Masz rację.

Myślałem właśnie w ten sposób.

Nie chcę się ścigać o celebrycki fejm, nie walczę o listy przebojów – to nie moja liga i nie moje aspiracje.

Gram muzykę, która po prostu do tego nie pasuje.

Najlepiej jej w lesie, na polanie i obok potoka.

Fajny ten ocean i mam szczerą nadzieję, że w ludziach istnieje potrzeba, żeby zmierzyć się również z tego typu przestrzenią w kulturze.

 


 

Muszę o to zapytać: jak promować muzykę, której nie puszczają ogólnopolskie stacje radiowe?

Chciałbym zebrać wokół siebie ludzi, którzy na takie dźwięki czekają.

Zebrać ich na tyle blisko, żeby mogli usłyszeć mój sygnał z niewielkiej odległości.

Prawdopodobnie nie będzie o mnie głośno w dużej skali, ale mam nadzieję, że uda się mówić cicho, ale do tych, którzy chcą słuchać.

 


 

Zadam teraz pytanie w imieniu tych, którzy zaczynają dopiero swoją muzyczną karierę. Czy w dzisiejszych czasach wytwórnie muzyczne są w ogóle komuś jeszcze potrzebne? Czy można odnieść sukces bez pomocy żadnych pośredników?

Wytwórnia muzyczna służy jej właścicielom i udziałowcom do zarabiania pieniędzy i taki jest jej interes, moim zdaniem nie do końca zgodny z interesem poszczególnych artystów.

Wytwórnia sprzedaje muzykę wielu osób i siłą rzeczy sprawdza, ile najwięcej można wyciągnąć z całości, a nie, jak zapewnić najlepszą możliwą karierę konkretnemu artyście.

Często idzie to ze sobą w parze, ale częściej nie.

Na szczęście dzisiaj są już nowe możliwości, które dają większe pole manewru, ale nie jest na tyle dobrze, żeby przełamać monopol, bo nie ma wielu ludzi znających się na wszystkim – można nagrać we własnym zakresie, zagrać, wyprodukować, zmiksować, zrobić projekt graficzny i promocję w social mediach, wydać w postaci cyfrowej i ogarnąć wszystkie papiery, ale różnie może być z efektami.

Dobra jakość jednak wiąże się i powinna się wiązać z dobrą ceną.

Mówię tu oczywiście o produkcjach wartościowych, bo teraz sukces można osiągnąć wygłupiając się przed kamerą i nawet nie musisz wyróżniać się wyrafinowanym dowcipem. Wystarczy, że będzie głupio.

Jeśli chcesz bez wytwórni zrobić świetną pod każdym względem produkcję, to szykuj worek pieniędzy i mówię tu o etapie produkcji, nie o kosztach sprzedaży, a z samą sprzedażą jest teraz dużo gorzej niż przed internetową rewolucją, więc trudno mówić nawet o odzyskaniu kosztów.

 


 

Prośba do czytelników: posłuchajcie, jak rewelacyjnie może brzmień okaryna, czyli ludowy instrument wykonany z gliny:

 


 

A gdybyś miał worek pieniędzy, to w którego wykonawcę byś je zainwestował? W jaki zespół? Na jaki nurt, gatunek postawiłbyś?

Najbliższa mojemu sercu jest muzyka etniczna w wykonaniu wielkich mistrzów.

Moim zdaniem to jest poziom muzyczny niczym nie różniący się od Milesa Davisa i Johna Coltrane’a.

Sukcesywnie inwestuję w nagrywanie tych osób, w miarę możliwości i moim marzeniem jest wydanie tej muzyki, bo jest genialna.

 


 

Powiedz, tak z ręką na sercu, czy warto być muzykiem w Polsce? Czy to dobry pomysł na życie?

Czy warto mieć niebieskie oczy?

Jak byłem młody, chciałem zostać lutnikiem i mimo, że zdobyłem takie wykształcenie, gram.

Już w pierwszej klasie liceum plastycznego w Zakopanem, mój profesor od malarstwa, Arkadiusz Waloch, powiedział mi, że ja już jestem światowym muzykiem i nic innego nie potrzebuję.

Oczywiście wtedy nie myślałem, że będę się z tego kiedykolwiek utrzymywał.

Grałem z potrzeby serca.

Jestem muzykiem trochę niezależnie od tego, czy chcę.

Kiedyś pracowałem, sprzątając pokoje w internacie.

Nie wiem, czy byłem dobrym sprzątaczem, ale fajnie się śpiewało na głosy z odkurzaczem.

W trakcie jednego odkurzania zmieniał tonację o pół tonu, kiedy worek się napełniał.

Trochę trudno mi być sobą, artystą, bo mam jakieś dziwne tory komunikacyjne z otoczeniem, a jeśli chodzi o pracę, to coś za coś.

Jest ciekawie, przygodowo, dużo się dzieje, ale jest też trudno, szczególnie, gdy trzeba z tego żyć. Chciałbym móc grać tylko dla przyjemności, a pieniądze zarabiać, gdzieś, gdzie się zarabia.

 


 

Praca pracą, ale odpoczywać też trzeba. Pytanie więc: jak odpoczywasz? Przy czym odpoczywa człowiek, który „las ma we krwi”?

Odpoczywam muzyką.

W graniu mam taką przestrzeń, do której nikt nie ma dostępu, gdzie czuję się absolutnie sobą i absolutnie bezpieczny.

To moja enklawa.

Mogę być wtedy gdziekolwiek, bo mogę wygenerować swoją autonomię.

W lesie wszystko jest muzyczne, tam wystarczy słuchać i to jest ideał, bo tam wszystko sprzyja.

 


 

MUZYKA

 


 

Twoja muzyka wypływa prosto z natury. To widać, słychać i czuć. Czy gdybyś mieszkał w bloku z wielkiej płyty, tworzyłbyś taką samą muzykę jak teraz? Czy miejsce zamieszkania wpływa na twórcę?

Wpływa.

Kiedyś mieszkałem w bloku przez trzy miesiące, odbywając praktykę w warsztacie lutniczym i od razu złapałem „doła”.

Zrozumiałem, że to nie dla mnie.

To nie jest kwestia, co bym tworzył, ja po prostu bym tego nie przeżył.

 


 

Doskonale to rozumiem.

Gdybyś miał porównać dusze skrzypiec: takich rasowych, z lutniczego konkursu Wieniawskiego i duszę skrzypiec ludowych – to czym by się one różniły, a w czym byłyby podobne? Nie pytam o kwestie techniczne.

Niczym.

Gdybym miał jednak dokonać jakiegoś porównania, to może tak: perfekcja i próba osiągnięcia ideału kontra wolność i próba osiągnięcia nieskończoności.

 


 

Jak uważasz, czy muzyka może doprowadzić świat do katastrofy?

Oczywiście.

Muzyka działa mocno w rejonie emocji.

Emocje są często katalizatorem tragicznych wydarzeń.

Można wykorzystać muzykę w ten sposób, żeby zbudować emocję, która zakończy się katastrofą.

Można też taką emocję podsycać latami, budując zło.

Gdybym chciał, doprowadziłbym słuchaczy przy pomocy dźwięków do ostateczności.

Muzyka to język.

 


 

A w drugą stronę? Czy muzyka może ocalić świat? Jeśli tak, to jaka? Co musi w niej być, żeby skutecznie łagodziła nasze rozbrykane obyczaje?

Klasycznie: musi być dobra, prawdziwa i piękna, czyli musi łączyć w sobie profesjonalizm, dobrą formę i przekaz, który jest zgodny z naturą człowieka i buduje.

 


 

Grasz na instrumentach mocno analogowych: na drumli, okarynie, fujarach, rogach, trąbicie, skrzypcach, gajdach beskidzkich i wielu innych. Czy to prawda, że masz ochotę na projekt, w którym połączysz dwa totalnie odległe światy: instrument taki jak… chrust z elektroniką.

Tak, projekt już realizuję, ale nie powiem, co i jak, bo dobre pomysły szybko się rozchodzą.

 


 

O NOWEJ PŁYCIE, KTÓRA RZUCA NA KOLANA

 


 

Lada dzień ukaże się twoja płyta „Człowiek z lasu”. Muzyka, którą tam proponujesz oparta jest na skrajnej prostocie. Wszedłem na stronę z darmowymi fragmentami z tejże płyty.

Najpierw posłuchałem skrzypiec i uderzyła mnie potężna tęsknota zawarta w tych dźwiękach. Potem posłuchałem drumli i poczułem, że dotykam jakiejś tajemnicy. Na koniec posłuchałem fujarki i przeniosłem się w czasie i przestrzeni.

Jak to jest w muzyce na instrument solo drzemie tak wielka moc?

Jestem wyznawcą jednego, ale za to dobrze postawionego dźwięku.

Siła tkwi w prostocie, która jest bardzo wymagająca.

Nie da się ukryć wśród ścieżek, zasłonić innym instrumentem.

Grasz albo nie grasz.

To nie jest tak, że weźmiesz prosty, etniczny instrument i każdy wydobyty z niego dźwięk rzuci na kolana.

Tu nie ma drogi na skróty.

Włożyłem w pracę nad instrumentami bardzo dużo czasu.

Koledzy grali w piłkę, a ja szedłem w tym czasie na wiele godzin do pracowni mojego taty poznawać świat muzyki.

Moje dźwięki są efektem ogromnej pracy, którą w nie włożyłem.

 


 

Na tej samej stronie niechcący kliknąłem równocześnie dwa utwory. Pierwszy na flet i drugi – na drumlę. I stało się coś przedziwnego. Te dwie ścieżki, dwa zupełnie osobne byty stworzone do bycia samodzielnymi – idealnie zgrały się ze sobą. Pełna harmonia brzmień. To przypadek?

Ciekawe, bo ja niechcący zrobiłem dokładnie to samo i efekt również był dla mnie miły i inspirujący.

Czasem tak się zdarza, że pewne odkrycia pojawiają się tam, gdzie ich nie szukaliśmy.

 


 

I jeszcze jeden przerywnik: kliknijcie na poniższy filmik i posłuchajcie, jak brzmi drumla. Jeśli nie znacie jeszcze tego ludowego instrumentu, to jego dźwięk totalnie was zaskoczy 🙂

 


 

Zastanawiam się, dlaczego dźwięki z tej płyty tak dobrze „wchodzą” w człowieka? Czy dlatego, że co stworzyłeś, można nazwać muzyką pierwotną?

Jeśli dobrze „wchodzą”, to bardzo mnie cieszy taka informacja zwrotna, bo ta muzyka jest w dużej mierze improwizacją.

Zazwyczaj twórca na płycie pokazuje się od tej najlepszej, skończonej, dopracowanej do granic perfekcji strony.

Ja chciałem trochę poeksperymentować, bo wiem, że nie tylko efekt końcowy, zaprojektowany, pięknie opakowany, jest fascynujący.

To trochę ryzykowne, ale tylko w taki sposób mogę zaprosić do środka mojego świata, tylko tak można pobyć ze mną w lesie, gdzie te dźwięki powstają, gdzie mają właśnie jakąś pierwotną postać, która, moim zdaniem, zawiera całą tajemnicę i jest po prostu niesamowita.

 


 

TO, CO NAJWAŻNIEJSZE

 


 

Na swoim blogu piszesz: „Nie należę do mainstreamu. Nie oddam swojej niezależności i nie będę niczyim niewolnikiem”. Jaką cenę płacisz za swoją wolność?

Ceną jest cisza w niektórych przestrzeniach.

Artysta, żeby czuł, że jest potrzebny, musi mieć słuchaczy, potrzebuje synergii, informacji zwrotnej, więc wielu muzyków, których znam, żeby to mieć, oddało bardzo dużo.

Dla mnie to za wysoka cena.

Wolę grać premierowy koncert na szczycie Ochodzitej o wschodzie słońca przy minus 15, niż przegrać na wspaniałej scenie możliwość decydowania o sobie.

Bo finansowo, to lepiej wychodzę na tym, co robię jako twórca niezależny, szczególnie w moim niszowym gatunku.

Jak słyszę opowieści znajomych z branży, jak bezwzględnie się z nimi postępuje, to cieszę się, że mam swój las.

 


 

Czy zatem jesteś człowiekiem spełnionym? A jeśli nie, to ile ci jeszcze brakuje do osiągnięcia tego stanu?

W dużej mierze tak, bo mam wspaniałą rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza.

Myślę, że dopóki mam małe dzieci, to jeszcze przede mną długa droga.

Piłka jest w grze, nowe wyzwania czekają każdego dnia, na każdym zakręcie.

Za wcześnie na odpoczynek.

 


 

Co chciałbyś zapisać swoim dzieciom? Dosłownie zapisać, jedno zdanie na kartce, które byłoby twoim testamentem. Jedna myśl, która będzie dla nich drogowskazem.

Bądźcie jak mama.

 


 

Mam jeszcze jedno egzystencjalne pytanie: czy da się żyć tak, żeby nie bać dnia, w którym zapuka do nas śmierć?

Tak, ja zasadniczo nie mam czasu na takie rozmyślania 🙂

Jak otwieram rano oczy, to na dzień dobry mam do ogarnięcia kilka najważniejszych na świecie problemów moich dzieci i tak aż do wieczora, a w międzyczasie cała masa spraw.

Jaki z tego profit?

Nie za bardzo masz czas, żeby się zbyt dużo zastanawiać, a jeśli już się zastanowisz, to wiesz, że przynajmniej starałeś się robić rzeczy ważne dla najbliższych, których kochasz.

 


 

I już naprawdę ostatnie pytanie: jak myślisz, czy w niebie będzie jakaś muzyka? Jaką muzykę chciałbyś tam usłyszeć?

Kilka lat temu zmarł mój bliski znajomy muzyk, Piotr Żyżelewicz.

Przyśnił mi się pewnej nocy i wtedy zapytałem go w tym śnie, czy w niebie jest muzyka.

Potwierdził, ale powiedział mi, że są tam sprawy o wiele ważniejsze.

Mam nadzieję, że w wieczności muzyka będzie wieczna i nieskończona i nieskończenie dobra, a my będziemy mieli do niej dostęp od wewnątrz, będziemy w środku melodii.

 


 
 


 

PS

Płytę „Człowiek z lasu” możecie kupić na stronie mojego Gościa, bez żadnych pośredników:
http://joszkobroda.pl/czlowiek-z-lasu/


 


 
 


 

Zobacz koniecznie najczęściej udostępniany wpis:

 


 

Podobał Ci się wywiad? Wciśnij poniższy przycisk 🙂




List ojca do 5-letniej córki


 
 
Droga córeczko,

przypadkiem usłyszałem, jak mówiłaś, kim chciałabyś zostać, kiedy dorośniesz.

Zaskoczyłaś mnie, bo tego się nie spodziewałem.

Powiedziałaś, że chcesz kiedyś być… mamą.
 
 
 
To piękne marzenie!

Obawiam się jednak, że zrealizowanie go będzie trudniejsze, niż myślisz.
 
 
 
Po drodze czekać na Ciebie będą różne pułapki.

Pierwsze już za kilka lat, kiedy wejdziesz w okres młodości.
 
 
 
Jesteś wrażliwa, więc szybko uwierzysz tym, którzy wiedzą, jak rozgrywa się dziewczyny.

Uwierzysz ludziom, którzy będą chcieli tę Twoją wrażliwość przekuć na pieniądze.

Będą Cię osaczać tak długo, aż stracisz niewinność.
 
 
 
Niemal ulegniesz, kiedy namówią Cię do popierania szczytnych akcji, które ze szczytnością nie mają nic wspólnego.

Prawie się zgodzisz, kiedy każą Ci protestować w obronie prawa do czegoś, przeciwko temu czy owemu.
 
 
 
Mam jednak nadzieję, że nie uwierzysz w te bzdury i w ostatniej chwili się wycofasz.

Że szybko rozgryziesz intencje tych, którzy będą chcieli dzięki Tobie osiągnąć swoje cele.

Ufam, że Twoja mądrość pozwoli Ci z daleka wyczuwać fałsz ich sprytnych haseł reklamowych.
 
 
 
Potem zaczniesz rozglądać się za chłopakami.

Niestety, szansa, że znajdziesz kogoś niepoharatanego przez życie, będzie niewielka.

Gorzej: z każdym kolejnym rokiem będzie coraz mniejsza.
 
 
 
Boję się, że trafisz na kogoś, kto mimo swojego młodego wieku będzie miał już połamany kręgosłup.

Będzie boleśnie poraniony przez swoje lęki, fobie i uzależnienia.

Że trafisz na kogoś, kto po przetrawieniu terabajtów nagich ciał będzie w Tobie widział kawałek mięsa, a nie kobietę.
 
 
 
Jeśli się w nim zakochasz, wtedy on będzie na Ciebie naciskał, żebyś była „taka jak wszystkie”.

Ten przekaz, żebyś zrzuciła z siebie balast wstydu i czystości, będzie Cię atakował z każdego ekranu.

Dzień w dzień, noc w noc.
 
 
 
Będą Ci wmawiać, że musisz być wyzwolona od wszystkiego, bo to jedyny przepis na Twoje szczęście.

Paradoksalnie, przekonywać Cię do tego będą kobiety, które obok prawdziwego szczęścia nigdy nawet nie stały.
 
 
 
Nawet jeśli wytrwasz na swoich pozycjach, to nadal będziesz musiała dzielnie się bronić.

Koleżanki powiedzą Ci, że papierek nie jest potrzebny, jeśli ludzie się kochają.

Mam nadzieję, że zanim zamknie się wieko mojej trumny, zdążę zobaczyć, jak rozpromieniona wychodzisz w białej sukni z kościoła.
 
 
 
A potem zajdziesz w ciążę.

Życzliwi będą Ci wmawiać, że po porodzie musisz jak najszybciej wrócić do pracy.

Inaczej Twoja kariera nieodwołalnie się załamie i już nigdy się nie podniesie.
 
 
 
Będą naciskać, żebyś oddała dziecko do żłobka, wynajęła opiekunkę, zrobiła wszystko, by tylko wyrwać się z domu.

By schronić się w pracy, zamiast robić to, czego nikt od Ciebie lepiej nie zrobi.

Zamiast wprowadzić nowego człowieka w życie: kroczek po kroczku, za jego maleńką rączkę.
 
 
 
Z każdym kolejnym dzieckiem, które będziesz nosić pod sercem, presja będzie rosła.

„A po co ci następny problem?”

„Jeszcze jedno? Ale jaja…”

„Robisz to dla pięćset plus?”
 
 
 
Mało kto będzie rozumiał Twoje podejście.

Niewielu pojmie, że to, na co się zdecydowałaś, jest piękne.

Że nadaje Twojemu życiu nieporównywalny z niczym sens.
 
 
 
Nawiasem mówiąc, Twój mąż też nie będzie miał lekko.

Będzie zdezorientowany, bo nieustannie ktoś będzie kwestionował jego rolę.

Będzie wmawiał mu, na czym polega bycie prawdziwym mężczyzną.
 
 
 
Paradoksalnie, będą to robić ludzie, którzy nigdy prawdziwej męskości nie doświadczyli.

Pokiereszowane kobiety i pogubieni faceci.
 
 
 
Wierzę jednak, że uda Ci się ominąć te wszystkie pułapki.

Wiem, że poradzisz sobie, bo każdego dnia widzisz, że miłość jest możliwa.
 
 
 
Obserwujesz swoją mamę, która kocha i jest kochana.

Podziwiasz kobietę, która wie, że miłość mnoży się przez dzielenie.

I że wychowywanie dzieci nie jest marnowaniem życia, tylko jego spełnieniem.
 
 
 
Wierzę, że gdzieś tam urodził się już ktoś, kto podaruje Ci to, co najważniejsze.

A jeśli się jeszcze nie urodził, to może jest już w czyichś planach.
 
 
 
Już teraz trzymam za tego chłopaka mocno kciuki.

Za to, żeby świat go nie zepsuł.
 
 
 
I żebyś była z nim tak szczęśliwa,

jak jesteś szczęśliwa teraz.
 
 
 
Twój tata
 


 




Te 2 słowa sprawią, że po raz pierwszy od dawna zaczniesz delektować się każdą chwilą


 


 
Najczęściej wygląda to tak:
 


 
Dostałam się na studia, ale… to dopiero pierwszy miesiąc. Dopiero jak skończę pierwszy rok, to…

Mam papier ze studiów, ale… to dopiero licencjat. Dopiero magister mi w czymś pomoże.

Mam już magistra, ale… to żaden wyczyn. Każdy go ma. Dopiero jak zrobię doktorat, pokażę ludziom, na co mnie stać.
 


 
Znalazłam chłopaka, ale… to dopiero początki znajomości. Dopiero pierścionek na palcu to będzie coś!

Mam już narzeczonego, ale… to tylko kandydat na męża, nic pewnego. Dopiero jak będę żoną, to zacznę żyć jak 100-procentowa kobieta.

Jestem po ślubie, ale… dzieci to jednak dzieci.
 


 
Jestem w ciąży, ale… dopiero po porodzie zacznie się prawdziwe matkowanie.

Jestem matką, ale… mój Jacuś ma tylko 2 latka. Dopiero jak pójdzie do szkoły, poczuję ulgę.

Jacuś chodzi do szkoły, ale… to dopiero podstawówka. Dopiero jak zrobi średnie, odetchnę spokojniej.

Jacuś zrobił maturę, ale… dziś bez studiów… ani rusz.

I tak dalej, i tak dalej.
 


 

Co tu jest nie tak?

Zamiast cieszyć się chwilą, za każdym razem myślami jesteś gdzieś w przyszłości, w której wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie.

Jesteś myślami w czasach, które wreszcie dadzą Ci to, za czym pędzisz: pełną satysfakcję i spełnienie.

Z takimi czasami jest jednak pewien problem: one nigdy nie nadchodzą.

Zawsze z tyłu głowy wykluwać Ci się będzie piszcząca myśl: „ale to dopiero…”.
 


 

Jak to zmienić?

Zastanawiałem się nad tym pytaniem i… chyba znalazłem rozwiązanie.

Popraw mnie, jeśli się mylę.
 


 

Trik:

Przeczytaj jeszcze raz zdania, które umieściłem na początku tego wpisu.

Przed każdym z nich wstaw 2 słowa: „na szczęście”.

I nie dopowiadaj dalszego ciągu.

Ciesz się ich niezwykłym brzmieniem!
 


 
Na szczęście dostałam się na studia!

Na szczęście mam licencjat!

Na szczęście mam magistra!

Na szczęście znalazłam chłopaka!

Na szczęście mam już narzeczonego!

Na szczęście jestem po ślubie!

Na szczęście jestem w ciąży!

Na szczęście jestem matką 2-latka!

Na szczęście Jacuś chodzi do podstawówki!

Na szczęście Jacuś zrobił maturę!

I tak dalej…

Czujesz różnicę?
 


 

Dlaczego „na szczęście”?

Bo w każdym momencie życia… masz szczęście!

Prawie wszystko, czego doświadczasz, można skwitować tymi dwoma prostymi słowami.

Dodając te 2 słowa, zatrzymujesz czas.

Przestajesz niepotrzebnie wybiegać w przyszłość.

Spokojnie, powoli delektujesz się tym, co już masz.

A masz więcej, niż myślisz.
 


 

KURS COPYWRITINGU I KREATYWNEGO PISANIA: dla początkujących, z mentorem, online [WERSJA PEŁNA]


 


 

Szczęście w nieszczęściu

Ból może być sygnałem choroby, która Cię zżera od lat. Im wcześniej go doświadczysz, tym głośniejsze będzie Twoje „mam szczęście”.

Najwięksi twardziele, którzy ufają Bogu na maksa i w każdych okolicznościach, potrafią dodać „na szczęście” nawet wtedy, kiedy lekarz mówi, że nie ma dobrych wieści.

Wielu z nich, już po fakcie, kiedy oddalą się od zagrożenia na bezpieczną odległość wielu lat, dojdzie do wniosku, że nawet ten rak był dla nich na swój sposób szczęściem, wręcz błogosławieństwem.

Więc kiedy będziesz już jedną nogą na drugim świecie i okaże się, że kolejka do bram nieba jest dłuższa, niż można by się spodziewać, westchnij sobie wtedy tak:

„Na szczęście zabrałem ze sobą karimatę i śpiwór. Mogę przenocować u Pana Boga za piecem, albo nawet na kuchennej podłodze”.
 


 

 


 




3 prezenty, za które Twoje dziecko będzie Ci dozgonnie wdzięczne


Te 3 rzeczy są warte 1 000 000 razy więcej niż wszystkie zabawki świata razem wzięte.

Są bezcenne.
 


 

Pierwszy prezent

Pierwszy jest oczywisty i cholernie drogi.

To Twoja obecność.

To każda chwila, kiedy dziecko może do Ciebie przyjść.

Kiedy wie, że jesteś w jego zasięgu.
 
 
Mam wielkie i niezasłużone szczęście, że nie muszę tracić życia w stacjonarnej pracy.

Że mogę być dla rodziny codziennie, o każdej porze na wyciągnięcie ręki.

Odrzucam każdą zawodową propozycję, która mogłaby ten stan rzeczy zburzyć.

Bez względu na liczbę zer.
 


 

Drugi prezent

Drugi prezent też wydaje się być oczywisty i jest chyba jeszcze droższy od pierwszego.

To rodzeństwo. Brat, siostra, a z czasem: bracia, siostry.

Wiem, że to trudny temat, zwłaszcza dla jedynaków i jedynaczek.

Zdaję sobie sprawę, że taki „prezent” kosztuje ogromnie dużo wysiłku.

Znam to aż za dobrze z autopsji.
 
 
Z drugiej strony, to nie jest tak, że każde kolejne dziecko oznacza wzrost wszelkich kosztów o równe 100 procent.

(Kosztów finansowych, emocjonalnych i wszystkich innych.)

Z każdym kolejnym dzieckiem ten koszt jest niższy, niż Ci się może zdawać.

A szczęście rodziny – o niebo większe!
 
 
To wbrew logice, fizyce i matematyce.

Tak działa miłość.
 


 

Trzeci prezent

Ostatnim prezentem jest coś, co ze względów formalnych będzie poza zasięgiem części rodziców.

Mam tu na myśli chrzest (ochrzczenie dziecka).
 
 
Pewnie teraz myślisz: „oj tam, oj tam, kiedy moje dziecko dorośnie, samo zdecyduje o tym, jaką wiarę chce wyznawać”.

Jeśli tak, to znaczy, że… nie wierzysz w to, w co twierdzisz, że wierzysz.

Ktoś, kto ma świadomość tego, czym jest chrzest i jak niewyobrażalnie bajeczne konsekwencje on powoduje, nie będzie dopuszczał do siebie takich myśli.
 
 
Jasne, nie chcę teraz wyjść na kogoś, kto przemawia z ambony.

Dobrze wiem, że wiara to ultrasubtelna i hiperdelikatna sprawa.

Sam miałem, mam i pewnie nie raz będę miał masę wątpliwości, załamań i zniechęceń dotyczących tej sfery.

To naturalna kolej rzeczy. A skoro tak, to istnieją sposoby na to, by sobie z tym poradzić.
 
 
Na przykład codzienna modlitwa w tej właśnie intencji.

Oczywiście można do tego dorzucić parę innych praktyk, ale prośba, szept do Boga o wsparcie – to podstawa.

Bóg jest może i nierychliwy (taką ma wśród nas opinię), ale na bank jest dobry i sprawiedliwy.

Warto natrętnie i nachalnie prosić Go o wiarę, nawet jeśli na odpowiedź w sprawie tego „zamówienia” trzeba będzie poczekać wiele lat.
 


 




Pycha kroczy przed upadkiem. A co poprzedza tę katastrofę?


 


 
Mądrzy ludzie mówią, że pycha kroczy przed upadkiem.

A co dzieje się wcześniej?

Co poprzedza tę katastrofę?
 


 
UWAGA:

To bardzo subiektywny tekst.

Nie traktuj go jako źródła wiedzy psychologicznej!
 


 

3 rzeczy, przez które możesz się wykoleić

 
1)

Lukrowane pochwały.

Gorące słowa uznania.

Entuzjastyczne opinie i komentarze.

Wszystko, co otula Twoje ego warstwą miękkiego puchu.

To tam może kryć się początek Twojego końca.
 
 
Ten puch jest dobry, ale tylko na początku.

Wtedy, kiedy stawiasz pierwsze kroki.

Każde takie dobre słowo popycha Cię wówczas do przodu.

Ochrania Cię przed potknięciami i zranieniami.

Dzięki niemu możesz rozwinąć skrzydła.

Zyskujesz czas, żeby urosnąć i zyskać odporność.

Ten słowny puch przypomina boczne kółka w dziecięcym rowerze.
 
 
Kiedy jednak tego puchu jest coraz więcej,

kiedy jest go tak dużo, że spoza niego nic już nie widać,

a Ty nadal się nim sycisz, żywisz i napawasz,

wtedy zaczyna krępować Twoje ruchy i wpływać na Twoje decyzje.
 
 
Tak tracisz kontakt z rzeczywistością.
 


 
2)

Losowe przypadki, w których różne sprawy wychodziły Ci lepiej, niż na to wskazywał Twój wkład pracy.

To nic złego mieć szczęście, wręcz przeciwnie!

Gorzej jeśli uważasz, że to, co Ci się trafiło, jak ślepej kurze ziarno, to wyłącznie Twoja zasługa.
 


 
3)

Przekonanie, że do wszystkiego doszedłeś sam.

Ktoś, kto tak myśli, przypomina tynkarza, który przechwala się pięknym budynkiem, nad którym ostatnio pracował.

Nie zdaje sobie sprawy, że położył tylko cienką warstwę tynku na misterną konstrukcję, którą stworzyli inni ludzie.
 
 
Fraza „do wszystkiego doszedłem sam” jest z gruntu fałszywa.

To, że dziś możesz poświęcać się czemuś całymi godzinami, jest zasługą rzeszy ludzi.

Chociażby Twojej matki, która troskliwie dbała o Ciebie w ciąży, nie pijąc grama alkoholu czy nie robiąc innych zakazanych rzeczy.

Albo żony / męża, czyli osoby, która wzięła na siebie masę obowiązków, żeby dać Ci możliwość spokojnego pracowania na swoje nazwisko.
 
 
Talent też nie jest żadną Twoją zasługą.

Po prostu go masz, za darmo.
 


 

Jak temu zapobiec?

 
1)

Nie przywiązuj się do pozytywnych opinii o sobie.

Rób swoje jak najlepiej. Dawaj z siebie wszystko.

Rozsmakuj się w samej przyjemności tworzenia.

Niech satysfakcja z tego, że robisz coś dobrego, pięknego, przydatnego i pożytecznego, będzie dla Ciebie największą nagrodą.
 


 
2)

Porzuć myśl, że wszystko zawdzięczasz sobie.

Jesteś gościem, który tylko „tynkuje” to, co zbudowali Twoi poprzednicy.

Fakt, wychodzi Ci to całkiem nieźle.

Ale gdyby nie oni, nie byłoby na czym kłaść tej ozdobnej warstwy, którą tak się teraz chwalisz.

Bądź nieustająco wdzięczny wszystkim, którzy na swoich barkach donieśli Cię tak wysoko.
 


 
3)

Miej świadomość, że wystarczy ułamek sekundy, jakiś drobny wylew w mózgu albo nieszczęśliwy wypadek, żeby bezpowrotnie stracić swoje zdolności umysłowe, manualne czy jeszcze inne.

Niech Twoją nadrzędną motywacją do pracy będzie… miłość.

To, co robisz, rób z myślą o innych.

Kiedy nagle zejdziesz ze sceny, tylko to po Tobie pozostanie.
 


 
4)

Nie zapomnij, że dla ludzi, którzy Cię oceniają, jesteś tak dobry, jak ostatnia rzecz, która wyszła spod Twoich rąk.
 


 
5)

Nie obniżaj sobie poprzeczki tylko dlatego, że ludzie Ci mówią, że jesteś świetny / świetna w tym, co robisz.

Albo dlatego, że płacą Ci za to coraz więcej.
 


 
6)

Wyobraź sobie, że ktoś wziął jakiś Twój najsłabszy projekt i rozreklamował go tak skutecznie, że zna go teraz każdy człowiek w Polsce.

Pomyśl, że to ta praca jest od teraz Twoją jedyną wizytówką.
 


 
7)

A jeśli żadna z tych rzeczy nie pomaga, wsadź głowę pod kran z zimną wodą i trzymają ją tam tak długo, aż zmądrzejesz.
 


 

Skąd to wszystko wiem?

A jak myślisz? 🙂
 


 




FAQ: usługi copywriterskie


 


 

1) Skąd mam wiedzieć, że znasz się na swojej robocie?

Piszę teksty (zawodowo) od 10 lat.

Klienci regularnie wystawiają mi świetne referencje.

Słów uznania, zachwytu i innych miłych rzeczy, które piszą mi w mailach, nie liczę.

Przestałem to robić, bo za każdym razem czułem się nimi zawstydzony.

 


 

2) Jak długo będę czekał na tekst?

To zależy od tego, co mi zlecisz i czy mam wolne moce przerobowe.

Jedno jest pewne: spędzę nad nim tyle czasu, ile potrzeba, żeby stał się doskonały.

Nigdy nie piszę „na szybko”, nawet jeśli to najprostsze zlecenie.

 


 

3) A co będzie, jeśli tekst mi się nie spodoba?

Będę poprawiał go tak długo, aż uznasz, że jest świetny.

Poprawki będą oczywiście gratis.

 


 

4) A jeśli okaże się, że ktoś już ma taki sam tekst na swojej stronie?

To niemożliwe.

Każdy tekst piszę totalnie od zera.

Jeśli jednak spotkasz swój tekst u kogoś, to tylko dlatego, że został on skopiowany od Ciebie.

 


 

5) Skąd mam wiedzieć, czy tekst będzie mi zdobywał klientów?

Sam tekst to dopiero połowa sukcesu.

Równie ważne są:

– wygląd Twojej strony / sklepu internetowego,

– kolor, wielkość i rodzaj czcionki,

– a nawet pora dnia, w której opublikujesz mój tekst w mediach społecznościowych.

Ja ze swojej strony zrobię wszystko, żeby to, co napiszę, pomogło Ci zdobyć klientów, fanów i czytelników.

Cała reszta zależy od Ciebie.

 


 

6) Jak mam za to zapłacić?

Po wykonanej usłudze wystawię Ci fakturę, a Ty zrobisz przelew na moje konto.

 


 

7) Czy na tekst jest jakaś gwarancja?

Gwarantuję Ci, że będzie co najmniej bardzo dobry.

I że nikt czegoś podobnego Ci nie napisze.

 


 

8) Czy napiszesz dla mnie wszystko, o co poproszę?

Zdecydowanie nie.

Współpracuję wyłącznie z tymi, którzy działają etycznie.

Odmawiam klientom, którzy oferują produkty lub usługi szkodliwe dla zdrowia, nielegalne lub wątpliwe moralnie.

Nie przyjmuję zleceń na treści dotyczące: alkoholu i innych używek, aborcji, antykoncepcji, in vitro, usług z branży hazardowej.

 


 

9) Czy twoje teksty nie zaszkodzą mojemu biznesowi?

Mam świadomość, że wszystko, co dla Ciebie napiszę, może zostać wykorzystane przeciwko Tobie.

Boję się tego bardziej niż Ty, dlatego możesz spać spokojnie.

 


 

10) A jeśli żadna z poprawek mnie nie zadowoli?

Wtedy odpuszczę, a Ty nic nie zapłacisz.

Nie zapłacisz ani złotówki, nawet jeśli spędziłem nad Twoim zleceniem wiele dni.

 


 




Fragment planowanej książki o znajdowaniu talentów i odkrywaniu powołania


 


 
Fragment, który napisałem do powstającej właśnie książki o odkrywaniu talentów i powołania. Autorką książki jest Katarzyna Leszczyńska, która zawodowo zajmuje się pomaganiem ludziom poszukującym pomysłu na siebie.
 


 

Mam na imię Maciej (i to wiele tłumaczy)

Maciej to jeden z ewangelicznych Apostołów. Człowiek z ławki rezerwowych. Wybrany w drodze losowania. Ktoś, kto musiał (nie)cierpliwie czekać na swoją kolej.

Jego kariera zaczęła się ze sporym opóźnieniem. Gdyby nie „wakat” w gronie uczniów Jezusa, nikt by o nim nigdy nie usłyszał.

Moja droga do pisarstwa (to trochę za duże słowo – jestem tylko copywriterem), zaczęła się dość późno, bo grubo po trzydziestce.

W dodatku zaczęła się przypadkowo i na pewno nie była „chcianym dzieckiem”. Cały czas, nawet teraz, pisząc to zdanie, mam wątpliwości, czy to na pewno „to”.

Czy coś, o co nie prosiłem i czego nie szukałem, może być sensem życia? Czy może być tym, do czego zostałem stworzony?

Jak ma się takiego świętego patrona jak ja, to nie powinno się dziwić, że w głowie regularnie rodzą się takie a nie inne wątpliwości.
 


 

Jak odkryłem swoje talenty?

Nie wiem, czy Maciej chciał być Apostołem, czy może miał inny pomysł na życie. Mój plan był związany z muzyką. To ona była i jest moją pierwszą miłością.

Nigdy nie marzyłem o pisaniu. Nie wyobrażałem sobie, żeby żyć z pisania. Są rzeczy, którymi człowiek nie zaprząta sobie myśli, bo wydają mu się absurdalne.

Nie myśli się na przykład o spacerowaniu po Księżycu albo o zwiedzaniu oceanicznych głębin, bo to sprawy dla ludzi z innej półki.

Pewnego dnia, męcząc się w nielubianej pracy, natrafiłem w internecie na ogłoszenie pewnej agencji reklamowej.

Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Jak się potem dowiedziałem, zaszła jakaś rekrutacyjna pomyłka, ale było już za późno, żeby sprawę odkręcić.

Pierwszego dnia dostałem wytyczne i kazano mi coś pisać. Nie miałem pojęcia, co robić. Chciałem wziąć plecak, wyjść niepostrzeżenie i nigdy tam nie wrócić.

Czułem, że to nie jest miejsce dla mnie.
Na szczęście plan ucieczki nie wypalił.
 


 

Jak korzystam z talentów?

Chyba coraz rozsądniej i w coraz lepszym celu, bo coraz wyraźniej widzę, że mogę zmieniać świat dobrymi słowami.

Takie motto (o zmienianiu świata) umieściłem na swojej stronie. Takie też będzie motto agencji, którą chcę uruchomić.

Jeśli Bóg w swej dobroci da mi zdrowie, siły i rozum to chciałbym stworzyć coś w rodzaju organizacji szerzącej dobro – słowami.

Firmę podającą to dobro coraz dalej i dalej. Docierającą ze swoją misją do najdalszych krańców internetu. Pomagającą ludziom w różnych sprawach.

Taka będzie idea napędzająca jej działanie.
Obawiam się, że takie jest chyba moje…

powołanie.