1

Tucker – człowiek, który samochodem wyprzedził swoją epokę

Jak wygląda przepis na dobry film?

Najpierw weź pełnokrwistego bohatera. Najlepiej jeśli osoba ta nie będzie wytworem wyobraźni scenarzysty, lecz człowiekiem, który istniał (lub istnieje) naprawdę. Niech będzie to ktoś nieszablonowy, ekscentryczny, z wizją, charyzmą. Działający z rozmachem.

Następnie spraw, by widzowie go pokochali. By poczuli, że jest im bliski, że rozumieją motywy jego postępowania. Kiedy już się do niego przekonają, postaw na jego drodze przeciwnika.

Kogoś, kto będzie miał moc odarcia bohatera ze wszystkiego: z nadziei, z życiowych celów i najskrytszych marzeń.

plakat

[fot. filmweb.pl]

A potem niech postacie walczą ze sobą jak bokserzy na ringu, cios za cios. I gdy będzie się zdawało, że nasz bohater poniesie ostateczną klęskę – zrób zwrot akcji, wlej w serca widzów nadzieję na to, że wszystko skończy się dobrze.

Nie zapominaj, że co prawda widzowie przyszli do kina, by przeżyć coś, czego być może nigdy nie doświadczą na własnej skórze, ale chcą na końcu wszystkiego zobaczyć happy end albo coś na kształt puenty.

Tucker – konstruktor marzeń (Tucker: The Man and His Dream) to film przyrządzony właśnie wedle takiego przepisu. Jednak byłby on nieoglądalnym zakalcem, gdyby za kamerą nie stanął prawdziwy mistrz filmowej kuchni: Francis Ford Coppola.

Co ciekawe, życiorys reżysera w jest pewnym sensie podobny do historii życia Prestona Tuckera – głównego bohatera omawianego filmu (ale o tym na koniec).

Preston_Tucker

Preston Tucker

Preston Tucker to człowiek, który odważył się podważyć istniejący porządek. Swoją działalnością niechcący wsadził kij w szprychy mechanizmu, który zdawał się być ustalony raz na zawsze – rzucił wyzwanie Wielkiej Trójce z Detroit, czyli Fordowi, GM i Chryslerowi.

Pomysł z gatunku niedorzecznych, dzięki uporowi i (nie bójmy się tego słowa) geniuszowi Tuckera stał się rzeczywistością.

tucker torpedo

Tucker Torpedo

Konstruktor stworzył pojazd, który swoimi rozwiązaniami wyprzedził swoją epokę o dwie dekady! Był rok 1948. Trzy lata po wojnie społeczeństwo amerykańskie domagało się samochodów tworzonych z myślą o normalnych, przeciętnych użytkownikach. I Preston Tucker postanowił spełnić to marzenie…

tucker sedan

Tucker Sedan

Preston Tucker odgrywany przez Jeffa Bridgesa jest ukazany jako człowiek, który kocha samochody bardziej, niż przewiduje to powszechnie przyjęta norma. Świetnym przykładem jest scena, gdy prezentuje całemu światu swoje ukochane dziecko. Napięcie rośnie, oczekiwanie w widzach wzrasta i wtedy pojawia się On (ale nie cały na biało):

Jeśli powyższy fragment można nieco biblijnie nazwać objawieniem, to kolejna scena filmu zasługuje na miano zwiastowania. Panie i Panowie, przed Wami samochód jutra!

Film znakomicie oddaje klimat epoki tużpowojennej. Oprócz perfekcyjnej scenografii i kostiumów, mamy tutaj także muzykę podkreślającą chłopięcy, łobuzerski temperament konstruktora:

Niestety, piękny sen nie trwa długo. Genialny wynalazek Tuckera staje się solą w oku amerykańskiej branży motoryzacyjnej. Nad wizjonerem zaczynają zbierać się coraz ciemniejsze chmury. Przeciwnik zaczyna wytaczać w jego stronę prawdziwe działa…

Film jest swego rodzaju hołdem oddanym czasom, kiedy to o kształcie, funkcjonalności czy ogólnie – wizji samochodu decydowali konstruktorzy, projektanci, prawdziwi pasjonaci, a nie działy księgowości i marketingu międzynarodowych, odhumanizowanych korporacji.

Dodatkowego smaczku całości dodaje słodko-gorzki epilog. Z jednej strony, rozwiązania techniczne zastosowane w samochodzie Tuckera zostały prędzej czy później wprowadzone w życie, na przykład pasy bezpieczeństwa (swoją drogą pomysł, by prezentować zdjęcia ofiar wypadku przed ludźmi jedzącymi obiad jest nawet dziś dość kontrowersyjny):

Z drugiej strony, reżyser zatrzymuje się trochę w pół drogi. Zostawia nas w momencie pozornego tryumfu naszego bohatera. W momencie, gdy mamy wrażenie, że udało mu się przechytrzyć wszystkich wrogów.

W rzeczywistości, osiem lat później, 26 grudnia 1956 roku Preston Tucker umiera w wyniku powikłań po gruźlicy. Główny stylista samochodów w jego fabryce, Alex Tremulis powie potem, że tak naprawdę „z żalu pękło mu serce”.

Na koniec warto wspomnieć o losach reżysera, który chyba jak żaden inny twórca filmów rozumiał to, co musiał czuć Preston Tucker. Oczywiście w przeciwieństwie do bohatera filmu, reżyser nie był nękany przez najprzeróżniejsze komisje, ciągany po sądach i narażany szereg represji.

Otóż niektórzy traktują film z 1988 roku jako alegorię losów reżysera, który chwile prawdziwego tryumfu (Oscar za scenariusz Pattona, 29 nominacji do Oscara za trylogię o Ojcu Chrzestnym czy Złota Palma za Czas Apokalipsy) przeplatał gęsto niezwykle spektakularnymi porażkami.

Co gorsza, nienajlepsza passa tego urodzonego w 1939 roku w Detroit reżysera – z małymi przerwami (na filmy pokroju prezentowanego Tuckera) – trwa do dziś.

Tucker to film w pierwszym rzędzie dla fanów historii motoryzacji. Francis Ford Coppola nie byłby jednak sobą, gdyby w historię genialnego konstruktora nie wplótł prawdy o naszych czasach.

O pragnieniu, by tworzyć rzeczy nieprzeciętne. Pragnieniu, które od pokoleń rodzi się w sercu każdego chłopca. O tym, że to tylko od nas zależy, czy przerodzi się ono w coś więcej. 

Czy eksploduje ono feerią barw w życiu dorosłym, czy spocznie na złomowisku pełnym niewykorzystanych pomysłów, śmiałych planów i genialnych idei…


 


 




Dlaczego postanowiłem zająć się tworzeniem muzyki do reklam (i nie tylko)?

 


 

Czasami jest tak, że człowiekowi zwyczajnie zaczyna brakować słów. A z czegoś żyć musi…

 


 

Pół biedy, jeśli jest kobietą, której wystarczy tylko, że od niechcenia otworzy usta, a powietrze wokół niej zaczyna gęstnieć od okrągłych, aksamitnie gładkich zdań.

Gorzej, gdy jest małomównym facetem, który każdy wyraz rodzi w koszmarnych bólach, bo kofeinowe środki znieczulające stojące obok laptopa od dawna przestały na niego działać.

Gdy coraz częściej czuje, że nie potrafi się wysłowić tak, jakby naprawdę chciał. Kiedy widzi, że jeszcze trochę i dojdzie do ściany z napisem „sorry, wyżej d… nie podskoczysz”.

***

Co powinien wtedy robić? Wziąć sobie do serca radę byłego prezydenta, czyli zmienić pracę i postarać się o kredyt? Rzucić swoją marną pisaninę w jasną cholerę? Nie do końca.

Można przecież spróbować swoich sił na nieco innym rodzaju klawiatury. Mam tu na myśli tę, której klawisze są czarno-białe 😉

***

Dlaczego postanowiłem rozszerzyć swoją działalność o tworzenie muzyki?

Bo wiem, że muzyka doskonale radzi sobie tam, gdzie nawet najbardziej celne słowa tracą swoją moc. Bo wierzę, że muzyka potrafi wywoływać w ludziach emocje, których nie sposób wygenerować nawet najbardziej przemyślanymi tekstowymi frazami.

Jest jeszcze jeden powód.

Muzyka jest językiem prawdziwie uniwersalnym, zrozumiałym przez każdego. Nie wymaga tłumaczenia, które zawsze oznacza utratę pierwotnej jakości. Dzięki temu można zaoferować ją wszystkim, którzy o nią poproszą. Bez względu na to, kim są, po jakiemu mówią i gdzie mieszkają.

 


 

Bardzo długo, strasznie długo czekałem na tę chwilę. Ale w końcu czuję, że będę mógł oddychać dwoma płucami. Tym zbudowanym z liter i tym złożonym z dźwięków. Trzymajcie kciuki!

 


 

 


 




Zapraszam Cię do sali bezbolesnych tortur

 


 

To historia dla zawodowych nieudaczników i rasowych szczęściarzy.

 


 

W pewnej pustynnej wiosce tak szczelnie zabitej dechami, że urzędnicy dawno odebrali jej status „szczerego zadupia”, mieszkał pasterz owiec z żoną. To znaczy pasł owce sam, nie z żoną.

Z żoną tylko żył, bardziej z przyzwyczajenia niż z własnej woli.

Tak gdzieś od jakichś pięćdziesięciu lat.

***

Pewnego dnia, który z wierzchu nie różnił się niczym od innych, pasterz wybrał się ze strzelbą w stronę skalistego wąwozu.

Kilkadziesiąt metrów od krawędzi, po jego dnie wiła się kamienista ścieżka. Od czasu do czasu przejeżdżała nią jakaś karawana.

Mężczyzna zauważył w pewnej chwili grupę bogato odzianych wysłanników króla, którzy konno wybrali się w te niegościnne tereny.

Pasterz, czemu trudno się dziwić, ucieszył się na widok ludzi. Z radości podniósł obie ręce do góry i potrząsnął strzelbą.

A ta… wypaliła bez pytania o zgodę.

Kula odbiła się rykoszetem od skał i trafiła jakiegoś wysokiego rangą urzędnika.

Prosto w jego wypchane przepisami serce.

***

Pasterz został błyskawicznie pojmany.

Na kolanach ubłagał, by zanim wykonają wyrok, zaprowadzili go do żony.

Prośba została spełniona.

Urzędnik, który miał uprawnienia do karania obywateli, powiedział, że „zgodnie z obowiązującym prawem”, potem dodał coś o „oku za oko” i tym podobne.

Żona zapytała, czy nie można tej kary dla męża zamienić na coś innego.

Urzędnik odparł, że owszem, ale ta druga kara jest niewspółmiernie wysoka w stosunku do popełnionego czynu i że na miejscu sprawcy wybrałby jednak śmierć.

I wtedy coś zaświtało w głowie kobiety.

Skojarzyła, że lata temu słyszała od przyjaciółki, że król wymyślił niezwykle okrutną, choć zupełnie bezbolesną karę. Ci, którzy opuszczali salę tortur, żyli potem przez kilka dni, po czym popełniali samobójstwo.

Żona w ostatniej chwili zatrzymała skrępowanego męża.

Poprosiła urzędników o zamianę.

Powiedziała, że chce wziąć tę straszliwą karę na siebie.

Zgodzili się.

***

Po paru godzinach dotarli do królewskiego pałacu. W podziemiach znajdował się przybytek kata.

Było to zaskakująco komfortowe miejsce.

Zamiast wody cieknącej po kamiennych murach lochu – w tle szemrała miła dla ucha muzyczka.

Zamiast łoża pokrytego plamami krwi – na skazańców czekały wygodne, designerskie fotele.

I zamiast sadystycznego wyrwiflaka z obłędem w oczach – przystojny, dobrze ubrany mężczyzna w typie sympatycznego pediatry z przedmieścia.

Kat podał kobiecie filiżankę herbaty i talerzyk ze świeżą szarlotką, po czym udał się na zaplecze.

Tam włączył monitor i wstukał z klawiatury imię i nazwisko męża.

Kilka sekund później na ekranie wyświetlił się film, którym skazaniec pierwotnie miał być torturowany.

***

Co było w filmie?

Kilkaset autentycznych scen z życia pasterza.

Wśród nich był na przykład dzień, w którym mężczyzna zrezygnował ze zdawania do przypałacowej szkoły.

Scenę tę kończyła niezwykle realistyczna symulacja tego, co by się stało, gdyby wówczas zdobył się na odwagę. Okazało się, że zaszedłby tak wysoko, że byłby jednym z najbogatszych mieszkańców królestwa.

W innej scenie można było zobaczyć, jak pasterz rezygnuje z podejścia do nieziemsko pięknej dziewczyny, która na miejskim placu upuściła niechcący jedwabną chusteczkę.

W tym przypadku, według stuprocentowo pewnych obliczeń, to pozornie drobne zdarzenie miało się zakończyć ich ślubem i hucznym weselem.

W jeszcze innym miejscu pojawiał się trędowaty człowiek, który chciał pasterzowi sprzedać swoje bezwartościowe, usiane żwirem pole, żeby zdobyć pieniądze na leczenie.

I tym razem pasterz odmówił, choć cena za parcelę była nieprzyzwoicie niska.

Parę lat później w tym miejscu odkryto złoża cennego metalu.

Takich scen, w których pasterz powodowany strachem, brakiem pewności siebie albo chorobliwą nieśmiałością traci okazję za okazją, było naprawdę sporo.

Kat doszedł jednak do wniosku, że nie może pokazać filmu mężnej kobiecie.

Była bowiem pierwszą osobą, która z własnej woli wybrała karę za kogoś innego.

Gołym okiem było widać, że jej miłość do męża musiała naprawdę być gigantyczna.

Dlatego poczęstował ją jeszcze drugim kawałkiem ciasta i… pożegnał.

Powiedział jej, że może wracać do domu.

***

Kiedy tylko przekroczyła próg swojej starej chaty, mąż rzucił jej się na szyję (fakt faktem, nie robił tego od niepamiętnych czasów).

Zaczął wypytywać żonę, czy ją bolało i czy bardzo ją skrzywdzili.

Nie chciał uwierzyć, że naprawdę jest cała i zdrowa. A historię o szarlotce uznał za objaw pomieszania zmysłów.

Domyślił się, że pewnie zrobili jego żonie jakieś wyjątkowo perfidne pranie mózgu.

***

A kobieta?

Cóż, musiała się od tej pory pogodzić, że mieszka pod jednym dachem z kompletnym, zawodowym wręcz nieudacznikiem.

Musiała, ale tego nie zrobiła.

Pchana kobiecą ciekawością, postanowiła coś sprawdzić.

Parę dni później wybrała się do wąwozu i zaczaiła się na urzędniczą karawanę.

Zastrzeliła woźnicę, a potem od razu poprosiła o zamianę kary śmierci na wizytę w sali bezbolesnych tortur.

***

Kat z miejsca ją rozpoznał.

Wyszedł na zaplecze, żeby przyjrzeć się filmowi z udziałem kobiety.

I również tym razem uznał, że nie może go pokazać skazanej.

Powód był jednak inny.

Kolejne sceny utwierdziłby ją w przekonaniu, że ma nieprawdopodobne szczęście. Że każda jej życiowa decyzja okazywała się strzałem w dziesiątkę. Nawet to, że wybrała na męża taką ofiarę losu.

Taki film nie mógł zatem w żadnym wypadku być dla niej karą.

Ale karą (i to dotkliwą) mogło być coś innego.

***

Kobieta nie chciała uwierzyć, że kat wyprasza ją z sali.

Zrozumiała to dopiero wtedy, kiedy czterech osiłków brutalnie wyrzuciło ją z pałacu.

Wróciła do domu.

Obsesyjne myślenie o tym, co było na filmie i dlaczego kat odstąpił od wykonania kary, doprowadziło ją do szaleństwa, z którego nie udało jej się wyzwolić do dnia dzisiejszego.

***

Jaki z tego morał?

1) Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.
Nie znaczy to, że im lepiej śpisz, tym mniej wiesz.

2) Dlaczego taki morał?
Patrz: punkt pierwszy.

 


 

 


 




Matura z polskiego: dostateczny

W tym roku obchodzę bardzo okrągłą rocznicę matury. Nieważne którą. Powiedzmy, że egzamin dojrzałości zdawałem pół życia temu.

W związku z tym naszło mnie kiedyś na wspominki.

Wziąłem do ręki świadectwo maturalne. Zobaczyłem zdjęcie, na którym byłem piękny i młody, a swoją bujną fryzurą mogłem wówczas bez problemu obdzielić wszystkich członków Polskiej Partii Łysych.

Rzuciłem okiem na listę ocen. I nagle – zonk. „Język polski: dostateczny”.
Tak było.

Obstawianie kulawego konia z padaczką

Ostatnią klasę liceum zaliczyłem w kiepskim stylu. Coś jak Robert Mateja w poniższym filmiku. Przy okazji – koniecznie posłuchajcie tekstu komentatora. Padniecie ze śmiechu:

https://www.youtube.com/watch?v=5NokheAtg5o

Oczywiście, można powiedzieć, że trójka trójce nierówna.

Że „dostateczny” w prestiżowym, elitarnym, najlepszym liceum w Polsce to zupełnie coś innego niż „dostateczny” w liceum w przysłowiowym Pierdziszewie Dolnym.

Można tak powiedzieć, ale nie w moim przypadku.

Liceum muzyczne, do którego chodziłem miało fajną cechę: przedmioty muzyczne stały na bardzo wysokim poziomie, a cała reszta traktowana była wyjątkowo lajtowo.

Na tyle lekko, by nawet najgorsza klasowa fajtłapa nie wyłożyła się na płotku z napisem „język polski” czy inna „fizyka”.

Prawda, że trójka z polskiego w takiej szkole smakuje wyjątkowo? 😉

Proszę pani, bo Albert znowu nie ma zadania

Wyobrażam sobie minę człowieka, który oblał Alberta Einsteina na egzaminie wstępnym na Politechnikę w Zurychu, kiedy parę lat później usłyszał w radio informację o zdobywcy Nagrody Nobla.

Wyobrażam sobie minę trenera Legii, który nie chciał w swoim klubie Roberta Lewandowskiego, kiedy parę lat później zobaczył tegoż piłkarza podpisującego astronomiczny kontrakt.

Pewnie myślicie, że zaraz powiem, że nauczyciele się na mnie nie poznali.
Nic z tych rzeczy. Poznali się. Byłem cienki i tyle.

Stawianie wtedy jakichkolwiek pieniędzy na to, że kiedykolwiek będę miał cokolwiek do czynienia z językiem polskim, nie mówiąc o zarabianiu na pisaniu – było równie mądre jak obstawianie zwycięstwa trójnożnego kulawego konia z padaczką na Wielkiej Pardubickiej.

Dzień dobry, przyszłem pana wkręcić

Dlatego nawet teraz, kiedy ktoś pisze w komentarzu słowa typu „wow, fajny tekst”, czuję się jak Ed Wood, któremu ktoś powiedział, że został nominowany do Oscara, albo Eddie Edwards, któremu ktoś dał potrzymać Kryształową Kulę.

Puenta, czyli zemsta najlepiej smakuje na zimno

W maju w moim liceum odbędzie się spotkanie pt. „20 lat po maturze”. Również w maju mają zapaść rozstrzygnięcia w konkursach, w których biorę udział:

  • w konkursie scenariuszowym Script Pro, który przy sprzyjających wiatrach otwiera drogę do samego Oscara
  • oraz w konkursie Piórko Biedronki, który nie otwiera niczego, ale na otarcie łez daje zwycięzcy sto tysięcy złotych.

Pewnie domyślacie się już, o czym chcę teraz napisać 😉

Niestety, nic z tego nie wyjdzie. Nauczyciele nie pamiętają uczniów przeciętnych. Zwłaszcza po dwudziestu latach. Trójkowicze nie są zbyt wyraziści. Jak widać, nawet bycie kiepskim jest sztuką.

Epilog

Fortuna kołem się toczy.

Dlatego podejrzewam, że mój płomienny romans z pisaniem skończy się tak:

– Panie Wojtas, potrzebujemy pańskiej zgody na operację.
– Jaką operację?
– Guz w pańskiej głowie rozrósł się i dramatycznie uciska ośrodek kreatywności oraz wzgórek błyskotliwości. To dzięki temu pisze pan tak, jak pan pisze.
– Super!
– Niestety, musimy go usunąć. W przeciwnym razie nie pożyje pan dłużej niż rok.
– Serio?
– Serio. Jaka jest pańska decyzja?

A jaka byłaby wasza odpowiedź? 😉

 


 




Opisy obrazów mistrzów malarstwa

Założenie: stworzenie poetyckich, wysmakowanych, pełnych emfazy opisów obrazów oraz nawiązanie w nich do tematyki bachicznej (dotyczącej wina). Opisy były tworzone absolutnie od zera. Są lekko przegięte 🙂

 


 

Przepis malarza na dobre wino: Weź zieleń liści, czerwień łodyg i złoto dojrzewających gron. Resztą zajmie się upływająco leniwie czas i delikatne pieszczoty promieni jesiennego słońca…

Marc Chagall (1887-1985)

Bachanalia
 


 

Bezwstydna orgia wzorów i kolorów. Obłędny szał niczym nieskrępowanej zabawy. Kontury przedmiotów zacierają się. W głowie pulsują najdziksze barwy. W żyłach zaczyna krążyć młode wino. Bachanalia. Ekstaza bez końca.

Miriam Brumer (współczesna malarka amerykańska)

Bacchanalia
 


 

Zmęczona ekstatyczną zabawą, Bachantka położyła się, by nabrać sił przed dalszym świętowaniem. Ciało jej omdlewa, choć wino jeszcze buzuje w żyłach. Zaraz, za chwilę zaśnie snem niewiniątka.

Ale zanim to nastąpi, chce przywołać jeszcze na moment nastrój zabawy, grając na czynelach. To już ostatnie podrygi. Żegnajcie. Do jutra…

Jean Simon Berthelemy (1743-1811)
Leżąca Bachantka grająca na czynelach

 


 

Najsubtelniejsze smaku odcienie,
bogactwo czterech pór roku,
feerię kolorów leśnych ostępów,
wytchnienie, niczym po zmroku…

To wszystko znajdziesz w jednym tylko łyku wina.

Francisco Barrera (1595-1658)
Primavera (1638 r.)

 


 

Splątana masa powyginanych ciał rozedrganych w ekstatycznej zabawie. Splątane pędy bujno rosnącej winorośli, prężących się w poszukiwaniu radości, jaką sprawiają jej promienie słońca.

Kto tu naśladuje kogo? Czy natura – kulturę, czy może kultura – naturę? Czy podobieństwo postaci z obrazu do rosnącego krzewu winorośli jest przypadkowe?

Pablo Picasso (1881-1973)

Bachanalia
 


 

Czy jest coś, co może zakłócić przebieg wystawnej, królewskiej uczty? Zanurzeni w wir uciech, nie myślimy o przyszłości. Liczy się tylko tu i teraz.

Mane, tekel, fares…

Każda zabawa ma swój kres. Już wkrótce gospodarz przyjęcia zniknie ze świata żywych, a jego królestwo – pokryje kurz historii…

Rembrandt Harmenszoon van Rijn (1606-1669)
Biesiada Baltazara (ok. 1635 r.)

 


 

Uczta na Titanicu. Choć powstanie tego malowidła i zwodowanie Titanica dzieli 2000 lat, łączy ich jedno – katastrofa, która wydarzy się niebawem. Artysta tworzący fresk pompejański nie przeczuwał, że wkrótce cały jego świat zostanie żywcem pogrzebany.

Ale na razie – życie toczy się utartymi koleinami.
Bawmy się, bo nie znamy dnia, ani godziny.

Za dzień za rok, za chwilę, razem nie będzie nas…

 

Uczta rodzinna

[malarstwo pompejańskie, II w p.n.e – 79 r. n.e.]
 


 

Uczta weselna w Kanie Galilejskiej. Skąd bierze się ten blask, rozświetlający twarze zebranych przy stole? Czy to tylko symbol boskości najważniejszego z przybyłych gości? Czy jest to może światło oznaczające radość ludzi, którzy świętują doniosłe wydarzenie? Wydaje się, że jedno i drugie. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Przecież czysta radość to prawdziwie boskie uczucie…

Jan Vermeyen (1559-1606)
Uczta weselna w kanie Galilejskiej
 


 

Arkadia. To nie tylko kraina mlekiem i miodem płynąca. Miejsce, w którym panuje niebiańska harmonia, a beztroska chadza pod rękę z sielanką. Arkadia to również stan ducha. Jak go osiągnąć? Spytajcie miłośników szlachetnych trunków spod znaku Bachusa.

Konstantin Makowski (1839-1915)

Arkadyjskie szczęście
 


 

Bycie Bachusem nie zajęciem lekkim i przyjemnym (jak się powszechnie uważa). Liczba gatunków win, z którymi trzeba się zapoznać jest oszałamiająca i rośnie w postępie geometrycznym. Na szczęście młody Bachus z obrazu Guido Reniego postanowił podejść do sprawy metodycznie. Przez jego ciało wino przepływa w sposób ciągły. Codziennie. Od stuleci…

 

Guido Reni (1575-1642)

Pijący Bachus (ok. 1623 r.)
 


 

Dobre wino, dawkowane w rozsądnych ilościach jest tym dla ciała, czym muzyka – dla duszy. Prawdziwym ukojeniem. Lekiem na zszargane nerwy. Balsamem na bolączki dnia codziennego. Odskocznią od szarej rzeczywistości.

 

Leszek Sokół (ur. 1955)

Biesiada (2010 r.)
 


 

Zamiłowanie Rosjan do złota nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ociekające złotem stroje weselnych gości. Zastawa stołowa wykonana z drogocennego kruszcu. Nawet kielichy biesiadników pełne są złocistego napoju.

 

Konstantin Makowski (1839-1915)

Uczta weselna w rodzinie bojara w XVII w.
 


 

Czasami uczta staje się śmiertelną pułapką. Amnon zgwałcił siostrę swego przyrodniego brata – Absaloma. Ten wyprawił ucztę, na którą zaprosił Amnona. Gdy wydawało się, że wszystko dobrze się skończy, słudzy Absaloma wymierzyli sprawiedliwość niegodziwemu bratu.

 

Mattia Preti (1613-1699)

Uczta Absaloma (1656 r.)
 


 

Jaki jest przepis na udane przyjęcie?

Wyśmienite jedzenie?
Napoje w dużych ilościach?
Drogocenna zastawa?

Nie.

Wystarczy zebrać grono przyjaciół.

Nawiasem mówiąc, słowo grono nie tu jest przypadkowe…

 

Scott Gustafson (współczesny grafik amerykański)
The Company Makes the Feast

 


 

Wino rozwesela dusze ludzi żyjących pod każdą szerokością geograficzną.
Niezależnie od ich wieku, pozycji społecznej czy posiadanego majątku.

Jest jednocześnie elitarne i pospolite.

Elitarne, ponieważ jedynie nieliczni są w stanie docenić wachlarz doznań, jakie ono oferuje.
Pospolite, bo wartości, których jest ono nośnikiem, trafiają do każdego.

 

Dusart Cornelis (1660-1704)

Uczta chłopska w karczmie (1684 r.)

 
 


 

Jak przedstawić barwne i burzliwe życie genialnego artysty?

Najlepiej w ten sam sposób: barwnie i niepokojąco.

Niech kolory pulsują żywym rytmem,
a kontury będą rozedrgane, jak emocje,
które pobudzały artystę do nieustannego działania.

Zygmunt Waliszewski (1897-1936)
Uczta u Benvenuta Celliniego (1933 r.)

 


 

Niko Pirosmani (1862-1918)
Uczta pięciu książąt (1906 r.)

 


 

Frank Brangwyn (1867-1956)
Wine (1909 r.)

 


 

Uczta, podczas której wszystkie ręce wyciągają się

po zupełnie bezbronny owoc winnego krzewu.

Na razie, czynią to jeszcze nieśmiało,

ale już za moment rzucą się łapczywie,

by nasycić się tą jedyną w swoim rodzaju słodyczą…

Timur D’vatz (ur. 1968)
Uczta / Feast

 


 

Nie musisz mieć przy sobie całej armii, by czuć się dowódcą.

Wystarczy, że usługuje ci adiutant.

 

Nie musisz siedzieć przy suto zastawionym stole,
by poczuć się, jak na uczcie.

 

Wystarczy butelka dobrego wina.

Alphonse Neuville (1835-1885)
The Commander’s Feast (1875 r.)

 


 

Martwa natura.

Ale czy na pewno martwa i bezużyteczna?

Wino – pozornie zwykły owoc fermentacji soku z winogron,
ma w sobie potencjał wyzwalania radości w każdym, który je pije.

Wystarczy wziąć kielich do ręki i zwilżyć nieco wargi,

by poczuć przepływającą przez całe ciało zapowiedź czekających cię rozkoszy…

 

Osias Beert (1580-1624)
Martwa natura z wiśniami i poziomkami (1608 r.)

 


 

Gość w dom, Bóg w dom.

To dlatego obyczaj nakazuje gościć każdego przybysza po królewsku.

Najlepszym jadłem i napojem.

Najlepiej zaś – winem.

Napojem bogów.

Oscar Freiwirth – Lutzow (1862-1925)
Drogi gość z daleka (1888 r.)

 


 

I stały się grona* narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

Ventzislav Piriankov (ur. 1971)

Uczta (część cyklu Carpe Diem)


*) parafraza wiersza Bolesława Leśmiana W malinowym chruśniaku

 


 

Wino to uczta dla oka.

 

Już samo patrzenie na nie, wywołuje przyjemny dreszcz oczekiwania.

Począwszy od kształtu butelki, dzbana czy kielicha, w którym się ono znajduje,
aż po kolor samego trunku – zapowiedź czegoś niezwykłego…

 

Harvey Dunn (1884-1952)
Viking Feast

 


 

Wielki błękit

To nie tylko tytuł filmu Luca Bessone’a.

To stan, który z każdym kolejnym łykiem wina,

odczuwasz coraz to bardziej i bardziej.

To uczta, w czasie której zaczynasz rozumieć,

dlaczego słowa bosko i niebiańsko oznaczają prawie to samo…

 

Aleksandra Buha (współczesna malarka pochodząca z Bośni i Hercegowiny)
Błękitna uczta

 


 

W świąteczny, zimowy wieczór wszyscy garną się do stołu.

Chcą ogrzać się, najeść, ale przede wszystkim weselić się.

A cóż jest lepszego na codzienne zgryzoty od lampki wybornego wina?

Jan Steen (1626-1679)
Noc Święta Trzech Króli (1662 r.)

 


 

Przykład idzie z góry.

/choć niektórzy twierdzą, że ryba zawsze psuje się od głowy/

Skoro jednak sam król daje znak, by rozpocząć świętowanie,
to odmówić mu – byłoby nietaktem.

Zatem, niech gra muzyka,

a my jedzmy, pijmy, używajmy!

 

Jacob Jordaens (1593-1678)
Król pije (ok. 1640 r.)

 


 

Wino to napój dla ludzi z wyobraźnią.

Dla tych, którzy potrafią dostrzec, że księżyc jest w potrzebie.

I zaprosić go do wspólnej biesiady.

W końcu, taki gość nie zdarza się co dzień…

 

Benjamin Canas (1933-1987)
Bacanal (1982 r.)

 


 

Wino rozpala zmysły.

Rozbudza namiętności.
Wyzwala żądze.
Pozbawia hamulców.

 

Dodajmy, wino pite w nadmiarze…

 

Auguste Leveque (1866-1921)
Bacchanalia

 


 

Wino otula pijących je delikatnym płaszczem rozkoszy.

Szepce każdemu biesiadnikowi do ucha:

 

Odpręż się mój miły, zapomnij o wszystkim, co ci doskwiera.
Każ swoim troskom przyjść jutro.
Albo najlepiej – pojutrze.

 

Kazimierz Sichulski (1879-1942)
Bachanalie (1924 r.)

 


 

O czym marzą faceci?

Spytajcie ich sami.

Rodzina, dom, praca, kariera…

Bzdura. (Chociaż, o tym też czasem myślą).

Jeśli chcecie wiedzieć o czym naprawdę marzą mężczyźni
– spójrzcie na obraz Bouguereau.

William Bouguereau (1825-1905)
Nymphes et Satyre

 


 

Uczta wchodzi w decydującą fazę.

Żołądki napełnione.
Wino zrobiło już swoje.
Za chwilę grawitacja da znać o sobie.

Niebawem wielu biesiadników padnie zmorzonych snem…

 

Aleksander Orłowski (1777-1832)
Uczta u Radziwiłów

 


 

Odpowiedz mi przyjacielu*,
ciekawi mnie niesłychanie,
skąd te śniadanie na trawie,
takie zamiłowanie?
Mrówka się pcha do kanapki,
źdźbło trawy w szczypiorek plącze.
Nie szkodzi,
patrz, co Francois zbiera na łące.

 

Édouard Manet (1832-1883)
Śniadanie na trawie (1862-1863)


*) słowa piosenki Marka Grechuty pt. Śniadanie na trawie

 


 

Cierpisz na syndrom dnia następnego?
Czujesz się jak słoń w składzie porcelany?
Tłumaczysz się wszystkim dookoła, że człowiek nie wielbłąd – pić musi?

Nie przejmuj się.

To nie Twoja wina, że wino było tak dobre,

że wprost nie mogłeś się powstrzymać,

by nie skosztować jeszcze jednej butelki.
A potem jeszcze jednej, i kolejnej…

 

Giulio Romano (1499-1546)

Bacchanalia (1525-1535)

 


 

Co mówią dorośli?

 

Dzieci, idźcie się pobawić.
Dorośli muszą omówić ważne sprawy…

 

Jak rozumieją to dzieci?

 

Dzieciaki, nie przeszkadzajcie nam, bo chcemy
zaszaleć, upić się i sponiewierać się na całego…

 

Nicolas Poussin (1594-1665)
Bachanalie przed statuą Pana (1631-1633)

 


 

Leżę sobie, leżę i… nic.

Zero reakcji.

 

Dlaczego żaden z mężczyzn nie zwraca uwagi na nagą kobietę?
Czy to możliwe, by wino było bardziej pociągające,
od widoku młodego dziewczęcia o zmysłowych kształtach?

 

Tycjan (1485-1576)
Bachanalie (Mieszkańcy Andros) (1518-1519)

 


 

Jedyna taka uczta w dziejach ludzkości, podczas której przybyły gość przyćmił swoją obecnością wszystkich zebranych, a gospodarza – usunął w cień.

Paolo Veronese (1528-1588)
Uczta w Kanie Galilejskiej (1562-1563)

 


 

Nigdy nie wiadomo czy biesiada, w której uczestniczymy, nie będzie naszą ostatnią ucztą w życiu.

Przed wiekami, na własnej skórze przekonał się o tym Baltazar – król Babilonu.

 

Antoni Cygan (ur. 1964)

Uczta Baltazara

 


 

– I gdzie ty się tyle czasu podziewałeś? Cały wieczór czekałam na ciebie.

– Kochanie, nie uwierzysz kogo dziś spotkałem. Otóż, wyobraź sobie, że…

Powiedzmy sobie szczerze: każda okazja jest dobra,

by wychylić lampkę wina z przyjaciółmi.

 

Diego Velázquez (1599-1660)
Triumf Bachusa (1628 r.)

 


 

Uczta ze zbrodnią w tle.

Radość świętowania, która zostaje zniweczona w jednej chwili

przez makabryczną zachciankę jednego z biesiadników.

W jednej chwili potrawy tracą smak, muzyka przestaje cieszyć,

a wino staje się jedynym sposobem na zagłuszenie wyrzutów sumienia…

 

Krąg Mistrza tryptyku z Dębna
Uczta u Heroda (ok. 1490-1500)

 


 

Umiar.

 

Wino podtrzymuje na duchu.
Jest jak przyjaciel, na którym możesz się wesprzeć w chwilach próby.
Wiesz, że krytycznym momencie będzie ci podporą.

 

Nadmiar.

 

Wino pite w nadmiarze jest jak natręt, który się naprzykrza.
Jak człowiek, który bawi się cudzym kosztem.
Nie spocznie, póki nie przejmie kontroli nad tobą.

 

Albrecht Dürer (1471-1528)
Bachanalie z Sylenem

 


 

Śląsk.

Miejsce, w którym zwyczaj biesiadowania jest wysysany z mlekiem matki.

Gdzie ucztowanie w gronie rodzinnym to coś więcej, niż tylko wielowiekowa tradycja.
Gdzie słowa serdecznie witomy nie są jedynie pustym frazesem.

 

Paweł Wróbel (1913-1984)

Biesiada weselna (1981 r.)

 


 

Czasami to, co ważne, bywa spychane na drugi plan.

Jest zagłuszane przez rzeczy zupełnie nieistotne.

Nawet Ostatnia Wieczerza staje się zwykłą ucztą,
zapełnioną przypadkowymi biesiadnikami.

 

Paolo Veronese (1528-1588)
Uczta w domu Lewiego (1573 r.)

 


 

Przesyt.

 

Sytuacja, w której widok suto zastawionego stołu przyprawia cię o mdłości.

Takie jest już prawo natury: wszystko jest dobre, byle zachować umiar.

 

Nawet w ucztowaniu warto kierować się złotym środkiem.

Nadmiar w każdej dziedzinie – szkodzi.

 

 

Zygmunt Waliszewski (1897-1936)

Uczta I (1933 r.)

 


 

Wino wydobywa z człowieka całą prawdę.

Wyciąga na światło dzienne najskrytsze pragnienia.

Lubieżni starcy nawet nie kryją swoich zamiarów.
Ich myśli i spojrzenia skierowane są w jedną stronę.

 

Bacchanalia
Autor nieznany

 


 

Pij śmiało, przyjacielu!

Nie krępuj się.
Powiedz, co ci leży na wątrobie.
Zrzuć z siebie wreszcie ten ciężar.

 

Ale pamiętaj, że wszystko co mówisz, może zostać użyte kiedyś przeciwko tobie.

 

Krzysztof Lubowiecki (ur. 1949)
Biesiada

 


 

Nie każdy potrafi dostrzec cud.

A nawet jeśli komuś udaje się taka sztuka – często skupia się tylko na tym, co powierzchowne.

Nie próbuje doszukiwać się głębszych znaczeń.

Więcej wina na weselu? Wspaniale!
[mniejsza o jego pochodzenie]

 

Błogosławieni ci, którzy potrafią odczytywać znaki…

 

 

Jacopo Tintoretto (1518-1594)
Wesele w Kanie (1561 r.)

 


 

Picie wina to jedna z niewielu przyjemności, jakich można zaznać na tym łez padole.

Jednak ziemskie rozkosze mają to do siebie, że prędzej czy później – kończą się.

Od tego jak z nich korzystaliśmy, zależą nasze dalsze losy.

Wieczne szczęście albo męczarnie bez końca…

 

Hieronim Bosch (1450-1516)
Ogród rozkoszy ziemskich (1480-1490)

 


 

Dojrzałe grona są ucztą dla zmysłów.

Intesnywny kolor cieszy oczy,

zmysłowy zapach podnieca nozdrza,

a słodki smak raduje podniebienie.

 

Wydaje się, że nieprzypadkowo
kobieta na obrazie Picassa przypomina barwą
owoce jednego z gatunków winorośli…

 

Pablo Picasso (1881-1973)
Śniadanie na trawie (1961 r.)

 


 

Piciu wina towarzyszy cały ceremoniał.

Picie wina to rytuał, którego tajników uczy się przez wiele lat.
To wzorce, które przekazywane są kolejnym pokoleniom.

To dziedzictwo naszej kultury.

 

Jan Steen (1626-1679)
Jak starzy śpiewają, tak młodzi zagrają (ok. 1665 r.)

 


 

Na razie wszystko przebiega zgodnie z planem.

Weselnicy się weselą, biesiadnicy biesiadują, a pijacy upijają.

 

Nikt z obecnych nie spodziewa się, że zaraz będzie świadkiem czegoś,
o czym będzie się mówiło przez najbliższe dwa tysiące lat…

 

Jan Steen (1626-1679)
Uczta weselna w Kanie Galilejskiej (1676 ?)

 


 

Pozowanie malarzowi do obrazu nie jest prostym zajęciem.

Co więcej, niekiedy bywa nawet torturą.

Stać kilka godzin trzymając w ręku kieliszek wina,
którego nie można wziąć do ust – to doprawdy nieludzkie.

 

Niko Pirosmani (1862-1918)
Uczta rodzinna (1907 r.)

 


 

Gruzja.

Ojczyzna wina.
Kraina ucztowania.
Mekka poszukiwaczy nowych, nieznanych smaków.
Miejsce, w którym toasty wygłaszane przy stole,
podniesiono do rangi sztuki.

 

 

Zurab Janiaszwili (ur. 1988)
Uczta gruzińska (2011 r.)

 


 

Ostatnia Wieczerza.

 

Przeistoczenie.
Wino przemienia się w krew samego Boga.
Wszelkie słowa tracą moc w obliczu Tajemnicy.

 

 

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)
Ostatnia Wieczerza (1547 r.)

 


 

Przygotowania do spektaklu czas zacząć.

Za chwilę premiera królewskiej uczty.

Wino już czeka.
Czas na głównych aktorów dramatu.

Niestety, jelenie nie kwapią się do odgrywania roli dziczyzny.

 

 

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)
Polowanie na jelenie (1540 r.)

 


 

– Wiesz synku, był taki czas, gdy świat tętnił doskonałością.

– I co się stało?

– Wszystko zniknęło bezpowrotnie. Poza winem. Ono pozostało, by przypominać nam o raju, który utraciliśmy…

 

 

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)
Złoty wiek (1530 r.)

 


 

Nieumiarkowanie.

 

Rozum ostrzega: wystarczy już wina na dziś.

Ale serce jest wciąż niezaspokojone.

Domaga się coraz to więcej i więcej.

Bez względu na wszystko.

Chce napełnić się do granic możliwości.

Nie spocznie,

póki nie opróżni ostatniego kielicha.

 

 

Peter Paul Rubens (1577-1640)
Bachus (ok. 1640 r.)

 


 

Jeśli zdobywać wiedzę, to tylko u mistrzów w swojej dziedzinie.

Nauka picia wina. Wykłady oraz ćwiczenia praktyczne.

Prowadzący: Bachus – doktor winiarstwa.

 

 

Bartolomeo Manfredi (1580-1622)
Bachus i pijak (ok. 1610 r.)

 


 

Wino jest zagadką.

Nie rozwikłasz jej, póki nie otworzysz butelki.

 

Czy to Święty Jan Chrzciciel Leonarda da Vinci?
Czy może Bachus namalowany przez uczniów genialnego artysty

A może jedno i drugie?

 

Obraz szkoły Leonarda da Vinci
Bachus (1510-1515)

 


 

Autoportret genialnego artysty.
Życie Caravaggia było niczym żywot Bachusa.

Tak jak on – kochał dzikość natury i zmysłowe przyjemności.

Czasami jednak nawet boskich malarzy dopadała choroba…

 

 

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610)
Chory Bachus, autoportret (1593-1594)

 


 

Posiłek jako tło dla niecodziennej transakcji handlowej.
Kielich wina pełniący rolę aukcyjnego młotka.

Wszystko można kupić.
Wszystko jest na sprzedaż. Nawet miłość.
To tylko kwestia ceny.

 

 

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)
Miłość z rozsądku (1532 r.)

 


 

Jest gdzieś kraina, w której bije Źródło Młodości.

Jest takie miejsce, w którym tryska źródło radości.

 

I o ile tego pierwszego nikt nigdy nie widział,
o tyle to drugie – można znaleźć na każdej uczcie,
na której wino leje się strumieniami.

 

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)

Źródło wiecznej młodości (1546 r.)

 


 

Dzieci mają zabawę we krwi.

Ich świat jest prosty, a intencje – czyste.

Niestety, z czasem zatracamy tę umiejętność.
Ulatuje z nas spontaniczność.

Może tylko czasem wino sprawia, że sercem wracamy do kraju lat dziecinnych.
Do czasów niczym nie skrępowanej radości.

 

Nicolas Poussin (1594-1665)
Bacchanale d’enfants (1626 r.)

 


 

Wino odpręża.
Zsyła błogi sen.

Pozwala zapomnieć o problemach.
Zaraz zaraz…

Od kiedy to bogowie mają problemy?

 

Giovanni Bellini (1430-1516)
Uczta bogów (1514 r.)

 


 

Kleopatra słynęła z wyrafinowania.
Była ambasadorką luksusu i dobrego smaku.
Jeśli kąpiele, to tylko w oślim mleku.
A wino – wyłącznie najszlachetniejsze gatunki
znane w starożytnym świecie.

 

Giovanni Battista Tiepolo (1696-1770)
Bankiet u Kleopatry (1743-1744)

 


 

Abraham miał wiele powodów do świętowania.

W końcu, nie raz odczuł na własnej skórze,
że jest Ktoś, komu zależy na nim.

Wszystko co osiągnął, było nagrodą za to,
że w pewnym momencie swojego życia,
zdecydował się zaufać samemu Bogu.

 

Tomasz Dolabella (1570-1650)
Abraham na uczcie (1614-1620)

 


 

Dla kobiet żyjących w zamierzchłych czasach starożytności,
bachanalia były jedną z niewielu okazji,
by wyjść z domu i rzucić się w wir niczym nieskrępowanej zabawy.
Ulicami wówczas płynęła prawdziwa rzeka ludzi tańczących w dionizyjskim pochodzie,
a wino przez wiele dni lało się strumieniami…

 

Henryk Siemiradzki (1843-1902)
Bachanalie (1890 r.)

 


 

Wino służy wiernie każdemu.
Dobremu i złemu.
Świętemu i łajdakowi.

Uświetnia podniosłe uroczystości
i uszlachetnia niecne występki.

 

Huang Yin (ur. 1972)
Nocna biesiada (ok. 2003 r.)


 

 


 




O człowieku, który miał 7 sekund na zakochanie się

 


 

Każdy ma swoje zboczenie zawodowe. Moje objawia się tym, że praktycznie wszędzie widzę historie, które aż się proszą, żeby się nimi (filmowo / literacko) zająć.

Tak właśnie było na przykład wczoraj, kiedy oglądałem dokument o mężczyźnie, który zachorował na opryszczkę. Choroba generalnie raczej mało efektowna – jednak w tym przypadku stało się inaczej. Wirus dostał się do mózgu pacjenta i poczynił tam niewyobrażalne spustoszenia.

 


 

7 sekund na miłość

Mężczyzna zapadł na wyjątkowo ciężką postać amnezji. Jego pamięć potrafiła zapisywać informacje tylko na około jedną … sekundę.

Oznaczało to, że każde mrugnięcie powiekami niejako „resetowało” wszystko do zera. Zamykając na moment oczy, usuwał z głowy wszystkie wspomnienia. Dopiero z czasem, po wielu latach udało się wydłużyć okres utrzymywania informacji aż siedmiokrotnie. Czyli do całych siedmiu sekund.

Co najmniej przez cały okres jego choroby (20 lat) – żona była (i jak można było zobaczyć w filmie – nadal jest) dla niego wsparciem. Mówiła, że cały czas go kocha. Co więcej, że nieustannie czuje miłość swojego męża.

Nie wiem, jak wygląda to w praktyce, ale można wyobrazić sobie, że w ciągu każdych siedmiu sekund człowiek ten musi nie tylko rozpoznać żonę, nie tylko uświadomić sobie, że jest jej mężem, ale przede wszystkim – od nowa zakochać się niej.

Niezwykłe? I to jak…

 


 

Muzyka, która nie chce wylecieć z głowy

7-sekundowa pamięć to nie wszystko. Okazało się, że w mózgu mężczyzny pozostały wspomnienia nietknięte przez chorobę. Dotyczą one muzyki, a konkretnie nabytej w przeszłości umiejętności gry na fortepianie.

Krótkie chwile, gdy zasiada do klawiatury i gra Bacha, sprawiają, że na moment życie mężczyzny wraca do normy. Jednak z ostatnim uderzeniem klawisza ta wyprawa do świata sprzed choroby – nieuchronnie się kończy. Jednym słowem, fortepian pełni tutaj rolę aparatury podtrzymującej go przy życiu.

 


 

Kto chciałby się z nim zamienić?

O tym, że ta historia to doskonały materiał na film albo książkę – nie muszę pisać, bo to oczywiste. Zastanawiam się jednak nad czymś innym. Czy taka postać amnezji (brak pamięci krótkotrwałej) może mieć jakieś zalety? Czy można znaleźć korzyści z pamięci, która „kasuje się”, powiedzmy – co rano?

 


 

 


 

Prowadzenie bloga firmowego | Pisanie artykułów blogowych




Popularne powiedzenie, które niechcący frustruje większość Polaków

 


 

Jest takie zdanie, które powtarzają jak mantrę wszyscy specjaliści od lepszego życia.

 


 

Zdanie

Zdanie to brzmi: „rób to, co kochasz”.

Samo w sobie jest zupełnie w porządku. Pozornie trudno mu cokolwiek zarzucić. Zmusza przecież do poszukiwania swojej pasji, wzięcia spraw w swoje ręce i tak dalej. Nie bez przyczyny osoby, które mogą robić to, co kochają, są powszechnie uważane za szczęściarzy.

 


 

Problem

Niestety, zdanie to uderza rykoszetem we wszystkich tych, którzy nie mają żadnej albo prawie żadnej satysfakcji z obecnej pracy.

W tych, którzy utknęli na różnych stanowiskach, bo na przykład w ich okolicy nie było lepszego wyboru. Albo nie mieli szczęścia, odwagi, talentu, zdrowia, sprytu czy wpływowych znajomych, by zdobyć lepsze zajęcie.

I naprawdę szlag ich trafia, kiedy dookoła słyszą „rób to, co kochasz”. Kiedy chcieliby zmienić swoje położenie, ale nie mogą. Zwyczajnie nie mogą. Bo rada „możesz wszystko, jeśli tylko chcesz” jest równie mało życiowa jak „zmień pracę i weź kredyt”.

 


 

Pytanie

Prawda jest taka, że zdecydowana większość ludzi nie lubi swojej pracy. Robią to, co robią, bo muszą z czegoś żyć. Nie ma w tym nic romantycznego. Żadnej pasji, magii i innych farfocli.

Dlaczego więc nikt nie zwraca uwagi na odwrotność zdania, o którym mówię? Dlaczego wszyscy lansują „rób to, co kochasz”, a nikt nie mówi „kochaj to, co robisz”?

 


 

Rozwiązanie?

Kochaj to, co (aktualnie) robisz. Pokochaj to choć trochę, a twoja praca będzie mniej uciążliwa. Stanie się bardziej znośna. A ty będziesz bardziej szczęśliwy. O milimetr, ale zawsze.

 


 

Nowe pytanie

W teorii wszystko wygląda dobrze. Jak jednak osiągnąć taki stan?

Jak pokochać pracę, której z całego serca nienawidzimy?

[na marginesie: wydaje mi się, że pomoc w odnajdywaniu jasnych stron nielubianej pracy można by było przekuć w jakiś biznes 🙂

 


 

A jak to jest u Was?

Kochacie to, co robicie?

Czy robicie to, co kochacie?

 


 

 


 




10 pomysłów na zrobienie czegoś ze swoim blogiem

 


 

Jak odświeżyć formułę bloga?

Jak zmienić bloga w „coś więcej niż blog”?

 


 

1) Blog codzienny

Bardzo wielu blogerów uskarża się na brak weny, zapału, napędu do pisania. Myślę, że problemem jest tutaj konieczność wzięcia się za bary z paroma tysiącami znaków. To normalne.

Sam trzaskam scenariusze spotów radiowych zupełnie bez wysiłku. Natomiast na myśl o pisaniu scenariusza 90-minutowego filmu zaczynam gwałtownie szukać wymówek.

Rozwiązaniem może być blog codzienny, w którym każdy wpis liczy zaledwie kilka zdań. Tylko tyle, bo nie chodzi o zamęczanie ludzi historiami, które nawet nas nudzą, tylko o wyciśnięcia z każdego dnia kilkudziesięciu słów esencji.

 


 

2) Zmiana szablonu

Zmiana szablonu to coś więcej niż nowy wygląd bloga.

Struktura szablonu może wpływać na treść bloga, przynajmniej w teorii. Wyobraźcie sobie np. szablon, w którym niemożliwe jest umieszczanie zdjęć. Albo taki, w którym można wstawiać tylko 500 znaków tekstu, a resztę mogą stanowić wyłącznie multimedia.

Zmiana szablonu bloga przypomina remont mieszkania. Niby metraż się nie zmienia, ale życie staje się jakby nieco przyjemniejsze.

 


 

3) Cykl cotygodniowy / comiesięczny

Czy można oprzeć bloga wyłącznie na różnego rodzaju cyklach?

Wydaje się, że takie podejście rozwiązuje problem braku weny. Wadą może jednak stać się stosunkowo szybkie znużenie czytelników tą formą. Chociaż jeśli cykl będzie naprawdę spektakularny…

 


 

4) Coś spektakularnego (szalonego)

Wywiady z ludźmi, do których trudno dotrzeć. Podróże do miejsc, które są ciekawsze, niż się to w pierwszej chwili wydaje. Rzucenie kulinarnego wyzwania telewizyjnemu celebrycie.

To wszystko wymaga wysiłku, ale nagrodą jest wybicie się znacznie ponad przeciętność.

Jeżeli robić swoim blogowaniem coś spektakularnego, to kiedy, jeśli nie teraz?

 


 

5) Adaptacja

A gdyby tak wykorzystać istniejącą treść i po małej adaptacji stworzyć z każdego wpisu:

  • odcinek filmiku na YouTube
  • odcinek podcastu
  • rozdział e-booka
  • komiks
  • infografikę
  • lajwa
  • pozycję w e-sklepie

 


 

6) Dorobienie firmy do bloga

Przeważnie jest tak, że ktoś w firmie podejmuje decyzję o otwarciu bloga firmowego.

Dlaczego nie odwrócić tego procesu i do istniejącego bloga nie „dorobić” własnej firmy? Oczywiście związanej z tematyką bloga lub jego części.

 


 

7) Przejście z bloga na FB (tylko)

Facebook zawłaszcza kolejne obszary internetowej aktywności ludzi.

Podejrzewam, że w przyszłości FB oraz internet będą synonimami. Nic dziwnego, że pojawiają się blogerzy, którzy rezygnują z bloga i postanawiają funkcjonować wyłącznie w tym medium.

 


 

8) Zamknięcie bloga i otwarcie nowego

Czasami taki radykalny krok może okazać się zaskakująco ożywczy. Zamiast latami męczyć się ze swoim starym (blogiem), można wydać kilka złotych, zmienić adres i zacząć nowe blogerskie życie.

 


 

9) Wypisanie się z blogosfery

Miałem takie myśli podczas krótkiego świątecznego detoksu (dlatego był taki krótki).

Kilkadziesiąt godzin bez internetu pozwoliło mi jednak na nowo odkryć piękno realnego świata. Koniecznie muszę to powtórzyć.

 


 

10) Znalezienie ponadczasowej misji bloga

Przekształcenie bloga w narzędzie do zmieniania świata (życia czytelników) na lepsze. Bez konieczności monetyzowania strony, bez gonienia za sponsorami.

Nie ukrywam, że taka wizja zaczyna pociągać mnie coraz bardziej…

 


 

 


 




Chopin 2015 – nagrodzony scenariusz spektaklu muzycznego

 


 

Scenariusz i oprawa muzyczna do spektaklu o życiu i twórczości Fryderyka Chopina zostały nagrodzone w konkursie zorganizowanym przez Urząd Marszałkowski Województwa Kujawsko-Pomorskiego. Scenariusz powstał w iście ekspresowym tempie (4 dni). 🙂

 


 

Jest rok 1831. Czasy powstania listopadowego. Chopin jedzie z Francji do Polski. Wraca do kraju, ponieważ chce walczyć za ojczyznę.

Dyliżans, do którego wsiada, okazuje się jednak wehikułem czasu. Chopin przenosi się do Warszawy roku 2015. Zjawia się tam 23 grudnia, w samo południe.

Od tajemniczego woźnicy dowiaduje się, że ma zaledwie 12 godzin czasu. Przed północą musi wrócić do powozu.

Jeśli nie – zostanie w XXI już na zawsze…

Poniżej – fragment muzyki użytej w spektaklu:

 


 

Chcesz kupić ten scenariusz? A może szukasz tekstu intrygującej sztuki teatralnej? Napisz do mnie:

     


     




    8 twarzy Garbusa. Film drogi

     


     

    Jedno genialne zdjęcie. Kilka piosenek w tle.
    I pewien niezwykły samochód.

    Tyle potrzeba, by stworzyć swego rodzaju film drogi. Wziąłem na warsztat fotografię, której autorem jest George Tice. Zobaczcie, jak fantastycznie zmienia się nastrój tego samego zdjęcia, jeśli za każdym razem zilustrujemy je innym tekstem i inną muzyką

    vw1

     


     

    Scena 1

    Mój film zaczyna się bajkowo. Wystarczy lekko zmrużyć oczy, by zamiast Garbusa jadącego drogą zobaczyć… źdźbło trawy, po którym sunie mały żuczek. Dlatego też, jak ulał pasują tutaj słowa piosenki „Pszczółka Maja”.

    Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie
    Świat, w którym baśń ta dzieje się…

    vw

    Fot. 1 – Maleńki żuczek mieszka w nim,
    co wieść chce wśród pojazdów prym.

     


     

    Scena 2

    Kolejna scena z jadącym samochodem pokazuje, że rzeczywistość nie jest jednak tak kolorowa. Ta cisza i gęsty mrok są co najmniej przerażające:

    Tu cichosza tam cicho
    i w ogóle nic ni ma
    wiosna to czy lato
    jesień albo zima

    vw

    Fot. 2 – Jak widać, nie ma Mickiewicza, nie ma Miłosza
    ani paru innych mistrzów kierownicy.

     


     

    Scena 3

    Nasz bohater nadal przemierza pustkowie. Wystarczą jednak dwa proste słowa: „powrót taty”  i od razu czujemy się jak małe dzieci, które z nosami przyklejonymi do szyby okiennej, z rosnącą niecierpliwością oczekują na powrót ojca z pracy.

    Wtem słychać tarkot, wozy jadą drogą
    I wóz znajomy na przedzie;
    Skoczyły dzieci i krzyczą jak mogą:
    „Tato, ach, tato nasz jedzie!”

    vw

    Fot. 3 – Powrót taty

     


     

    Scena 4

    Tymczasem akcja zaczyna się zagęszczać. Dwa kolejne słowa zmieniają diametralnie sens poprzedniego zdjęcia. Wyczekiwanie na ojca zmienia się w strach przed człowiekiem, który prawdopodobnie przepił całą wypłatę…

    vw

    Fot. 4 – Powrót taty. Bez wypłaty.

     


     

    Scena 5

    Awanturujący się ojciec to jednak nic, w porównaniu z prawdziwym – kosmicznym zagrożeniem. Sylwetka Garbusa nieprzypadkowo zaczyna przypominać niezidentyfikowany obiekt latający.

    Te zaokrąglone kształty, śmieszne reflektory i ciasnawa kabina. To przestaje być śmieszne. To nie jest komedia Tima Burtona „Marsjanie atakują”. To początek końca:

    Hej, hej – Mars napada
    Dookoła ludzi gromada
    Hej, hej – Mars atakuje
    Żadnej litości nie czuje

    vw

     


     

    Scena 6

    Połowa filmu przynosi pierwsze zaskoczenie: nie ma żadnych Marsjan! To tylko słynne łotewskie halucynacje z niedożywienia. Wątek kosmiczny pojawi się, ale dopiero w straszliwym finale.

    Tymczasem okazuje się, że kierowca jest człowiekiem do głębi samotnym. Tak naprawdę nikt już na niego nie czeka w domu. Dzieci dawno wyfrunęły z gniazda.

    Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Grunt to robić dobrą minę do złej gry:

    I nawet kiedy będę sam
    Nie zmienię się, to nie mój świat
    Przede mną droga którą znam,
    Którą ja wybrałem sam

    vw

     


     

    Scena 7

    Kim jest kierowca? Dokąd jedzie? Coraz więcej pytań pojawia się w głowach widzów. Nieco światła na sprawę rzuca cytat z kolejnej piosenki:

    Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie,
    ciężka jest od listów torba listonosza dziś.

    vw

    Fot. 5 – [spoiler] Kierowca okazuje się być listonoszem.

     


     

    Scena 8

    Już wiemy, że to listonosz wraca do domu. Tylko ta torba pełna listów, odcinków rent i emerytur… Wyraźnie coś tu nie trybi. Czyżby listonosz uciekał z pokaźnym łupem? Ale po co?

    Spójrzmy na drogę, po której jedzie nasz bohater jak na Drogę Mleczną. Dookoła ciemność. Nieprzebyty kosmos i tylko wąski pasek światła galaktyki.

    Czyżby listonosz myślał o przeprowadzce? O rzuceniu wszystkiego w cholerę? Zaczęciu wszystkiego od nowa? I do tego potrzebna jest mu torba pieniędzy?

    Czy na Ziemi nie ma już dla niego miejsca? A może to pieniądze na zakup nowego samochodu?

    vw

     


     

    Scena 9

    Kierowca patrzy się tępym wzrokiem w dal. Włącza radio. Słowa ostatniej piosenki, którą w swoim życiu usłyszy Garbus – nie napawają optymizmem.

    Nie mam do Ciebie cierpliwości
    To pewne że już nie będę mieć
    Minął termin twojej przydatności
    Gwarancja nie obejmuje Cię

    Zaczyna się tarantinowski, rozciągnięty niczym stary pasek klinowy dialog człowieka z samochodem. Ta kłótnia i tak nie ma sensu, bo kierowca już dawno podjął decyzję.

    Nie pozostawiasz mi wyboru
    Na lepszy model zmienię Cię
    Nie potrzebuję w domu złomu
    Dłużej nie…

    czarna dziura

    Samochód zbliża się do celu swojej podróży. Kierowca wysiada. Zawiesza ciężką torbę na ramieniu. Odchodzi. Nie chce patrzeć na to, co zaraz się stanie.

    Jego wierny przyjaciel zostanie sprasowany ciężarem nie do udźwignięcia. Zniknie w czeluściach czarnej dziury hutniczego pieca. Garbus już wie, że to droga bez powrotu…

     


     

    Scena 10

    Reflektory Volkswagena powoli gasną. Jeszcze ostatnie obroty spracowanego silnika. Jeszcze resztki płynu krążą w przewodach chłodnicy… Gdy nagle…

    Turn the clock to zero boss
    The rivers wide we’ll swim across
    We’re starting up a brand new day

    Garbus ostatkiem sił próbuje przetłumaczyć te dziwne słowa piosenki, która dochodzi nie wiadomo skąd: Przekręć licznik na zero, coś tam coś tam, zaczynamy nowy dzień. Że jak?!

     


     

    Scena 11

    Ostatnia scena nie pozostawia wątpliwości. Jeśli istnieje raj dla Garbusów, to nasz samochód właśnie tam się znalazł.

    To miejsce, w którym każdy samochód dostaje zupełnie nowe nadwozie i licznik przebiegu bez limitu kilometrów…

    new beetle

    vw2