Content marketing: sztuka pozyskiwania klientów za pomocą treści [RECENZJA]

Dostałem ostatnio książkę do zrecenzowania.
Przeczytałem ją, ale najciekawsze rzeczy znalazłem… między wierszami.
I właśnie o tym będzie ten wpis.


Jednak najpierw ocena książki.

Ocena książki

Jak oceniam książkę Tomasza Stopki pt. „Content Marketing: Dotrzyj, zainteresuj, zatrzymaj – sztuka pozyskiwania klientów za pomocą treści”?

W skrócie: to naprawdę solidna robota.

Książka, choć niewielkich rozmiarów, zawiera mnóstwo cennego „mięsa”. Jednak to „mięso” miałoby inny smak, gdyby nie postać kucharza, czyli autora. Tomasz Stopka jest przede wszystkim praktykiem. Pracował w Onet.pl, teraz prowadzi agencję zajmującą się optymalizacją i promocją stron internetowych oraz współpracuje z Whitepress.pl.

Mówiąc wprost – widać, że facet zna się na rzeczy.


Dla kogo jest ta książka?

Przede wszystkim dla tych, którzy dopiero wchodzą w świat content marketingu i chcą trafić ze swoim przekazem do potencjalnych klientów. Dawka wiedzy zgromadzona w książce jest na tyle spora i na tyle lekko podana, by nawet laicy mogli bez kompleksów próbować działać w tej materii.

Drugą grupą, która powinna sięgnąć po „Content marketing” są osoby (średnio) zaawansowane. Lektura będzie dla nich świetną okazją do odświeżenia wiadomości i pozbycia się nieprawidłowych nawyków.


A teraz to, co lubię najbardziej, czyli szukanie drugiego dna i tym podobnych kwiatków 🙂


Blog w wersji papierowej?

Refleksja nr 1.

Kiedy po raz pierwszy wziąłem tę książkę do ręki, pomyślałem tak: po co wydawać na papierze coś, co można przeczytać w internecie? Czy taka praktyka ma sens? Jednak już po kilku stronach znalazłem odpowiedź.

Po pierwsze, czytelnik dostaje tutaj skondensowaną, wyczerpującą porcję wiedzy. Na blogach, nawet specjalistycznych, wiedza ta jest mniej lub bardziej rozproszona. Po drugie i znacznie ważniejsze – tutaj naprawdę nic nie jest w stanie odciągnąć człowieka od lektury. Nie ma nawału maili, powiadomień z Facebooka czy ćwierknięć z Twittera.

Cała uwaga czytającego skupiona jest na treści książki.

Jeszcze jakiś czas temu uznałbym powyższe zdanie za bezsensowne. Dziś – już nie.


Content marketing to nie zabawa dla romantyków

Refleksja nr 2.

Odniosłem wrażenie, być może zupełnie mylne, że autor odarł CM z jakiejkolwiek romantyczności. A może zawsze tak było? Może sam niepotrzebnie szukałem w copywritingu okazji do tworzenia czegoś więcej, niż tylko suchych treści reklamowych?

Zawsze uważałem, że nawet teksty o rodzajach dachówek czy wpływie pogody na zbiory ogórków mogą sprawiać czytającym satysfakcję, żeby nie powiedzieć… przyjemność.


Jak daleko można się posunąć?

Wróćmy jednak na ziemię. Content marketing ma przede wszystkim na siebie zarabiać. Oczywiście nie zawsze będzie chodziło o pieniądze. Równie dobrze będzie to wzrost popularności produktu albo świadomości marki. Skoro ktoś inwestuje w artykuły czy infografiki, to chce coś z tego mieć. I dlatego mierzy skuteczność swoich działań.

Tu nie ma miejsca na sentymenty. Jeśli coś działa – to super, jeśli nie działa – szkoda tracić na to pieniądze.

To zupełnie naturalne. Z drugiej strony – klienci np. copywriterów nie ukrywają, że w swoich działaniach content marketingowych chcą być lepsi od konkurencji.* Również to jest zupełnie naturalne.

I dlatego przykładowy producent, dajmy na to soku marchewkowego, będzie szukał coraz to nowych form dotarcia do potencjalnego klienta. Po artykułach specjalistycznych i popularyzatorskich wpisach na blogu przyjdzie pora na:

  • e-booki o daniach z marchewką w roli głównej,
  • filmiki instruktażowe z marchewką w tle,
  • webinary dla fanów zdrowego odżywiania
  • i tak dalej.

No właśnie – jak bardzo „dalej”?
Czy jest gdzieś kres tego szaleństwa?

Piosenki o marchewkach? Marchewkowy park rozrywki dla wegetarian? Pierwsza marchewka wystrzelona w kosmos?

(w sumie jej kształt aż się o to prosi 😉


Brudne chwyty? Jak najbardziej dozwolone

I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie.

Czy szukając czegoś ostatnio w Google, zaglądaliście na trzecią czy czwartą stronę wyników? A na drugą? Albo chociaż na dolną część pierwszej strony? Chyba nie, mam rację?

Walka o uwagę internauty już nie toczy się o słynne „top 10”, tylko o kilka pierwszych pozycji na pierwszej stronie wyników wyszukiwania. Bo właśnie tam leżą najdorodniejsze konfitury.

Każdy wzrost pozycji strony internetowej w wyszukiwarce przekłada się na realne pieniądze, a spadek – na konkretne straty. A skoro tak, to wszystkie chwyty są dozwolone. I dlatego na koniec, w ostatnim rozdziale swojej książki Tomasz Stopka zagląda na ciemną stronę marketingu internetowego.

To tam przesiadują ludzie zajmujący się depozycjonowaniem, czyli wysyłaniem konkurencyjnych witryn internetowych w tzw. kosmos.

Czytając tę część, nasunęły mi się trzy pytania:

  • Czy można się przed takimi praktykami zabezpieczyć?
  • Czy wzrost popularności takich działań w dłuższej perspektywie nie zaszkodzi Google?
  • I najciekawsze pytanie: czy depozycjonowanie może wymknąć się spod kontroli i przeniknąć do świata rzeczywistego?

Jak widzicie, najciekawsze rzeczy naprawdę dzieją się między wierszami.

 


*) Sam dostaję prośby o teksty, które nie będą „takie jak u konkurencji”. Będą za to nasycone emocjami i miały legendarne „to coś”. 



Zobacz wpisy, które wciągną Cię na dobre:

Czego pragną kobiety? Nie wiem, ale się dowiem

Czym różni się bloger od normalnego człowieka?

„Narratologia” – przedrecenzja książki Pawła Tkaczyka

Dzieciństwo, młodość i starość kontra 22 reguły marketingu

Dlaczego internet doszedł do ściany?

  • Hmm, zapowiada się ciekawie. I to depozycjonowanie… Czyżby internet zamieniał się w scenę polityczną?…Zamiast udoskonalać własny wizerunek kopiemy dołki pod innymi?

    • Nie, po prostu jest coraz więcej firm, które chcą się dostać na pierwszą stronę wyników wyszukiwania. A gdy konkurencja jest naprawdę duża, niektórzy wpadają na pomysł, by iść na skróty 😉

      • Nie popracuję nad własna stroną tylko kogoś kopnę w cztery litery…

  • Małgorzata Skiba

    Zgadzam się Macieju z główną tezą w zakładce „O blogu”. Wszystko jest ciekawe, jeśli umiemy to fajnie „ugryźć”. Będę czytać Twojego bloga aby się inspirować i uczyć dobrze pisać. Dziękuję 🙂

    • Nie wiem, czy z mojego bloga nauczysz się pisać dobrze (ale na pewno ciekawie 😉