Agencje reklamowe to zło


 

Kiedyś dałbym wszystko za pracę w agencji reklamowej.

Dziś już nie.

 


Najlepsze lata, które tracisz na pierdoły

Masz 25 lat.

Z niedowierzaniem patrzysz, jak twój mózg wykręca tysiące obrotów na minutę. Jesteś u szczytu swoich możliwości umysłowych. Czujesz, zresztą słusznie, że możesz góry przenosić.

Jeszcze nie wiesz, że już nigdy nie będziesz miał więcej sił, napędu, werwy i tego szaleństwa, które sprawia, że życie ma smak. Wydaje ci się, że ten power będzie trwał wiecznie.

Masz jeszcze coś: wrażliwość, dzięki której widzisz więcej i czujesz bardziej. I duszę artysty (błogosławieństwo i przekleństwo w jednym).

Pewnego dnia, skuszony łatwą kasą trafiasz do agencji reklamowej, gdzie spędzasz długie dupogodziny na robieniu rzeczy poniżej talentu, możliwości i aspiracji.


Hurra! Wygraliśmy przetarg!

Super, tylko że oznacza to tyle, że od teraz będziesz się głowił nad tym, jak zwiększyć sprzedaż napoju gazowanego albo chipsów.

Innymi słowy, będziesz wmuszał konsumentom tony cukru i kilogramy akrylamidu. Będziesz robił dzieciom wodę z mózgu (one są tak łatwowierne, że grzechem byłoby nie skorzystać z okazji).


Jak nie my, to kto?

Wmawiasz sobie, że jeśli twoja agencja nie weźmie tego klienta, to i tak zrobi to ktoś inny. Czujesz się więc zupełnie usprawiedliwiony.

Trochę przypomina to tłumaczenie się zabójcy: „Wysoki Sądzie, przecież ona i tak prędzej czy później by umarła, ja tylko zmieniłem datę tego wydarzenia”.


Odskocznia

Pieniądze (dobre pieniądze) zagłuszają kaca, ale z czasem i one przestają działać. Zaczynasz szukać odskoczni. Czegoś, co przyniesie ci spełnienie. Dłubiesz po godzinach jakiś swój projekt.

Z czasem okazuje się, że nie jesteś jedynym, który w ten sposób ratuje się przed zgorzknieniem.


Los cytryny

Po paru latach, wyciśnięty jak cytryna i podgryzany przez młode wilki, które kompletnie nie rozumieją twoich dylematów, wypadasz wreszcie z gry.

Masz poczucie, że zmarnowałeś najlepsze lata życia. I nawet wspomnienie szalonych imprez i dobrej kasy nie przynosi ci spodziewanej ulgi.


Freelancer, czyli strzelec z akcentem na „wolny”

Czy da się w takim razie „cnotę zachować i rubelka nie stracić”?

Na szczęście tak.

Wystarczy zostać freelancerem i przejść na pozycje rozdającego karty. Samemu decydować o tym komu i za ile sprzedać swój talent.


Agencje nie są takie złe

Z drugiej strony, mógłbym w kilku zdaniach obalić wszystko, co napisałem wyżej. Punkt po punkcie, słowo po słowie.

W końcu jestem copywriterem. Mam wprawę w takim obracaniu kota ogonem, by klient był zadowolony.

Ale tego dowiecie się za jakiś czas z drugiej części artykułu pt. „Agencje reklamowe są super”.



Zobacz też inne wpisy:

Przychodzi klient do freelancera i nudzi tak

Dlaczego mam alergię na „seowców”?

Jak stworzyć najbardziej angażującą grupę na Facebooku? [CASE STUDY]

  • „Wystarczy zostać freelancerem i przejść na pozycje rozdającego karty. Samemu decydować o tym, komu i za ile sprzedać swój talent.” <3 <3 <3 Kto by pomyślał, że kiedyś doczekamy się takich luksusów 🙂 🙂 Wolność na freelance to luksus 🙂 A jak się ma rodzinę to docenia się go jeszcze bardziej 🙂 W końcu nie trzeba zapierdalać w weekendy w szklanych biurowcach 🙂 No i to uczucie… gdy ruszasz na miasto i oglądasz te wszystkie wieżowce z pozapalanymi światłami w biurach późnym wieczorem, a Ty tak po prostu i po ludzku masz wolne jak normalny człowiek 😉 Za nic w świecie bym nie oddała tego uczucia wolności (i za żadną kasę) 😉

  • Myślę, że ani praca u kogoś ani praca na swoim nie są wolnością rozumianą jako wybór czy chcę daną rzecz promować, reklamować czy nie. Będąc na swoim masz wybór – albo złapiesz byka za rogi albo nie zarobisz hajsu. Będąc na etacie jest to twój za przeproszeniem „zakichany” obowiązek 🙂 z tą wolnością dzisiaj to bym nie szalała 🙂

    • Kto raz jej posmakował, ten zna jej smak 🙂 [jak powiedziałby Coelho]

      • Święte słowa 🙂

  • Mi kiedyś otworzyła oczy rozmowa z kolegą, który pracował w agencji reklamowej. Okazało się, że np 60% – 70% grafiki robią…. ludzie z Pakistanu, Indii itd. Korzystają z tych samych narzędzi, uczą się z tego „samego internetu” co polacy, tylko mają dużo niższą stawkę. Agencja ma kilku podwykonawców z dalekiego wschodu. Biorą od nich efekt pracy i dają swoje kilkaset procent marży.